fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Firma

Tomasz Pietryga: przedsiębiorca (nie)europejski

AdobeStock
O wartościach można mówić długo i namiętnie na nasiadówkach różnych unijnych komisarzy, na wielogodzinnych debatach w Parlamencie Europejskim, kiedy jednak w grę wchodzi interes rodzimych biznesów, wszystko to szybko zostaje zapomniane.

Nie tylko w Polsce, ale też w Unii modne stało się określenie „sędzia europejski". Mimo że orzeka we własnym kraju, w oparciu o wewnętrzny porządek prawny, łączy go z kolegami z innych państw członkowskich prawo UE oraz te same wartości i zasady. Hasło „sędzia europejski" przeżywa dziś swój renesans w związku ze sporem o praworządność. Szkoda tylko, że równie ochoczo statusu „europejski" nie nadaje się innym profesjom, szczególnie przedsiębiorcom. Bo prowadzoną wobec nich politykę administracji francuskiej, niemieckiej czy holenderskiej – mającą w poważaniu jeden z filarów Unii: swobodę świadczenia usług – śmiało można określić przymiotnikiem „antyeuropejska".

Od lat znane są historie nękania polskich firm transportowych, które zaczęły przeszkadzać zachodnim przewoźnikom. Stąd próby zaostrzenia ustawodawstwa, lobbing za zmianą unijnych dyrektyw, aby ich usługi były mniej konkurencyjne. Swój kamyczek dorzucały też inspekcje drogowe, gnębiąc naszych przewoźników skrupulatnymi kontrolami w ramach „jednolitej europejskiej polityki"... wyparcia ich z rynku.

Na rynku francuskim, holenderskim czy niemieckim z nieprzychylną tamtejszą administracją na co dzień stykają się też inne polskie firmy – budowlano-remontowe, oferujące usługi w branży hotelarskiej, sprzątającej czy opieki nad ludźmi starszymi i chorymi. Czyli wszędzie tam, gdzie wykorzystywany jest mechanizm delegowania pracowników z Polski. Mimo że mechanizm ten jest całkowicie zgodny z prawem UE, poraża zaciekłość, z jaką z tą formą świadczenia usług walczy np. francuska czy holenderska administracja. Polscy przedsiębiorcy nagminnie skarżą się, że np. delegowani pracownicy z definicji traktowani są przez tamtejsze inspekcje pracy jako nielegalni – podczas kontroli inspektorzy nie chcą nawet sprawdzać ich statusu.

Francuscy politycy nieraz zarzucali polskim przedsiębiorcom „dumping socjalny", nakłaniając ich do rejestracji swojej działalności na miejscu. Jednak to ze względu na mobilność tych firm oraz zakotwiczenie w polskim systemie podatkowym i prawnym było po prostu nieopłacalne. W zmian mamy więc surową politykę, której celem jest jedno: zniechęcenie intruzów do oferowania swoich usług. Fakt, że często są lepszej jakości i dlatego wygrywają, ma już znaczenie drugorzędne.

Bo jak widać, „europejscy" inspektorzy mają gdzieś wspólne wartości w tym konkurencyjność, na której miał się opierać wspólny unijny rynek. O wartościach można mówić długo i namiętnie na nasiadówkach różnych unijnych komisarzy, na wielogodzinnych debatach w Parlamencie Europejskim, kiedy jednak ważne zaczynają być konkrety i interes rodzimych biznesów, wszystko to szybko zostaje zapomniane, dżentelmeńsko pominięte milczeniem. Unia, która wciąż mówi o konieczności reformowania się, jeszcze większej integracji, dzięki której będzie zdolna konkurować z największymi gospodarkami świata, sama się zatraca. A spychając w niebyt głoszone idee, gasi też energię przedsiębiorców z Europy Środkowo-Wschodniej chcących korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku. Polityka kontroli i lobbingu chowa przymiotnik „europejski" głęboko do szafy, używając go tylko przy specjalnych okazjach.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA