Plus Minus

Metr gruntu za kilo złota

Sokrates Starynkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W pierwszej dekadzie XVI wieku Warszawa, licząca 200 lat wcześniej zaledwie kilkuset mieszkańców, osiągnęła prawie 5 tysięcy – wiadomość tę czerpię z wydanej ostatnio pracy Lecha Królikowskiego i Marka Ostrowskiego „Rozwój przestrzenny Warszawy”.
Autorzy rozważają, zbyt ich zdaniem pochopnie przyjmowane jako oczywiste, pojęcia stołeczności, a nawet miejskości Warszawy. Jedni z monarchów chętniej przebywali w Krakowie. Królowie elekcyjni wybierani w Warszawie aktu koronacji – z dwoma wyjątkami – dokonywali w katedrze wawelskiej. Tak więc naprawdę stolicą stało się nasze miasto dopiero 28 listopada 1918 roku.
Lepiej od dzisiejszych autorów, choć zgodnie z ich poglądem, kwestie miejskości opisał już w wieku XVIII Franciszek Salezy Jezierski: „To miasto należy uważać dwojako: ...Warszawa Stara ma w sobie rynek kwadratowy i na środku jego ratusz, kilka ulic krótkich i krzywych, trzy kościoły, trzy bramy i to całe miasto obszerne jest jak rynek w Krakowie. Uważając zaś Warszawę, ile dopiero ma być miastem – to jest mila ziemi wszerz i wzdłuż, obwiedziona przekopem, napełniona kamienicami, pałacami, kościołami i klasztorami, dworcami drewnianymi, szpitalami, ogrodami, młynami, cegielniami, fantazjami na koniec”. Na tym rozległym terytorium pojawiało się co jakiś czas około 50 tysięcy (1573) do 80 tysięcy (1668) szlacheckich elektorów, którzy wkrótce po wyborze monarchy opuszczali „miasto na potem”. Jędrzej Kitowicz w też wznowionych ostatnio „Pamiętnikach, czyli historii polskiej” opowiada, jak dworzanie Stanisława Augusta, nim doszło do zainstalowania się na zamku, „najmowali sobie stoły po tańszych garkuchniach”. Okupujący Warszawę od roku 1796 Prusacy dokonali poważnych zabiegów prawnych i administracyjnych, które w przyszłości miały się przyczynić do rozwoju miasta. Wprowadzili system hipoteczny obowiązujący do dzisiaj, system ubezpieczeń od ognia, państwowy nadzór sanitarny – obowiązek szczepienia ospy (1800) oraz instytucję listonoszy. My natomiast założyliśmy Towarzystwo Przyjaciół Nauk oraz Liceum Warszawskie, co było pierwszym krokiem do utworzenia uniwersytetu.
Ministerstwo Skarbu na placu Bankowym, Pałac Staszica, kościół św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży, Belweder, obserwatorium astronomiczne w ogrodzie botanicznym, te gmachy, których urody do dziś nic nie przygasiło, powstały w okresie Królestwa Kongresowego. Wtedy też przystąpiono do budowy nadbrzeżnego bulwaru. Aleja (tak) Jerozolimska otwarta, ku Berlinowi i Moskwie, przecięta przez Marszałkowską, wyznaczyła nowe centrum. Przed powstaniem listopadowym ludność liczyła 129 tysięcy. Klęska powstania była też klęską miasta. Na wysokim pięknym brzegu na północ od Nowego Miasta powstawała właśnie nowa dzielnica – Żoliborz. By nas ukarać, zburzono ją kompletnie, żeby wystawić Cytadelę, odcinając miasto od rzeki. Kosztami budowy obciążono budżet miasta. Autorzy podają wydatki w rublach i ówczesnych złotych, przeliczając je na złoto. Cytadela pochłonęła ponad 13 ton złota. Stawiając Cytadelę, użyto też piaskowca sprowadzonego znad Pilicy na budowę nadbrzeżnego bulwaru. Jedyną poważniejszą budowlą okresu między powstaniami był Hotel Europejski. Natomiast budowa kolei wywarła wpływ i na rozwój demograficzny, 1861 – 230 tysięcy osób, i rozwój przemysłu. Po raz pierwszy dowiaduję się z tej książki o, pomijanej w pracach varsawianistycznych okresu PRL, rosyjskiej doktrynie militarnej przyjętej w roku 1873 w konsekwencji przegranej wojny krymskiej. Doktryna ta przewidywała rozbudowę bądź budowę twierdz w Kownie, Grodnie, Łomży, Ostrołęce, Pułtusku, Serocku, Zegrzu, Modlinie, Warszawie, Dęblinie i jeszcze innych miejscach. Plan ten obowiązywał praktycznie do pierwszej wojny. Mieszkańcy Warszawy mieli być zakładnikami Rosjan dla powstrzymywania przed ostrzałem miasta na wypadek konfliktu. Władze zakreśliły wokół miasta trzy okręgi o promieniach 4, 8 i 16 kilometrów. Pierwszy pas obejmował obszar o powierzchni około 600 km kw, drugi – około 150 km kw, trzeci – 50 km kw. Wewnętrzna granica tego pasa znajdowała się w odległości 2100 metrów od placu Małachowskiego. W pierwszym pasie każda budowa musiała być zatwierdzona przez władze wojskowe z warunkiem zrównania jej z ziemią własnym kosztem na każde żądanie. W drugim pasie zabroniono podwyższania lub obniżania poziomu ziemi, zakładania kanałów, stawów, dróg, ogrodów, wznoszenia kościołów i wyższych budynków. W obrębie ostatnim nie wolno było wznosić budynków murowanych, tworzyć piwnic i sklepów murowanych. Dopuszczano jedynie cmentarze i budowle drewniane na niskich fundamentach. Miasto zostało zamknięte w granicach z roku 1770. Tymczasem żywiołowo wzrastała populacja: 1880 r. – 310 tys., 1914 r. – 884 tys. Wzmożony był popyt na mieszkania, postępowała spekulacja. Ceny gruntu – astronomiczne. Metr kwadratowy przy skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich z Marszałkowską osiągał cenę kilograma złota. Wielkie miasto jako twierdza wymaga szczególnej infrastruktury: sprawnego systemu wodno-kanalizacyjnego, sieci komunikacyjnej, systemu łączności, możliwości gromadzenia i przechowywania żywności dla ludzi, a wówczas i paszy dla koni. I oto nasza udręka, ścisk i ciasnota, zarazem przyniosła nam korzyści. Otóż mianowano prezydenta miasta, jednego z dwu, których warszawiacy kolejnych pokoleń zdecydowanie zaaprobowali. Generał Sokrates Starynkiewicz uznał sprawę wodociągów i kanalizacji za pierwszoplanową. Był to człowiek inteligentny, taktowny i na dodatek nieskazitelnie uczciwy, co stanowiło niezwykłą rzadkość wśród przysyłanych tu funkcjonariuszy. Wybrał świetnych, sprawdzonych już wykonawców. Współbrzmienie projektów generała Starynkiewicza z doktryną wojskową pozwoliło na czerpanie z Petersburga środków przekraczających warszawskie możliwości. Z Petersburga, który sam jeszcze nie posiadał podobnych urządzeń. „Do pierwszych prac w terenie przystąpiono równocześnie z rozpoczęciem budowy pierwszego etapu twierdzy Warszawa...”. Przy tej okazji powstał potężny przemysł cementowy, który był później dumą II Rzeczypospolitej. Koszty tej budowy Królikowski i Ostrowski oceniają na 23 tony złota. Czysta strata Rosji. Co zrobił dla miasta Starzyński, to już i tak wiemy. Nie ulega też wątpliwości, że w PRL następowała degradacja miasta. Autorzy przypisują to nie tylko bzikom urbanistów, ale i obawom narzuconej władzy. „Zwarta zabudowa miejska daje możliwość łatwej budowy barykad, w przeciwieństwie do luźno rozrzuconych bloków. (...) Pojęcie rozrzuconego, rozluźnionego zespołu miejskiego znajdowało szczególnie dobre przyjęcie w kręgach resortu bezpieczeństwa”. A w naszych czasach co ekipa samorządowa, czyli co cztery lata, to przygotowuje za każdym razem całkiem nowe plany „dynamicznego rozwoju”, czasem „zrównoważonego rozwoju”, „osiągnięcia jak najwyższego poziomu zaspokojenia potrzeb mieszkańców”, a też „zajęcia znaczącego miejsca wśród najważniejszych metropolii europejskich”. Autorzy, jak każdy kochający to miasto, są z niego – nie bez licznych powodów – mocno niezadowoleni. Fakt jednak, że szukając daremnie miejsca, które byłoby wizytówką Warszawy, nie dostrzegli nowej postaci Krakowskiego Przedmieścia, odbiera wydawnictwu walor aktualności. [i]Lech Królikowski, Marek Ostrowski „Rozwój przestrzenny Warszawy”. Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki, Warszawa 2009[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL