fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Nowa gitarowa płyta Stinga

Sting w paryskim klubie Bataclan. 27 marca wystąpi na warszawskim Torwarze.
AFP
Wznawiając rok po zamachu działalność paryskiego klubu Bataclan, Sting zaprezentował album „57th & 9th".

Nie każdy ma okazję pokazać światu drogę do pracy. Sting uczynił to na okładce nowej płyty „57th & 9th". O bladym świcie, z gitarą ukrytą w futerale, idzie na poranną zmianę.

Tytuł to nazwa nowojorskiego skrzyżowania niedaleko studia nagraniowego. Wczesną porę sesji zdjęciowej komentował następująco: „Jestem synem mleczarza. Wstaję o 5.30" – mówił magazynowi „Rolling Stone". Można z przekąsem dodać, że były lider The Police przypomina pracowitością Wujaszka Wanię, bohatera Antoniego Czechowa. Gitara Stinga zaś da się porównać do strzelby z czechowowskiej tragikomedii, która musiała w końcu wystrzelić. Schowany w futerale instrument został podłączony do wzmacniacza.

– To nie jest płyta skomponowana na lutnię – zastrzegł Sting, nawiązując do albumu „Songs From the Labyrinth" z 2006 roku. – To najbardziej gitarowy album, jaki nagrałem w życiu. Wciągnąłem rockową banderę na maszt i przyglądam się, jak działa.

Marynarskie analogie są nawiązaniem do poprzedniej płyty Stinga „Last Ship" z 2014 roku, która była powiązana z muzycznym widowiskiem granym na Broadwayu z udziałem artysty. Muzyk opowiedział w nim historię swojego rodzinnego miasteczka Wallsend, związanego z przemysłem okrętowym i stocznią. Wielowątkowa muzyczna opowieść stała się powrotem do komponowania piosenek po kryzysie twórczym. Przysłoniła go już wspomniana płyta ze świątecznymi motywami, nagrane z orkiestrą „Symphonicities" oraz comeback The Police w latach 2007–2008.

– Nasz powrót był ćwiczeniem z nostalgii i nie dał żadnej perspektywy rozwoju – komentuje Sting. Depresja wróciła szybko.

– Mogłem włóczyć się po parku i nie byłoby żadnej różnicy między mną a kimś, kto nie ma zajęcia – powiedział. W przeciwieństwie do bezdomnych mógł siedzieć w domu, ale z czasem stało się to irytujące.

– Jednocześnie niepokój i lęk pchają do działania – tłumaczył „Entertainment Weekly". Pierwszym singlem była piosenka „I Can't Stop Thinking About You" utrzymana w klimacie The Police. Tytuł jest przewrotny: sugeruje miłosny temat, tymczasem to opowieść o artyście, który wyczekuje natchnienia nad pustą od dawna kartką papieru. Przypomina ona śnieżne pole, gdzie nie ma żadnej wskazówki, dokąd iść.

Zamiast chodzić po parku, Sting poszedł za radą nowego menedżera Martina Kierszenbauma, który zarezerwował studio nagraniowe. Trzon zespołu stanowili perkusista Vinnie Colaiuta, gitarzysta Dominic Miller oraz Jerry Fuentes i Diego Navaira z teksasko-meksykańskiej grupy Last Bandoleros.

Przyjeżdżał do studia bez gotowego materiału i komponował na miejscu z muzykami.

– To podnosiło napięcie, bo wszystko kosztuje – tłumaczy muzyk, który ma majątek wart 300 mln dolarów.

Powstał rodzaj muzycznej gazety, która komentuje bieżące wydarzenia. Głównym motywem jest problem migracji. Bohaterami „Inshallah" są wygnańcy podróżujący do Europy. „One Fine Day" zainspirowały obawy o przyszłość planety wywołane zmianami klimatycznymi.

Muzyk, który skończył 65 lat, nie ukrywa, że w jego życiu coraz większe znaczenie ma temat śmierci.

– Mam to ciągle z tyłu głowy – dodaje. Bezpośrednim impulsem do napisania ballady „50,000" była śmierć Prince'a. To opowieść w formie nekrologu, który przypomina wielkie czasy sukcesów, a kończy się smutną refleksją.

– To mój komentarz do takich szokujących wydarzeń, jak śmierć Prince'a, Davida Bowiego, Glenna Freya, Lemmy'ego – powiedział. – Wydawali się być naszymi bogami. Wielkie światło, jakie było wokół nich, tworzyło też sferę mrocznego cienia. A kiedy zmarli, tym mocniej dopadła nas myśl o naszej śmiertelności. Takie sytuacje doskwierają szczególnie dotkliwie, bo obnażają złudzenia, jakie funduje nam pycha. Śmierć dopadnie każdego z nas.

Zwlekanie z premierą nowej płyty było grą na przeczekanie trudnego okresu w fonograficznej branży. Wynikało również z niepewności, czy kolejne dzieło powtórzy sukces, jaki przytrafił się Stingowi dawno, w 1999 roku, gdy wydał „Brand New Day", laureatkę dwóch Grammy. Moim zdaniem nie powtórzy. Nowym kompozycjom, z kilkoma wyjątkami, brakuje świeżości i witalności. Brzmienie nagrań jest matowe. Mamy nawiązania do The Police, i to jest najciekawsze, a także do klimatów folkowych.

– Wszystko, co się teraz zdarzy, będzie konfrontacją z nowym – mówi Sting. – Fonografia jest w stanie chaosu i nic już nie będzie tak jak kiedyś. Nie wiem, czego się spodziewać. Ale dla mnie w muzyce zawsze najważniejszy był element niespodzianki. Trzymam się mojej drogi i zapraszam do wspólnej podroży.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA