Publicystyka

Tomasz Grzegorz Grosse: Unia bezwzględnych

Tomasz Grzegorz Grosse
Fotorzepa, Jakub Szymczuk
Jeśli w jakimś kraju UE wyborcy zagłosują na eurosceptyków, mogą być napiętnowani w całej Europie, a każda nadarzająca się okazja będzie próbą ich ukarania. Trudno uznać to za regułę, która powinna obowiązywać wśród państw sojuszniczych – pisze ekspert ds. europejskich.

Kanclerz Niemiec Helmut Kohl powiedział w 1996 r., że państwa narodowe w Europie nie mogą rozwiązać poważnych problemów XXI wieku, dlatego powinny ulec dezintegracji, a na ich miejscu musi powstać zintegrowana unia polityczna. Istotą tego poglądu jest to, że to przede wszystkim silne instytucje państwowe, wspólnoty narodowe, ich wielowiekowe tożsamości i tradycje, a nawet demokratyczna polityka – są największymi przeszkodami dla dokonania przełomu w procesach integracyjnych. Podobny pomysł na przyszłość integracji europejskiej ma od wielu lat przynajmniej część elit proeuropejskich, zwłaszcza tych blisko związanych z instytucjami unijnymi.

Najważniejszym narzędziem integracji jest transfer uprawnień z poziomu narodowego na unijny, a także ekspansja europejskiego prawa i jego supremacja wobec prawa krajowego. W rezultacie w wielu obszarach spraw publicznych państwa nie mogą dowolnie przyjmować ustaw i są nadzorowane przez instytucje unijne, czy przestrzegają prawa UE. Niemniej „integracja poprzez prawo" jest też niejednokrotnie korzystna dla samych państw, czego dowodem jest zgoda rządów na jej postępy.

Całkowity zawód

Nie oznacza to, że wszyscy zgadzają się na kolejne etapy integracji, a na pewno nie na spełnienie wizji politycznej Kohla. Nawet jego protegowana, czyli Angela Merkel, zdystansowała się od tej wizji, zamiast tego kształtując własną metodę integracji (tzw. unijną), która ma wspierać interesy państwa niemieckiego.

Dlatego podejmowane były inne próby osłabiania państw narodowych. Tak może być postrzegane przyzwolenie na masową imigrację spoza Europy, która rozpoczęła się znacznie wcześniej niż kryzys z 2015 r. Towarzyszyła jej koncepcja wielokulturowości, pozwalająca przybyszom zachować odrębność języka i kultury, nawet wówczas, kiedy było to sprzeczne z zasadami powszechnie obowiązującymi w Europie Zachodniej. Douglas Murray, autor bestsellerowej książki pod wiele mówiącym tytułem „Dziwna śmierć Europy", obwinia właśnie tę koncepcję za systematyczne osłabianie spójności etnicznej i kulturowej większości państw UE. Wprowadzenie amalgamatu różnorodnych kultur i żyjących obok siebie „równoległych społeczności" miało tworzyć glebę dla zbudowania wspólnoty ponadnarodowej, opartej na uniwersalnych wartościach oraz wolnej od ksenofobii i nacjonalizmów. Nikt nie przewidział jednak tego, że kryzys migracyjny rozbudzi te uczucia w całej Europie.

Nieco wcześniej Angela Merkel w słynnym przemówieniu z Poczdamu przyznała, że polityka wielokulturowości „całkowicie zawiodła". Nie udało się bowiem zintegrować dużej części imigrantów z kulturą i językiem niemieckim. Niedługo potem równie gorzkie słowa o wielokulturowości wypowiedzieli ówczesny premier Wielkiej Brytanii i prezydent Francji. – Prawda jest taka, że byliśmy zbyt przejęci poszanowaniem odmienności tych, którzy do nas przybywają, a nie tożsamością kraju, który ich przyjmuje – stwierdził prezydent Nicolas Sarkozy.

Kolejnym sposobem osłabiania państw miała być koncepcja „Europy regionów", która promowała zróżnicowania lokalne i regionalne oraz postępy decentralizacji administracyjnej. Instytucje europejskie były zaangażowane w rozwój tej koncepcji na wiele sposobów, przede wszystkim poprzez politykę regionalną (spójności) oraz wykorzystując Komitet Regionów, instytucję powołaną w wyniku traktatu z Maastricht. Dla niektórych polityków proeuropejskich wspomniana koncepcja miała być intelektualną przeciwwagą dla hasła „Europy ojczyzn". W sposób pośredni pokłosiem tej wieloletniej polityki są aspiracje Szkocji i Katalonii. W Belgii zaś kolejne reformy administracyjne doprowadziły do sytuacji, w której rosnące znaczenie ustrojowe mają regiony, a ramy federalnego państwa tracą coraz bardziej na znaczeniu politycznym. We Włoszech coraz silniejsza w sondażach jest Liga Północna, której jednym z postulatów jest secesja północnych regionów z Republiki Włoskiej.

Zagrożenie dla ładu

Innym sposobem osłabiania państw może być rosnący proceder wpływania na politykę wewnętrzną przez polityków i media zewnętrzne, wywodzące się zarówno z innych państw, jak i reprezentujących instytucje unijne. Dla jednych są to pierwiosnki z dawna oczekiwanej federacji. Dla innych – obca interwencja w wewnętrzne sprawy wspólnoty demokratycznej. Nie tylko narusza ona suwerenne prawa tej wspólnoty, ale również ogranicza demokrację, gdyż utrudnia powstawanie programów politycznych odmiennych niż te powszechnie akceptowane w Europie.

Owa bezalternatywność bodaj najbardziej była obecna w czasie kryzysu strefy euro w państwach objętych programami pomocowymi, które w dużym stopniu ograniczały się do implementowania szczegółowej listy działań mieszczących się pod wspólnym szyldem polityki oszczędności. Ale jest widoczna i w innych państwach. Z wyborem nowego prezydenta Francji wielu obywateli tego kraju wiązało ogromne nadzieje na nową, choć rozsądną politykę, odbiegającą zarówno od powielania niepopularnych rozwiązań jego poprzedników, jak również zbyt ryzykownych pomysłów polityków skrajnych. Jednak okazało się, że Emmanuel Macron wraca do starych idei, które nie podobają się wielu Francuzom, takich jak liberalizacja rynku pracy lub oszczędności budżetowe. Wszystko dlatego, aby po dziesięciu latach Francja zaczęła wreszcie spełniać kryteria fiskalne UE i oczekiwania największego partnera w polityce europejskiej, czyli Niemiec. Nawet więc państwo francuskie jest dotknięte przez bezalternatywność polityki wewnętrznej, co jest wymownym przykładem ograniczenia wynikającego w dużym stopniu z ram integracji europejskiej.

Zewnętrzny wpływ na krajową politykę jest szczególnie widoczny podczas kolejnych wyborów, kiedy w różny sposób wspierani są kandydaci z partii uznawanych za proeuropejskie. W tym samym czasie piętnowani w mediach całej UE są politycy uznawani za populistów. Dzieje się tak zwłaszcza w kryzysie integracji, kiedy każdy przejaw eurosceptycyzmu jest traktowany jako zagrożenie dla ładu europejskiego. Dość dobrze mechanizmy narracji europejskiej opisuje pogląd węgierskiego psychiatry Thomasa Szasza. „W królestwie zwierząt obowiązuje zasada jedz lub zostań zjedzonym, w ludzkim: opisz lub zostań opisany". Kształtowanie dominującej narracji politycznej jest jednym z najważniejszych pól bitew w UE, a niekorzystny wizerunek medialny może być poważnym ograniczeniem dla realizacji interesów przez państwo członkowskie.

Świadczy o tym dramaturgia kolejnych sporów wokół prawie każdej reformy podejmowanej w Polsce. W wielu sprawach rząd PiS walczy jednocześnie z krajową opozycją, jak również z opinią publiczną w UE. Jest ona kształtowana w dużym stopniu przez polityków z innych państw lub z instytucji europejskich. W niedawnym wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung" kanclerz Austrii Christian Kern zgodził się z kolegami niemieckimi, że Polskę i Węgry trzeba ukarać przy najbliższych negocjacjach nad budżetem wieloletnim UE. Dodał, że najlepszym scenariuszem rozwiązania problemu jest zmiana rządów w obu krajach. O ile legitymizowanym celem krajowej opozycji jest zmiana rządów, to jaka jest legitymizacja aktorów europejskich w tej mierze?

Unijna dyscyplina

Jak się wydaje, wyborcy – zwłaszcza w mniejszych państwach – stają coraz częściej przed następującym dylematem. Jeśli wybiorą ugrupowania proeuropejskie, które będą uległe wobec polityki wypracowanej w UE – to mogą cieszyć się uznaniem większości polityków i mediów w innych państwach członkowskich. Stwarza to im nieco lepszą pozycję ubiegania się o własne interesy w Europie, choć tylko w granicach ustalanych przez największych aktorów. Jeśli jednak wybiorą eurosceptyków domagających się poszanowania dla przekonań własnych wyborców, to mogą być napiętnowani w całej Europie, a każda nadarzająca się okazja będzie próbą ich ukarania, zwiększenia presji na zmianę polityki rządu lub bardziej proeuropejski werdykt wyborów.

Trudno uznać tę regułę za demokratyczną lub nawet taką, która powinna obowiązywać wśród państw sojuszniczych. Przypomina to bezwzględne reguły polityki międzynarodowej, która wykorzystuje każdą słabość przeciwnika, aby jego kosztem osiągać własne cele.

Wizja Kohla nie została na razie zrealizowana. Integracja coraz bardziej zmienia Europę, ale państwa narodowe nie uległy dezintegracji. Wprawdzie struktury ustrojowe niektórych państw słabną, tak jak w Belgii, a inne państwa mogą wręcz ulec rozczłonkowaniu, jak Hiszpania lub Włochy, ale inne wyraźnie zyskują, tak jak w przypadku zjednoczenia Niemiec. Niewątpliwie zgoda mocarstw na ten historyczny proces była możliwa dzięki ramom integracji europejskiej. Przykładowo ceną za zgodę Paryża było popchnięcie procesu integracyjnego do przodu, czyli aprobata Berlina dla unii walutowej.

Integracja umacnia jedne państwa, ich gospodarki, a nawet spójność terytorialną, a inne osłabia. Tworzy to sytuację dość typową dla stosunków międzynarodowych, a nie specyficzną dla Unii. Jedne państwa są silniejsze i mogą w większym stopniu kształtować politykę na kontynencie, zwłaszcza wówczas, jeśli uruchomią korzystne dla siebie mechanizmy rozwoju gospodarczego i kształtują narrację medialną. Inne są słabsze, powinny w większym stopniu się podporządkować, a jeśli ich politycy sprawiają zbyt duże problemy, są na wiele sposobów dyscyplinowani, ze szkodą dla ich społeczeństw i pozycji państwa w relacjach międzynarodowych. Unia Europejska, zamiast stać się wzniosłą wizją Kohla, przypomina raczej specyficzny dla naszych czasów „kostium historyczny" i jednocześnie instrument dla realizacji odwiecznych reguł gry. ©?

Autor jest profesorem w Instytucie Europeistyki UW, artykuł wyraża osobiste poglądy autora, a nie instytucji, z którymi jest związany

Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL