fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Gdzie się podziały 4 miliony złotych?

Do zatrzymania sprawców wysłano w 2013 r. antyterrorystów
materiały policji
Śledczy oskarżyli kolejną osobę zamieszaną w głośny napad na konwojentów. Łupu wciąż szukają.

Napad na konwojentów w centrum handlowym w Wólce Kosowskiej pod Warszawą w 2013 r. był wyjątkowo zuchwały, a sprawcy bezwzględni. Strzelali do rannych, nawet gdy ci już leżeli na podłodze.

Śledczy odkrywają rolę kolejnych zamieszanych w spektakularny skok. Właśnie oskarżyli Gawła G. ps. Mały Krzysio, który podczas napadu dowiózł wspólników na miejsce i później z nimi uciekał. Logowania komórek, monitoring i GPS okazały się bezcenne dla wyjaśnienia tej zagadkowej sprawy.

– Gaweł G. został oskarżony o udział w napadzie rabunkowym z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Z kolei o usiłowanie zabójstwa konwojentów są oskarżeni Marcin S. i Artur K. – mówi „Rzeczpospolitej" Wojciech Zdanowski z Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, który prowadził śledztwo i oskarżył sprawców.

Za usiłowanie zabójstwa konwojentów grozi dożywocie, za udział w napadzie – do 15 lat więzienia.

Bez śladów

14 marcu 2013 r. tuż przed południem dwoje konwojentów wiozło gotówkę do banku położonego na terenie centrum handlowego w Wólce Kosowskiej pod Warszawą. W dwóch jutowych workach mieli 4 mln 215 tys. zł.

By dostać się do oddziału banku, musieli przejść przez ogólnodostępny korytarz. Tam zostali ostrzelani. Napastników było trzech, oddali co najmniej siedem strzałów.

Konwojent upadł na podłogę, ubezpieczająca go koleżanka wyjęła jeszcze broń i przeładowała, po czym ją też dosięgły strzały. Napastnicy zabrali worki z pieniędzmi i aby odwrócić uwagę, wznieśli okrzyk: „bomba". Wsiedli do czekających na zewnątrz samochodów i odjechali.

Rozwikłaniem zagadki napadu zajęli się policjanci z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej. Ustalenie, kto w nim uczestniczył, było nad wyraz trudne.

– Sprawcy nie zostawili odcisków palców ani śladów biologicznych. Chociaż zapis monitoringu utrwalił przebieg napadu, to ich twarze zasłaniały czapki opuszczone na czoło i szaliki – mówi jeden ze śledczych.

Mimo to policjanci szybko wytypowali potencjalnych sprawców – wskazując na ludzi z gangu mokotowskiego: Marcina S. ps. Molek i Artura K. ps. Karpiu.

Pogrążył ich GPS

Bezcenny okazał się GPS w jednym z samochodów – Toyocie RAV 4, jakiej użyli sprawcy.

– Samochód pochodził z wypożyczalni i rutynowo miał zainstalowany nadajnik – mówi prok. Zdanowski.

Wóz wypożyczyła kobieta na prośbę konkubenta (odpowiada on za pomocnictwo), nie wiedząc, do czego posłuży.

Nadajnik GPS pozwolił prześledzić trasę ucieczki napastników z Wólki Kosowskiej. Policjanci odkryli, że m.in. na stacji benzynowej w stolicy sprawcy zatankowali i zrobili zakupy – ich sylwetki utrwalił tam monitoring. Cenna okazała się także analiza logowań ich telefonów komórkowych – idealnie pokrywała się z informacjami o trasie przejazdu, którą wskazał nadajnik GPS.

Marcin S. był jedną z osób, które zwróciły toyotę do wypożyczalni – to także utrwalił monitoring. Porównanie sylwetek sprawców z nagrań z centrum handlowego oraz tych z trasy ich ucieczki, a także logowań telefonów, pogrążyło przestępców. Jeszcze w 2013 r. „Molek" i „Karpiu" zostali zatrzymani. Obu oskarżono o usiłowanie zabójstwa.

Chciał zalegalizować?

To, że w napad był zaangażowany także Gaweł G., śledczy ustalili w lutym tego roku – gdy na współpracę poszedł jeden z członków gangu mokotowskiego biorący udział w przygotowaniach do skoku w Wólce. G. kierował drugim z użytych do napadu aut.

Śledczy odkryli, że dzień przed napadem sprawcy byli na miejscu, ale prawdopodobnie oceniając, że przewożonych przez konwojentów pieniędzy jest tego dnia mniej, zrezygnowali. Zaatakowali nazajutrz. Zawartość worków potrafili chyba dobrze oszacować, skoro zrabowana przez nich kwota była drugą co do wielkości, jaką w tamtych okresie konwojenci wieźli do banku.

Nie wszystkie zagadki związane z napadem już rozwiązano. Śledczy próbują ustalić, kto jeszcze brał udział w strzelaninie (nie był to G.). Największa tajemnica dotyczy jednak tego, gdzie są zrabowane pieniądze. 4,2 mln zł zniknęły jak kamfora. Jeden z oskarżonych próbował swego czasu zarejestrować w urzędzie skarbowym ok. 100 tys. zł, twierdząc, że znalazł je w domu po śmierci ojca. Wygląda na to, że chciał zalegalizować część łupu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA