Rzeczpospolita: W poniedziałek przypada 35. rocznica odsłonięcia pomnika Małego Powstańca w Warszawie. Dlaczego budzi on tak silne kontrowersje?

Prof. Wiesław J. Wysocki: Przedstawia dziecko z karabinem, ubrane w za duży niemiecki hełm i dorosłe buty. Każdy normalny człowiek powie: „Dramat, dzieci powinny być trzymane jak najdalej od walki". Tyle że nasza historia potoczyła się tak, że walczyły również dzieci. I to poczynając od Piastów. Proszę pamiętać o obronie Głogowa, o dzieciach użytych przez cesarza Henryka V jako zakładnicy na wieżach oblężniczych.

Były też Orlęta Lwowskie.

Nie tylko, również Płockie, Przemyskie, Warszawskie, Tarnopolskie... Przypomnę obronę Grodna z 1939 r., kiedy 13-letni Tadzio Jasiński został schwytany, a następnie przywiązany do czołgu jako żywa tarcza. Skonał na rękach matki. Przypomnę brutalnie mordowane dzieci na Wołyniu, wysiedlane dzieci Zamojszczyzny. Nikt nie chce, by dzieci brały do ręki broń. Zresztą nie były do walki zachęcane. Często uciekały z domu, by walczyć – tak jak Jurek Bitschan, który zostawił ojcu przepiękny list. One uważały, że to również ich walka. To jest dramatyczne, ale powtórzę: taka jest nasza historia. Mały Powstaniec jest symbolem tego, co niechciane, a zarazem tego, czego doświadczyliśmy.

Teoretycznie dzieci nie mogły należeć do Armii Krajowej.

Formalnie nie, bo przysięgę składano od 16. roku życia. Ale znam wiele życiorysów, gdzie dzieci zatajały prawdziwe daty urodzenia, by móc złożyć przysięgę. I wielu 14-latków ją składało. Do tego dzieci brały udział w różnych zadaniach, typu: „idź powiedz sąsiadowi...", „zanieś...". Były łącznikami. Często je wyganiano, ale nieustannie wracały, dopraszając się, by włączyć je do działań. Samoczynnie chwytały za broń. Ten pomnik nie jest zachętą do walki, tylko świadectwem. Upamiętnia i oddaje hołd bohaterskim, często bezimiennym dzieciom, które zginęły w walce za wolność.

—rozmawiał Łukasz Lubański