fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Brzemię gospodarcze Unii

Fotorzepa, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Unijne instytucje powinny szybciej i z większą uwagą reagować na sytuację gospodarczą we Wspólnocie
Bieżąca koniunktura w „nowych” krajach UE, w tym Polski, zależy od koniunktury w Europie Zachodniej. Zachód jest naszym głównym rynkiem eksportowym i źródłem finansowania deficytów rachunku obrotów bieżących. Szybszy wzrost Zachodu przekłada się na szybszy wzrost na Wschodzie.
Ale wydarzenia ostatnich lat pokazały, że kryzys Zachodu jest w stanie wepchnąć Wschód w jeszcze głębszą recesję (dzięki zbiegowi okoliczności Polska tym razem uniknęła tego losu). W perspektywie średniookresowej ta zależność może się jeszcze pogłębić z uwagi na kumulujące się zadłużenie zagraniczne. Polityka gospodarcza prowadzona na poziomie Unii też będzie oddziaływać na sytuację krajową, poprzez przejmowanie zasad Wspólnoty (np. paktu Stabilizacji i wzrostu).
Przez ostatnie 15 lat zależność od Zachodu i integracja z nim nieźle służyły Polsce i nowej Europie. Wzrost gospodarczy był tu szybszy, następowała „realna konwergencja”. Jednak jakość tego wzrostu pozostawiała wiele do życzenia. Stopy bezrobocia pozostawały wysokie, nierówności dochodowe powiększały się bardzo szybko. Co gorsza, wzrost jest „karmiony importem” – z wysokimi deficytami rachunków obrotów bieżących i rosnącym zadłużeniem zagranicznym.
Nie jest przypadkiem, że bardzo szybkie do niedawna tempo wzrostu PKB w Bułgarii i krajach bałtyckich jest obecnie okupione szczególnie dotkliwą recesją. To samo spotyka zresztą niegdysiejszych zachodnioeuropejskich „liderów konwergencji” (Grecja, Irlandia, Hiszpania, Portugalia). Przy tym wzrost PKB w nowej Europie, jakkolwiek wyższy niż w starej, nie był imponujący. Wzrost w Europie Zachodniej i Japonii w latach 1950 – 1970 (i później w Azji Wschodniej) był szybszy i bardziej zrównoważony.
Przezwyciężenie kryzysu na Zachodzie w najlepszym razie oznacza powrót na scieżkę powolnego wzrostu. W nowej Europie wzrost będzie nieco szybszy – ale też anemiczny i podatny na importowane kryzysy. Sekularna słabość wzrostu w Unii (zwłaszcza w strefie euro) wynika z ułomności podstawowych paradygmatów leżących u podstaw polityki w UE. Ich zmiana jest niezbędna nie tylko dla dynamizacji wzrostu w całej UE. Bez takiej zmiany Unia może ulec siłom odśrodkowym. W polskim interesie politycznym i gospodarczym jest dalsze trwanie Wspólnoty. Ważne jest jednak, aby zmiany przyspieszyły wzrost w Unii i uczyniły go bardziej odpornym na kryzysy.
[srodtytul]Bez nauki z historii[/srodtytul]
Kryzys finansowy 2008 r. bez trudu ogarnął „starą” Unię. Zliberalizowane i integrujące się rynki finansowe nie spełniły oczekiwań. Miast minimalizować i rozkładać ryzyko, doprowadziły do ich kumulacji. Banki i inne instytucje finansowe masowo uwikłały się w złe praktyki tolerowane przez urzędy nadzoru. Jest to m.in. zasługa wpływowej doktryny dowodzącej, że rynki finansowe są efektywne – o ile tylko rządy nie będą się mieszać.
Tak jak w przypadku kryzysu azjatyckiego z lat 90. kryzys w Unii nie wynikał z rozrzutności rządów. Gwałtowny wzrost poziomu długu publicznego w strefie euro po 2008 r. wynikał też z tego, że rządy przejęły długi banków prywatnych zagrożonych bankructwem. Ewentualność spekulacyjnego amoku sektora prywatnego jest wykluczona w „ekonomii głównego nurtu”. Ale była ona skrupulatnie rozważana w nauce Lorda Keynesa. Gdy wybiła godzina kryzysu, politycy podjęli kroki zgodne właśnie z nauką J. M. Keynesa.
Nadzwyczajne działania zapobiegły katastrofie. Jednak bynajmniej nie wszyscy staliśmy się keynesistami. Paradygmaty ekonomii głównego nurtu zostały zawieszone w praktyce – jednak niewiele się zmieniło w głowach decydentów. Dowodzą tego coraz częstsze opinie Komisji Europejskiej (KE) i Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Recydywa ortodoksji przejawia się nie tylko w słowach. W wielu krajach UE pospiesznie są formułowane – i realizowane – konsolidacyjne programy zaciskania pasa. Bruksela przewiduje, że spożycie zbiorowe wzrośnie w Unii o 1 proc. w 2010 r. – i nie wzrośnie wcale w 2011 r. (w przeszłości wzrastało o ok. 2 proc. rocznie). Pierwotny deficyt finansów publicznych w strefie euro ma być niższy niż 3 proc. PKB już w 2011 r. Liczby te kontrastują z prognozami dla USA, gdzie konsolidacja jest symboliczna (deficyt pierwotny ma się zmniejszyć z 7,2 do 6,8 proc. PKB w 2011 r.) Spożycie zbiorowe w USA ma dalej wzrastać: o 2,3 proc w 2010 r. i o 2,7 proc. w 2011 r. Nic dziwnego, że wzrost w strefie euro i całej Unii ma być znacznie wolniejszy niż w Ameryce.
Czy nauki Keynesa stosują się tylko do sytuacji gardłowych? Twierdzimy, że nie. Niektóre z nich należy stosować także w sytuacjach normalnych. W szczególności zdrowa polityka fiskalna praktykowana w UE jest jednym z powodów, dla których wzrost gospodarczy jest tam słabiutki już od 20 lat. Co więcej, właśnie ta polityka sprzyja siłom odśrodkowym. Oczywiście inne elementy ekonomicznej architektury UE też wymagają radykalnej przebudowy.
[srodtytul]Zła polityka EBC[/srodtytul]
Litania zarzutów pod adresem EBC jest długa. M. in. reaguje obsesyjnie nawet na urojone oznaki inflacji. Z pewnością wiele można by ulepszyć w praktyce banku. Jest jednak jedna usterka polityki EBC, której naprawa będzie trudna. Leży ona u podstaw sił odśrodkowych w strefie euro. Bez jej usunięcia strefa euro i UE mogą się rozpaść. Konsekwencje byłyby katastrofalne, przede wszystkim dla nowej Europy.
Pierworodny grzech wspólnej polityki pieniężnej polega na tym, że jest ona stosowana jednolicie w obszarze bardzo niejednolitym pod różnymi względami. Konkretnie, stopy inflacji w strefie euro są, i zawsze były, zróżnicowane. Ale EBC kieruje się abstrakcją średniej inflacji dla całego obszaru.
Stopy procentowe EBC orientują się na ową średnią. Oznacza to, że kraje o niskiej inflacji (np. Niemcy) były konfrontowane z relatywnie wysokimi realnymi stopami – podczas gdy kraje o wysokiej inflacji (np. Hiszpania, Irlandia) ze stopami realnie niskimi (albo wręcz ujemnymi). Stopy EBC są niewłaściwe – zarówno w krajach o niskiej, jak i o wysokiej inflacji. W pierwszych hamują wzrost gospodarczy (kredyt jest realnie drogi), wzmacniając tendencje deflacyjne. W drugich prowokują boom kredytowy, podsycając zarazem inflację. Jednolita polityka EBC oddziaływała procyklicznie, destabilizująco w poszczególnych krajach i powiększała różnice między tempami wzrostu.
Podtrzymując i wzmacniając różnice w stopach inflacji, EBC automatycznie wzmaga różnice w tempach wzrostu płac. W krajach o niskiej inflacji i słabym wzroście realnym następuje stagnacja płac. W krajach o wysokiej inflacji i przeżywających boom płace rosną szybko. Jednostkowe koszty pracy rosną szybko w krajach o wysokiej inflacji – a wolno albo wcale tam, gdzie inflacja jest niska. Skutek: kraje o niskiej inflacji zyskują w konkurencji z krajami o inflacji wysokiej. Ponieważ jedne i drugie mają tę samą walutę (euro), na dawną taktykę przywracania konkurencyjności poprzez dewaluację waluty narodowej nie ma miejsca (od 1971 do 1988 r. lir był stale dewaluowany względem marki, średnio o 10 proc. rocznie; Włochy rozwijały się wtedy bardzo szybko, wypracowując nadwyżki eksportowe). Po wprowadzeniu wspólnej waluty nastąpiło poprawianie się konkurencyjności Niemiec wobec pozostałych partnerów (poza Austrią i Holandią). Narasta nierównowaga w handlu i płatnościach bieżących. Nadwyżki handlowe Niemiec stały się gigantyczne – tak jak deficyty handlowe ich partnerów.
Eksportową przewagę Niemiec powiększa polityka kolejnych rządów, które przyczyniały się do tłumienia wzrostu płac i promowania eksportu – kosztem spożycia i inwestycji krajowych. Ogólny bilans tej polityki jest niekorzystny także dla Niemiec. PKB rośnie tu w tempie
1,4 proc. rocznie (1999 – 2008), znacznie wolniej niż dla strefy euro (2 proc). Bez rosnących nadwyżek eksportu – i przy istniejącej polityce płac – niemiecki PKB rósłby tylko w tempie 0,6 proc. rocznie. Niemieckie nadwyżki są deficytami partnerów (głównie ze strefy euro).
W ostatecznym rachunku polityka ta prowadzi do sytuacji groteskowej. Kumulujące się deficyty płatnicze partnerów Niemiec były finansowane kredytami udzielanymi także przez banki i inne instytucje niemieckie. Partnerzy Niemiec zadłużyli się – głównie w Niemczech. Niewypłacalność tych krajów (np. Grecji) oznaczałaby bankructwo banków niemieckich. W interesie własnych banków rząd Niemiec jest zmuszony przejmować owe złe długi. Tak więc gigantyczne nadwyżki handlowe (i zyski) wypracowane w przeszłości przez prywatne firmy niemieckie zwiększają w ostateczności rozmiary niemieckiego długu publicznego.
[srodtytul]Bezradność KE[/srodtytul]
Destrukcyjny charakter polityki Niemiec był dostrzegany już od dawna. Ale nie przez Komisję Europejską, która problem narastania deficytów i nadwyżek w handlu zauważyła dopiero w tym roku. Dowodzi tego raport Komisji ze stycznia. Dokument postuluje naprawę – przerzucając ciężar na kraje wykazujące chroniczny deficyt handlowy. Naprawa ma polegać na tym, że kraje „deficytowe” odzyskają konkurencyjność – w istocie przez obniżkę płac i cen. Jest to rada nie tylko cyniczna, ale i ekonomicznie absurdalna. W ostatnich 15 latach Niemcy mozolnie budowali przewagę w zakresie kosztów płacowych. Ich eliminacja wymagałaby głębokiej i długotrwałej deflacji u partnerów Niemiec. A, jak wiadomo, taka deflacja jest murowaną receptą na depresję.
Kryzys Grecji – w kolejce stoją już następne kraje, które nie dotrzymały kroku Niemcom – zostanie prawdopodobnie zażegnany, głównie kosztem zwiększenia długu publicznego Niemiec. Niczego to nie zmieni, jeśli idzie o konkurencyjność Grecji i innych. Grecja zacznie się zadłużać, gdy tylko znów uzyska możliwość zaciągania kredytów. Prędzej czy później dojdzie do kolejnego kryzysu. Wyjściem stanie się bankructwo – i restytucja własnej, stosownie słabej waluty.
Więcej sensu miało by postulowanie, by zmianie uległa polityka Niemiec. Rosnąca wydajność pracy powinna być tam lepiej wynagradzana, a rosnąca produkcja w większym stopniu służyć wzrostowi spożycia i inwestycji. Warto postulować wprowadzenie procedury nadmiernej nadwyżki handlowej wobec krajów, które destabilizują partnerów, forsując politykę nadmiernego ograniczania płac i spożycia wewnętrznego. Ogólną regułą wewnątrz strefy euro powinna być zasada, że płace nominalne rosną zgodnie z krajowym wzrostem wydajności pracy plus stopa inflacji przyjęta jako cel przez EBC.
Przyjęcie euro dałoby Polsce niejakie korzyści, na ogół zresztą wyolbrzymiane. Doświadczenie Włoch i innych krajów strefy, które nie były w stanie naśladować deflacyjnej polityki Niemiec, dowodzi, że rzecz jest ryzykowna. Realna konwergencja może się zmienić we wzrost systematycznie niższy niż średnio w UE, albo w stagnację, jak w Portugalii.
[srodtytul]Co z deficytem[/srodtytul]
Po wybuchu kryzysu w 2008 r. przyznawano powszechnie, że deficyty finansów publicznych (FP) są rzeczą normalną – a nawet pożyteczną. To przekonanie staje się mniej modne – przynajmniej w Europie. Grecki kryzys finansów publicznych odegrał dużą rolę we wskrzeszeniu paktu stabilizacji i wzrostu (PSW). Dopuszcza on okresowo deficyt FP rzędu 3 proc PKB. Żąda jednak, by średniookresowo był on zbilansowany lub wykazywał nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Otóż nie ma żadnego uzasadnienia dla kryterium 3 proc. (dlaczego nie 2 albo 5 proc.?).
Jeszcze gorzej ma się sprawa, jeśli chodzi o wymóg zbilansowania/nadwyżki FP. Wyrównany lub nadwyżkowy budżet FP jest wyjątkiem, nie zaś regułą w krajach najbardziej rozwiniętych (odkąd dysponujemy wiarygodnymi statystykami).
Tendencja do występowania deficytu FP nie jest zatem żadną aberracją, ale prawidłowością makroekonomiczną. W rozwiniętej gospodarce pieniężnej sektor prywatny z reguły, choć nie zawsze, pragnie więcej z osiąganego dochodu oszczędzać, niż inwestować. Jest więc na ogół w stanie wyprodukować więcej, niż zechce sam spożyć albo zainwestować (w środki produkcji, domy itp.). Nadwyżka pożądanych oszczędności nad pożądanymi inwestycjami prowadzi do ograniczenia poziomu produkcji i dochodów – chyba że ową nadwyżkę produkcji sektora prywatnego da się wyeksportować – albo że z pomocą przyjdzie deficyt FP. Bez możliwości zwiększenia zbytu – chociażby na potrzeby sektora publicznego – sektor prywatny może nie wykorzystać prawdziwego potencjału produkcyjnego.
PSW żąda też, by dług publiczny nie przekraczał 60 proc. PKB. Co bardziej gorliwi politycy postulują nawet całkowitą eliminację długów publicznych jako obciążających przyszłe pokolenia. Ale kryterium 60 proc. jest arbitralne. Postulat eliminacji długu jest zwyczajnie niemądry. Dzięki deficytowi finansów publicznych powstają drogi, szkoły, szpitale itp, są środki na wykształcenie i ochronę zdrowia przyszłych pokoleń. Jest sprawiedliwe, by dziedzicząc ów kapitał, nasi potomni dziedziczyli też część zobowiązań. Należy zresztą podkreślić, że zmniejszanie długu publicznego udaje się – jak wskazuje doświadczenie wielu krajów – tylko wtedy, kiedy PKB wykazuje szybki wzrost. W innych warunkach polityka taka pozostaje nie tylko bezskuteczna, ale wyzwala jedynie tendencje deflacyjne.
Dług publiczny krajów budzących zaufanie jest pożądanym środkiem lokowania nadwyżek finansowych, nawet gdy jego oprocentowanie jest symboliczne. Rozmiary długu (w relacji do PKB) nie mają przy tym istotnego znaczenia. Dług publiczny Japonii przekracza 200 proc. PKB, a jego oprocentowanie to 1,4 proc. Dług publiczny Bułgarii nie sięga 15 proc. PKB, ale jego oprocentowanie przekracza 5 proc.
Jest w interesie Polski, by UE trwała – ale funkcjonowała lepiej niż dotąd. Trzeba, by polityka Polski w UE była aktywna – ale też konstruktywnie krytyczna.
[i]Kazimierz Łaski jest b. dyrektorem naukowym Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych (WIIW) i emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Linzu, Leon Podkaminer pracuje w WIIW i jest profesorem w Wyższej Szkole Administracji w Bielsku-Białej.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA