fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Wojciech Pszoniak: Reżyser musi mnie przekonać

Wojciech Pszoniak pojawia się w Teatrze TV, gdy czuje, że rola jest dla niego. Reżyser musi go przekonać
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Wojciech Pszoniak - o graniu komedii jak tragedii, przyjaźni ze Swinarskim, o rolach i kolegach rozmawia z Jackiem Cieślakiem.

19 października zmarł wybitny polski9 aktor, Wojciech Pszoniak. Przypominamy wywiad, jaki z artystą przeprowadził w 2014 roku Jacek Cieślak.

Czym był dla pana Teatr Telewizji, zanim zaczął pan w nim występować?

Wojciech Pszoniak: Oknem na teatralny świat. Po wyjeździe ze Lwowa, związanym z powojenną zmianą granic, spędziłem dzieciństwo i młodość w Gliwicach. Mimo że są one miastem inteligencji technicznej, nieporównywalnym z Krakowem czy Warszawą, przyjeżdżały tam zespoły wszystkich okolicznych scen. To rozbudziło moją pasję artystyczną. Teatr TV ją rozwinął, bo telewizora nie mieliśmy, ale na telewizję się chodziło. I mając w pamięci swoją gliwicką perspektywę, przywiązuję dużą wagę do podtrzymania tradycji Teatru Telewizji, bo dziś sytuacja jest podobna do tej, jaką pamiętam z młodości. Być może Warszawa nie potrzebuje aż tak bardzo Teatru Telewizji, ale dla widzów z mniejszych ośrodków jest bardzo ważny, tam kultura wyższa w inny sposób nie dociera. Zwłaszcza do młodzieży, która musi mieć poważne wzorce. Dlatego kiedy nastąpiła reanimacja Teatru Telewizji, pogratulowałem pomysłu prezesowi Juliuszowi Braunowi. Pamiętam też, jak telewizyjna scena była niszczona. Przez przypadek znalazłem się wtedy przy jednym stoliku z ówczesnym dyrektorem telewizyjnej Jedynki. Kiedy zapytałem: „Kto zamordował Teatr Telewizji?", odpowiedział: „Ja. Nie będzie mi Polsat dyktował warunków konkurencji w poniedziałkowy wieczór!". Powiedziałem, że chyba mu się coś pokręciło, bo jest dyrektorem telewizji publicznej, misyjnej, i o tym powinien pamiętać.

Pamięta pan swój pierwszy występ przed kamerami telewizyjnego teatru?

Jeszcze w studiu w Warszawie przy placu Powstańców zaśpiewałem piosenkę skomponowaną przez mojego kolegę do wiersza Tadeusza Różewicza „Potrzebny człowiek do koni". Na żywo, w programie z udziałem Ewy Demarczyk.

Czuł pan tremę?

Nie pamiętam, chyba tak. Od początku miałem jednak łatwość koncentracji. Czy patrzy jeden widz czy milion, to nie ma znaczenia.

Jednym z pierwszych pana ważnych spektakli była „Klątwa" Wyspiańskiego w reżyserii Konrada Swinarskiego już w Krakowie.

A Konrad Swinarski był pierwszą ważną postacią artystyczną w moim scenicznym życiu. Najpierw wyreżyserował „Klątwę" w Starym Teatrze, a potem doszło do telewizyjnego przeniesienia. Grałem malutką rolę, ale i tak byłem szczęśliwy, bo wtedy zaczęła się moja współpraca i przyjaźń z Konradem. Niezwykle ważne jest to, ?z kim młody człowiek przeżywa inicjację artystyczną. Od tego zależy, czy stawiamy sobie potem poprzeczkę wysoko i nie schodzimy poniżej pewnego poziomu. Ja tego nie lubię.

Czy telewizję w jej początkach da się porównać z dzisiejszą medialnością internetu?

Spektakle były realizowane i transmitowane na żywo. Żeby zagrać kolejne sceny w innych dekoracjach, trzeba było szybko przebiec do następnego pomieszczenia. Liczył się czas. Trzeba było patrzeć pod nogi. Całkiem niedawno pokazywałem studentom wiedzy o teatrze spektakl telewizyjny – „Ożenek" Gogola, w którym widać gołym okiem czerwony kabel leżący na ziemi. Zdarzały się i takie realizacyjne wpadki, biorące się z pośpiechu. Ale najbardziej tempo pracy odbijało się na aktorach, bo nie było szansy na powtórkę ujęcia. Mimo tych wszystkich napięć czuliśmy na planie, że bierzemy udział w święcie teatru.

Aż się pan uśmiechnął. Może z myślą o panu mistrzu, reżyserze i dyrektorze Zygmuncie Hübnerze, który zrealizował słynnego „Don Juana".

Zagrałem wtedy Sganarela.

O tej roli mówiło się i pisało, że była ważniejsza niż tytułowa.

Nie wiem, czy ważniejsza.

Jan Englert, który grał Don Juana, podkreślał, że całkowicie go pan zaskoczył.

Niedawno rozmawialiśmy na ten temat i twierdził, że tamten Don Juan to jego niedobra rola, a ja wcale tak nie uważam. Chciałbym z całą mocą podkreślić, że dla mnie partner jest zawsze najważniejszy. Nie umiem grać osobno i nie na tym polega teatr. Nie wymyślam roli w domu, czekam na to, co zaproponuje kolega na scenie.

Jak pracował Hübner?

Był człowiekiem delikatnym, kulturalnym. Nie narzucał się, raczej słuchał aktorów, był dla nich przyjazny. Mogę o nim powiedzieć: mój pierwszy i jedyny dyrektor. Zarówno w Starym Teatrze, jak i Powszechnym – już w Warszawie.

U Jerzego Gruzy zaczął pan od Merkucja w „Romeo i Julii", a potem zagrał w słynnym „Rewizorze".

Jerzy Gruza to jeden z najwybitniejszych telewizyjnych reżyserów teatralnych, niezwykle wyczulony na prawdę gry aktorskiej. Zrealizowaliśmy też „Nie do obrony" Osbourne'a, spektakl, który sobie bardzo cenię ze względu na niezwykle trudną rolę, składającą się z małych puzzli. Chciałbym obejrzeć dawnego Merkucja, bo uważam, że jeżeli rola trafia w sedno, nie starzeje się.

„Rewizor" przeszedł do legendy również dzięki Horodniczemu w interpretacji Tadeusza Łomnickiego.

Był najwybitniejszym współczesnym polskim aktorem. Konstruował role jak inżynier, wystrzegając się spontaniczności. Wszystko wspaniale wymyślał, nie odwołując się do siebie. Próbował różnych efektów i patrzył, jakie wywołują reakcje. Był w tym wspaniały, nie będąc jednocześnie aktorem zimnym, co bardzo częste u techników. Ja miałem rolę Dobczyńskiego i grałem komedię tak jak tragedię, bo tak właśnie trzeba. Jeśli się o tym zapomina – robi się lepszy albo gorszy kabaret. Nigdy nie można mieć poczucia, że się gra śmiesznie. Dlatego grałem człowieczka podekscytowanego, wierzącego w to, co mówi.

Dał pan koncert w „Ich czworo" Tomasza Zygadły.

A proszę sobie wyobrazić, że nie pamiętam dobrze tego przedstawienia.

Naprawdę?

A w którym roku to było?

W 1977.

Dziękuje. Pamiętam tylko miłą współpracę. Grali: Anna Seniuk, Anna Dymna, Joanna Szczepkowska i Jerzy Stuhr.

A ma pan w takich sytuacjach wrażenie, że powstaje coś wspaniałego, ważnego?

To się wie. Ale najbardziej zdaję sobie sprawę, kiedy coś się dzieje złego. Wtedy staję się czujny.

Takiej konieczności nie było chyba podczas rejestracji „Lokomotywy" Tuwima. To arcydzieło onomatopei.

Oglądałem niedawno – bardzo śmieszne. Z Danielem Olbrychskim i Piotrem Fronczewskim dobrze się bawiliśmy. Niezwykle zabawny utwór dostał melodię mocnej interpretacji. To nie takie łatwe. Trudność była techniczna. Musieliśmy się zgrać na próbach, żeby nabierając coraz szybszego tempa recytacji, nie wypaść z rytmu i się nie pogubić. Udało się.

Pana najpłodniejszy okres współpracy z Teatrem Telewizji zakończył się pod koniec lat 70.

To łączy się też z moim wyjazdem do Francji. Gdy tam opowiadałem, że mamy w kraju Teatr Telewizji, zazdrościli nam tej perły, a chodziło również o gigantyczną widownię. Trzeba być bezrozumnym, żeby niszczyć taką scenę.

Narzekamy, że nie ma Teatru Telewizji, ale sami też się od niego odzwyczailiśmy.

A ja nie. Oglądam, choć nie mam telewizora – w internecie. O gustach się nie dyskutuje, ale mamy do czynienia z próbą kompromisu: przyciągnięcia widzów kosztem znaczenia nowych spektakli. Pojawia się kwestia odpowiedzialności za kształtowanie gustów widzów. Z tym mamy problem. Ważne jest, by korzystać z utalentowanych i doświadczonych, najlepszych reżyserów. To oni powinni pracować z aktorami, zwłaszcza młodymi, żeby ich uczuć rzemiosła.

A kiedy pan powróci na Woronicza?

Muszę mieć poczucie, że rola jest dla mnie. Reżyser musi mnie przekonać.

Im pana mniej w telewizji, tym więcej w Teatrze Polskiego Radia.

Do radia zawsze chętnie przychodziłem, tak jak większość aktorów. Czytałem książki, powieści. Znajduję tam azyl, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. To miejsce szlachetne, niezbrukane popkulturą.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA