fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Syberyjska sosna marznie w Pruszkowie

Ten tor miał być kuźnią medalistów olimpijskich i dobrą inwestycją finansową. Na razie są długi i kłopoty z ogrzewaniem, jeśli zima jest ciężka.
Przedświąteczny wtorek. Godzina 20. Na BGŻ Arenie trenuje kilkunastu kolarzy. Wśród nich prezes PZKol Wacław Skarul. – Jazda rowerem odpręża mnie psychicznie. Pozwala naładować akumulatory – opowiada „Rzeczpospolitej" i zaprasza do obejrzenia apartamentu prezesa.
– Pięć gwiazdek, no może cztery i pół – żartuje, otwierając drzwi do kilkunastometrowego pomieszczenia, przypominającego bardziej pokój  w akademiku niż centrum dowodzenia związkiem. – Szału nie ma. Dzielę go razem z masażystą kadry, panem Rysiem Wieczorkiem.
Na rozmowę przenosimy się do reprezentacyjnego gabinetu piętrowego. Tu odbywają się m.in. posiedzenia zarządu i oficjalne spotkania. Pod ścianą meble opieczętowane przez komornika. Na środku stół i fotel prezesa. Skarul zapowiedział, że na nim nie usiądzie, dopóki związek nie wyjdzie na finansową prostą. – I słowa dotrzymuję, jeszcze z niego nie korzystałem – zapewnia i dodaje: – Ta sytuacja ciągle nie jest dla mnie satysfakcjonująca.  Trudno mi określić, czy to będzie trwało jeszcze parę miesięcy czy dłużej. Kluczem do jej rozwiązania jest ostateczne rozstrzygnięcie sporu z Mostostalem Puławy, toczącego się od trzech lat.
O co chodzi w tym sporze? Przed mistrzostwami świata w 2009 roku Mostostal Puławy, generalny wykonawca toru, dostosował go do wymogów Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Wykonał prace związane z homologacją i bezpieczeństwem przeciwpożarowym, postawił szklaną bandę o wartości 2 mln zł.

Winni dżentelmeni

Od 2010 roku puławska firma ma sądownie przyznany nakaz zapłaty uznający roszczenia. W lutym 2011 roku Ryszard Szurkowski, który zastąpił na stanowisku prezesa Wojciecha Walkiewicza, kierującego związkiem od 14 lat, zgodził się na ugodę. Umowy jednak nie podpisał, a w marcu zmieniły się władze PZKol.
Prezes Rybak wyjaśnia: – Wykazaliśmy się dobrą wolą do zawarcia porozumienia, ale pomimo uzgodnień PZKol w osobie pana prezesa Skarula nie zrealizował postulatów, m.in. nie podpisał wynegocjowanej umowy, która była podstawą wypłaty przez ministerstwo dodatkowych środków na związek kolarski. Minister Adam Giersz chciał wesprzeć budżet szkoleniowy PZKol, aby zarząd mógł z pozostałych środków spłacić Mostostal.
– Nie mogłem podpisać tak skonstruowanej umowy, bo zagrażała moim dobrom osobistym – tłumaczy prezes Skarul. – Było w niej napisane, że zobowiązuję się do spłaty pod rygorem aktu notarialnego. O innej formule pan Rybak nie chciał rozmawiać. Znaleźliśmy się w patowej sytuacji – przyznaje i dodaje: – To nasz największy ból głowy. Stanowi 60 procent wszystkich długów. Gdy obejmowałem stanowisko, zadłużenie związku wynosiło ponad 10 mln zł, a wierzycieli było 256. Prezes Rybak chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z innych pozycji zadłużenia, a środki z ministerstwa nie mogą być wykorzystane na spłaty zaległości. Teraz możemy mówić o liście około 40 wierzycieli, przy czym niektóre z tych pozycji budzą jakieś wątpliwości. Staramy się je wyjaśnić – przekonuje Skarul.
Prezes PZKol nie ukrywa, że znaczną część tej kwoty udało się spłacić dzięki pomocy Dariusza Miłka, właściciela firmy CCC, i Ministerstwa Sportu.
– Niektórzy wypominają mi, że miałem przez to łatwiej. To nieprawda, trzeba było wziąć za to odpowiedzialność. Pytanie, czy prezes Miłek chciałby pomagać Jarosławowi Potockiemu (byłemu sekretarzowi generalnemu związku – przyp. red.), a ministerstwo z nim rozmawiać?  Nie jestem do końca szczęśliwy, że przyszło mi kierować związkiem w tak trudnych czasach. Ale z drugiej strony, gdybym nie stanął do wyborów – a rozważałem taką opcję – wygrałby Potocki. Zdałem sobie sprawę, że w tym podzielonym środowisku jestem jedynym człowiekiem, który w demokratycznych wyborach może go pokonać – wspomina Skarul. Wygrał w drugiej turze. Poparło go 53 spośród 82 delegatów.
Przez ostatnie trzy lata prezes Skarul uchronił PZKol przed bankructwem, ale chciałby wreszcie przestać się oglądać do tyłu. – Powiem szczerze, że jestem po prostu zły, nie ja związek zadłużyłem, zrobiłem dużo, żeby te długi zniwelować, a teraz chcę się skupić na przygotowaniach do igrzysk. Nie mamy pieniędzy, których oczekuje pan Rybak. Moi poprzednicy podpisali umowę, nie mając środków na wykonanie robót, i jestem przekonany, że wykonawca o tym wiedział. Ci dżentelmeni są sami sobie winni – uważa Skarul.
Prezes Rybak jest zaskoczony działaniami odwlekającymi w czasie realizację zobowiązań przez PZKol, które legitymuje ministerstwo.
Związek kolarski chce, by tor z długami przejął Centralny Ośrodek Sportu, czyli państwo
– Wygraliśmy sprawę w pierwszej instancji, ale związek się odwołał. W drugiej sprawę zawieszono w sądzie w Warszawie i przeniesiono do Lublina, gdzie toczyła się przez rok. Głównym kierunkiem było podważenie ważności umowy pomiędzy PZKol a Mostostalem, w wyniku której narosły zobowiązania. Ostatecznie sąd uznał, że umowa jest ważna, i sprawą zajął się znowu sąd w Warszawie.
– Na rozprawach w Lublinie pojawiali się przedstawiciele Ministerstwa Sportu. Prawnicy PZKol robili wszystko, by przedłużyć postępowanie, np. sąd przychylił się do wniosku o powołanie kolejnego świadka, do którego przez rok nie udało się trafić z powodu problemów w określeniu adresu zamieszkania. Prawda jest taka, że ci świadkowie nic nowego nie wniosą, ponieważ sprawa jest oczywista. Były kontrole, faktury zostały poprawnie wystawione i przyjęte na podstawie podpisanych przez PZKol protokołów. Minister Mirosław Drzewiecki zdawał sobie sprawę, że zadłużenie toru nie jest nadużyciem finansowym, ale wynika ze zmieniających się w międzyczasie przepisów budowlanych oraz cen materiałów. Niestety, kolejny minister Adam Giersz nie rozwiązał problemu, a jego następcy przyjęli stanowisko, że to sprawa PZKol – twierdzi prezes Rybak.
– Dług za prace dodatkowe urósł z odsetkami do ponad 8 mln zł – kontynuuje. – Czas działa obecnie na korzyść Mostostalu, ponieważ w żadnym banku nie uzyskalibyśmy tak korzystnego oprocentowania. Obawiam się jednak, że odwlekanie sprawy przez głównego inwestora toru, tj. Ministerstwo Sportu i Turystyki, jest niegospodarnością w zarządzaniu publicznymi pieniędzmi, ponieważ obiekt za 90 mln zł może w egzekucji komorniczej być wart tyle, ile zobowiązania na nim ciążące, tzn. 10 proc. wartości. Czy obecni politycy zastanawiają się nad pytaniem podatników, dlaczego doprowadzili do tak niekorzystnego wyniku sprawy? Jako prezes spółki nie mogę narażać firmy na straty. Rada Nadzorcza wymaga troski o finanse przedsiębiorstwa. Nie jesteśmy instytucją charytatywną i nie przekażemy na rzecz PZKol darowizny w wysokości przeszło 8 mln zł. Na początku sporu, szukając rozwiązania, byliśmy skłonni odstąpić od odsetek za sprawne uregulowanie długu, ale PZKol na to nie przystał.
Prezes Rybak ma żal, że niektórzy oskarżają go o niszczenie kolarstwa. – To dokuczliwa i niewłaściwa linia ataku, ponieważ nasza firma wspiera klub kolarski Pogoń Mostostal Puławy od przeszło 15 lat i chociaż sam nigdy nie byłem zawodowym kolarzem, to polubiłem tę dyscyplinę sportu i mam do niej wielki sentyment. Ponadto podczas budowy toru wiele razy czekaliśmy na decyzję ministerstwa, które wstrzymywało proces budowy lub opóźniało dofinansowanie toru, dlatego uważamy, że jako wykonawca stanęliśmy na wysokości zadania i byliśmy bardzo wyrozumiali – podkreśla.
Choć Rybak i Skarul stoją po obu stronach barykady, zgadzają się, że najlepszym wyjściem z tej trudnej sytuacji byłoby przejęcie toru przez Centralny Ośrodek Sportu. Wówczas stałby się Ośrodkiem Przygotowań Olimpijskich, z którego korzystaliby nie tylko kolarze. Pomysł utknął jednak na razie w miejscu.
– Była przychylność pani minister Joanny Muchy, ale zmiany w rządzie spowodowały zatrzymanie procesu – wyjaśnia Skarul i podaje przykład Polskiego Związku Piłki Nożnej, bogatej instytucji, która nie jest właścicielem żadnego stadionu zbudowanego na Euro 2012.

Hotel in blanco

– Tu nie chodzi tylko o spór PZKol z Mostostalem. Pojawiły się nowe okoliczności i nowi wierzyciele. Obecnie dodatkowo tor kolarski jest obciążony hipoteką. Spowodowane jest to postępowaniem poprzedniego zarządu PZKol i udzielonymi poręczeniami na budowę hotelu. Proszę się postawić w mojej sytuacji. Musiałbym podpisać decyzję, że COS przejmuje tor z kilkunastomilionowym długiem, który trzeba będzie spłacić z pieniędzy podatników – tłumaczy Tomasz Półgrabski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki.
– Trudno się zgodzić z tłumaczeniem przedstawiciela ministerstwa, ponieważ tego typu obiekt powinien już dawno być przejęty przez COS – zauważa prezes Mostostalu Puławy. – Trzeba sobie jasno powiedzieć, że to właśnie ministerstwo pokryło koszty budowy inwestycji w prawie 100 proc., dlatego jako główny inwestor nie powinien zasłaniać się PZKol i dopuszczać do stałego wzrostu wysokości zadłużenia obiektu, ale podjąć działania zmierzające do uporządkowania wieloletnich zaniedbań.
Praw do nazwy toru sprzedać nie można. Umowę z BGŻ poprzednie władze podpisały na 20 lat, a pieniądze zostały wypłacone jednorazowo
Spółka EKO-Kampinos, należąca do syna ówczesnego prezesa PZKol Walkiewicza, zaciągnęła w banku BGŻ kredyt inwestycyjny pod budowę hotelu Victor w wysokości 8,4 mln zł. Weksel in blanco, stanowiący poręczenie kredytu, w imieniu związku podpisali Walkiewicz i sekretarz generalny związku Jarosław Potocki. Spółka ogłosiła jednak upadłość ugodową, co uniemożliwia egzekucję weksla. Hotelu zlicytować nie można.
– Bank BGŻ wstrzymał swoją windykację, ale został właśnie sprzedany. Nie wiadomo, jak się zachowa nowy właściciel. Poza tym zadaję sobie pytanie, dlaczego komornicy pojawiają się u nas. My mamy w hotelu zaledwie procent udziałów – dziwi się prezes Skarul.

Akademia dla kolarzy

Wrzesień 2008 roku. Uroczyste otwarcie pierwszego krytego welodromu w Polsce i jednego z trzech obiektów – obok toru do kajakarstwa górskiego w Krakowie i wioślarskiej Malty w Poznaniu – spełniających wymagania olimpijskie. Zaprojektowanego przez byłego szermierza-olimpijczyka i wybitnego architekta Wojciecha Zabłockiego, a położonego przez firmę Niemca Ralfa Schurmanna, największego fachowca tej branży.
Rundę honorową po nawierzchni z sosny syberyjskiej wykonują byłe gwiazdy naszego kolarstwa: Czesław Lang, Lech Piasecki, Janusz Kotliński i Grzegorz Krejner. Dominują głosy zachwytu. Słychać opinie, że będzie to jeden z najszybszych welodromów na świecie, dzięki nowoczesnemu profilowaniu i rodzajowi materiału. A Polacy w końcu nie będą musieli jeździć na treningi za granicę.
– Na ten moment czekało całe środowisko – wspomina Lang. – Tor to akademia dla kolarzy. Najlepszymi przykładami są Anglia czy Australia, gdzie na torze wychowało się wielu świetnych zawodników, jak Bradley Wiggins czy Mark Cavendish. Obiekt jest imponujący, spełnia światowe standardy. Oczywiście są też jakieś mankamenty, jak przeciekający dach. Może przydałoby się więcej miejsc dla publiczności. Ale wszyscy, którzy go widzieli, byli zachwyceni. Organizowałem tam mistrzostwa Europy, na zgrupowania i na treningi przyjeżdżają kolarze z całego świata, również szkoły i małe kluby. Sam sobie tam jeżdżę dla zdrowia. Brakuje niewielkiego zastrzyku finansowego, żeby ten obiekt stał się centrum, wokół którego wszystko się będzie kręciło. To jest własność nas, podatników – zauważa dyrektor Tour de Pologne.
Tor rodził się w bólach, miał być gotowy już w styczniu 2005 roku. Polska musiała zrezygnować z organizacji mistrzostw Europy (2006) i świata (2008). Według raportu Najwyższej Izby Kontroli, w wyniku zaniedbań PZKol i Ministerstwa Sportu budowa obiektu kosztowała prawie dwa razy więcej (91 mln zł zamiast 49 mln) i trwała trzy razy dłużej (pięć lat zamiast półtora roku), niż planowano. Budżet państwa, który miał pokryć inwestycję w 70 proc., zapłacił za 95 proc. prac.
Z Wojciechem Walkiewiczem nie udało nam się skontaktować. Ryszard Szurkowski nie chciał komentować sprawy i oceniać rządów swojego poprzednika i następcy. – Od dwóch lat nie mam z tym nic wspólnego – przypomina.
Walkiewicz przyznał, że PZKol nie był gotowy na taką inwestycję, nie miał 30 procent środków potrzebnych do jej rozpoczęcia, ale dodał, że gdyby jej wtedy nie zaczęto, tor nigdy by nie powstał, bo koszty wzrosłyby do 300 mln zł.
Ministerstwo zablokowało finansowanie, bo związek środki budżetowe na zadania celowe przeznaczał na ukończenie budowy. Pod koniec 2013 roku minął okres trzyletniej karencji.
Utrzymanie toru w Pruszkowie kosztuje 800 tys. zł rocznie, czyli około 70 tys. miesięcznie. – Staramy się minimalizować tę kwotę. Znaczącą sumą jest ogrzewanie obiektu. Trzeba utrzymywać określoną temperaturę i wilgotność. Im mamy łagodniejszą zimę, tym łatwiej jest nam przetrwać rok – wyjaśnia Skarul. Torem nadal zarządza Spółka Arena Pruszków, jej dług udało się zmniejszyć  z 600 do 100 tys. zł. – Mam nadzieję, że jako pierwsza wyjdzie z dołu finansowego. Kto wchodzi w jej skład? Szefowa toru, kilkuosobowa załoga konserwatorów. Ochroniarze są z zewnątrz – wylicza prezes PZKol. Praw do nazwy toru sprzedać nie można. Umowę z BGŻ poprzednie władze podpisały na 20 lat, a pieniądze zostały wypłacone jednorazowo. – Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę zdradzić, o jaką sumę chodzi – zastrzega Skarul. Z informacji „Rz" wynika, że było to 2 mln zł.

Sir Hoy kręci reklamę

Pytamy, czy kiedy patrzy na tor, widzi pomnik rozrzutności prezesa Walkiewicza czy piękny obiekt, który da nam sukcesy. – Nie da się tego jednoznacznie ocenić. Poprzedni prezes wniósł znaczący wkład w rozwój dyscypliny. Nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast myślę, że zagrał za bardzo va banque. I po prostu się nie udało. Teraz zapewne nie czuje się z tym dobrze – domyśla się Skarul.
Prezes Rybak podziela opinię, że tor jest chlubą polskiego kolarstwa. Uważa, że brakuje mu jedynie sprawnego menedżera. – Można tam robić różne imprezy, nie tylko kolarskie: targi, konferencje, wystawy, rewie. COS mogłoby, dysponując tym obiektem, zorganizować rentowny plan komercjalizacji pomieszczeń i ustalając odpowiedni grafik wydarzeń sportowych i okołosportowych, skierować ofertę do polskich i zagranicznych klubów oraz instytucji kultury. Jednak nie oszukujmy się, podobnie jak w innych krajach wymaga to całościowego systemu zarządzania obiektami sportowymi. Im dłużej trwa ten marazm z przejęciem toru kolarskiego przez ministerstwo, tym większe straty finansowe ciążą na PZKol – podkreśla.
Prezes Skarul przyznaje, że do imprez kolarskich takich jak mistrzostwa Polski czy zawody Grand Prix trzeba dokładać. Zarabia się na pozostałych. W lutym 2013 roku mistrzostwa swojego kraju zorganizowali tu Norwegowie, a niedawno sir Chris Hoy, który na mistrzostwach świata 2009 w Pruszkowie nie mógł wystartować z powodu kontuzji biodra, przyjechał tu, by nagrać reklamę jednego z samochodów. Hoy tytuł szlachecki otrzymał od królowej Elżbiety II po tym, jak zdobył trzy złote medale na igrzyskach w Pekinie. W 2008 roku uznano go za najlepszego sportowca Wielkiej Brytanii.
– Rozbudowaliśmy część mieszkalną, dużo kolarzy czasami wręcz rezyduje na torze w okresie zimowym. Warunki nie są może jakieś komfortowe, ale mamy telewizory i Internet bezprzewodowy. Często odwiedzają nas Niemcy. To jest szczególnie cenny kontakt, bo trenują razem z polskimi sprinterami – mówi prezes PZKol.
Obok toru są basen i hala, do której na treningi przyjeżdżają m.in. polscy piłkarze ręczni. Były w Pruszkowie i międzynarodowe zawody na rolkach, i mistrzostwa w jednej z odmian karate, które zgromadziły blisko 700 zawodników. – Sporty walki goszczą u nas często, bo międzytorze jest plastyczne i można na nim łatwo rozłożyć maty – tłumaczy Skarul. Był wreszcie zjazd PSL, który zepchnął w niebyt polityczny Waldemara Pawlaka.
– Tor jest lepiej zarządzany, ale nie ukrywajmy: do takiego obiektu trzeba dołożyć, on się sam nie utrzyma. Sam namawiałem do dywersyfikacji przychodów, rozmów z różnymi podmiotami – wspomina minister Półgrabski.

Miecz Damoklesa

Prezesowi PZKol marzyły się gala bokserska i targi samochodowe. – Tor ma znakomitą akustykę, piękną bryłę, duże zaplecze, ale nie da się na nim wszystkiego zorganizować, np. koncertu – zauważa. ?– Znam się z Andrzejem Wasilewskim (promotor bokserski – przyp. red.). Uświadomił mi, że gala to impreza komercyjna, trzeba znaleźć określonego sponsora, najczęściej jest to miasto, które wyłoży pieniądze na nagrody i gaże dla pięściarzy. A co do targów, kilka firm oglądało obiekt, wszystkim się podobał, bo można m.in. wjechać na środek płyty tirem. Jednak położenie toru poza Warszawą powoduje, że organizatorzy boją się zaryzykować. Gdyby znajdował się w okolicy Centrum Olimpijskiego, a był kiedyś taki pomysł, pewnie byłoby łatwiej – przypuszcza Skarul.
Nic nie wyszło także z przeniesienia do Pruszkowa ośrodka badmintona. – Wszystko rozbija się o dofinansowanie. Trzeba by dokonać pewnych korekt na torze, takich jak wykonanie specjalnej rozkładanej nawierzchni i oświetlenia, które nie może oślepiać zawodnika. Reflektory, których używamy do pokrycia światłem samego toru, przeszkadzałyby zawodnikom. Kosztowałoby to ze 200–300 tys. zł, a ze względu na zadłużenie obiektu nie mogę tej kwoty uzyskać. To zamknięte koło – rozkłada ręce prezes Skarul.
W związku działa społecznie. Od 20 lat związany jest z branżą ubezpieczeniową, dziś jako dyrektor  Departamentu Szkoleń w towarzystwie Uniqa. Czy pomaga mu to w naprawianiu PZKol? – Znając różne mechanizmy, nie mam problemów z poruszaniem się w gąszczu przepisów ministerialnych ani wśród ludzi biznesu. Myślę, że potrafię rozmawiać ich językiem – odpowiada Skarul.
Chciałby, żeby spór z Mostostalem wreszcie dobiegł końca. Mówi, że to taki miecz Damoklesa wiszący nad związkiem. Nie śni mu się po nocach, ale ciągle go widzi i musi o nim pamiętać. Nie pozwoli jednak, by przeszkodził mu w normalnej pracy.
– W Ministerstwie Sportu złożyliśmy „Narodowy projekt rozwoju kolarstwa". Podzieliliśmy nasze działania na trzy poziomy. Pierwszy to szkółki kolarskie. Chcielibyśmy, żeby w 2014 roku w każdym z regionów powstało ich co najmniej dziesięć. Drugi poziom to ośrodki sportowe. Dziś mamy trzy – w Świdnicy, Żyrardowie i Toruniu, a chcielibyśmy osiem. Trzeci poziom to tzw. poziom mistrzowski, w którym zgromadzilibyśmy grupę około 30 najlepszych zawodników i zawodniczek na szosie, torze i w górach z Kasią Pawłowską i Mają Włoszczowską na czele. Zamierzamy rozwijać kadrę do lat 23, szkolić grupę młodzieżową na torze. Prawda jest taka, że od czasów Zbigniewa Sprucha brakuje nam rasowego sprintera, który liczyłby się na świecie – opowiada prezes Skarul.
Jako trener zdobył z drużyną (Andrzej Sypytkowski, Joachim Halupczok, Zenon Jaskuła, Marek Leśniewski) srebro na igrzyskach w Seulu (wyścig na 100 km), rok później powtórzył ten sukces na mistrzostwach świata w Chambery, a Halupczoka doprowadził tam do złota.
Z wypadku Włoszczowskiej przed olimpiadą w Londynie wyciągnął konsekwencje. – Dał mi dużo do myślenia. Obiecałem sobie, że jeżeli nadal będę prezesem PZKol, to zrobię wszystko, żeby nie jechać do Rio z tylko jedną szansą medalową. Do wspomnianego projektu posłużyłem się mottem, słowami Michała Anioła: Naszym problemem nie jest to, że stawiamy sobie wysokie cele i ich nie osiągamy, ale to, że stawiamy sobie zbyt niskie cele i je osiągamy. Dlatego chcę przywieźć z Rio medal, a najlepiej dwa. I jeden złoty. Mistrza olimpijskiego w kolarstwie jeszcze nie mamy – kończy Skarul.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA