fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zachód dzieli się na trzy

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Jeśli Polska będzie kontynuować odwrót od UE, czeka nas podział na Europę Zachodnią, Środkową i Wschodnią – pisze politolog i ekspert ds. międzynarodowych.

Galia est omnis divisa in partes tres – pisał Juliusz Cezar w „Wojnie galijskiej". Być może, gdyby Galia była całością, a nie dzieliła się na trzy części, do jej podboju przez rzymskiego zdobywcę by nie doszło, niezależnie od tego, jak ocenimy jego historyczne konsekwencje. Dlatego niepokoić musi zarysowujący się dziś podział Zachodu na trzy części. Proces ten dopiero się zaczął, ale jego liczne, spektakularne przejawy sugerują, że jest zaawansowany.

Pierwszą z tych trzech części, która zaczyna odstawać od geopolitycznego Zachodu, a który tak naprawdę pojawił się dopiero w czasie II wojny światowej, są Stany Zjednoczone. Paradoks polega na tym, że bez USA Zachód by nie powstał. Ameryka najpierw scaliła go do walki ze wspólnym zagrożeniem, jakim był Związek Sowiecki i międzynarodowy komunizm. Następnie skutecznie przez dziesięciolecia konsolidowała Zachód i zapewniała mu przywództwo. Fundamentem tej jedności była oczywiście wspólna zachodnia cywilizacja oraz wspólnota wartości, która wpisywała się we wspólne instytucje oraz politykę państw zachodnich. To się właśnie kończy. Polityka administracji Trumpa ani nie odwołuje się do wartości, zwłaszcza zachodnich, ani nie czuje wspólnoty losu i kultury świata zachodniego.

Przyjaźń za monety

Widać to w kilku ważnych dziedzinach. Po pierwsze, Donald Trump nie jest zainteresowany ani przewodzeniem Zachodowi, ani jego istnieniem. Pierwiastek kulturowo-aksjologiczny zupełnie nie występuje w jego podejściu do stosunków z krajami zachodnimi, a już zwłaszcza wobec Sojuszu Atlantyckiego, który do niedawna był strategiczną platformą politycznej jedności Zachodu. W to miejsce weszło podejście biznesowo-transakcyjne. Za „przyjaźń" z USA trzeba płacić w brzęczącej walucie. Kto kupuje w Ameryce, kto nie jest postrzegany jako konkurent czy zwolennik podejścia partnerskiego, może liczyć na dobre słowo gospodarza Białego Domu. Czy przyjaźń lub sojusz za pieniądze są wiarygodne, to odrębna sprawa.

Po drugie, prezydent USA wykazuje ostentacyjną niechęć do Europy, zwłaszcza do Unii Europejskiej, i wolałby, aby się rozpadła. Widzi w niej nie partnera w kształtowaniu czy stabilizowaniu porządku międzynarodowego, lecz kogoś, kto szkodzi interesom USA. Z Europą nie czuje więzi kulturowych, nie łączą go pozytywne emocje. Nie rozumie, że bez niej nie ma Zachodu, nie ma także globalnej roli USA, której zresztą nie chce odgrywać, po co mu więc Europa.

Po trzecie, w podejściu Ameryki Trumpa do reszty świata i do spraw globalnych nie występuje zachodni „print". Nie ma w tym podejściu śladu zachodniej idei, praw człowieka, spraw demokracji czy troski o ogólniejsze dobro jakiejkolwiek natury, humanitarne czy klimatyczne. Jak wiadomo, jego ulubieńcami są przywódcy państw autorytarnych znanych z pogardy dla praw człowieka, od Kim Dzong Una przez Putina po władcę Arabii Saudyjskiej. Od kiedy istnieje geopolityczny Zachód, nie było takiego niezachodniego gospodarza Białego Domu.

W obliczu tego rodzaju zmian w polityce USA Europa długo pozostawała bezradna i dalej trochę taka jest. Ale to się też zaczyna zmieniać, zwłaszcza że Europejczycy zaczynają sobie zdawać sprawę, że Trump zapewne pozostanie na drugą kadencję i po ośmiu latach jego rządów z relacji transatlantyckich zostaną ruiny. Europejczycy będą rytualnie powtarzać o swym przywiązaniu do związków z USA, ale partnerów do różnych ważnych spraw będą szukać gdzie indziej, zwłaszcza w Rosji, co już się dzieje. Prezydent Macron po fiasku swoich prób „europeizacji" polityki Trumpa wykonuje zwrot ku Moskwie. Ale to nie tylko Paryż. W Berlinie czy Rzymie dokonuje się podobnych przewartościowań. Widać to w poważnym traktowaniu Putina i dążeniu do poprawy stosunków z Moskwą. Dotyczy to zarówno stosunków dwustronnych, jak i współdziałania w innych sprawach (Syria, Iran, Libia), gdzie Trump wydaje im się w najlepszym razie kimś nieodpowiedzialnym. Polityka USA wobec Iranu zdaje się to potwierdzać.

Przestroga Brzezińskiego

Brexit pogłębia kurs Europy na samodzielność na gruzach Zachodu. Londyn odgrywał w przeszłości rolę pożytecznego spinacza w relacjach z Ameryką. Od czasów premiera Johnsona już nie. Przeciwnie, należy oczekiwać odrodzenia się osi anglosaskiej, która będzie często w opozycji do Europy kontynentalnej. Problem Europy polega w tym kontekście na tym, że z wielu powodów UE nie może wybić się na znaczącą rolę międzynarodową. Unia jako „global actor" to pieśń przeszłości. Państwa członkowskie, w tym Polska, nie dopuściły do tego kiedyś, tym bardziej nie zdarzy się to obecnie. Wewnątrz UE istnieją pęknięcia, a kryzysy ostatnich lat pozostają niezaleczone. Przypomnijmy zdanie z ostatniej książki Zbigniewa Brzezińskiego „Strategiczna wizja": „Jeśli UE nie zintegruje się silniej, może się rozpaść. Bardzo prawdopodobnym scenariuszem jest wyodrębnienie się twardego rdzenia polityki (zachodnio) europejskiej, który niezależnie od słabej Unii będzie decydował o kierunku europejskiej polityki w różnych sprawach. Ze względu na problemy, jakie stwarza w UE część krajów »nowej Europy«, umacniać się będzie skłonność »starej Europy« do ich pomijania w decydowaniu o ważnych sprawach".

Ani w podejściu do USA, ani wobec Rosji Europa nie jest jednością, co pogłębia dezintegrację Zachodu. To samo dotyczy stosunku do Chin, które nie ukrywają, że zmierzają do detronizacji USA jako globalnego mocarstwa numer jeden. Niechęć USA do gry zespołowej wobec chińskich ambicji stawia je na dłuższą metę na przegranej pozycji. Z drugiej strony ułatwia to Pekinowi realizację strategii dzielenia Zachodu przy pomocy narzędzi ekonomicznych i zachęt finansowych. Są one skuteczne nie tylko wobec słabiej rozwiniętych krajów Unii, jak Grecja czy Węgry. Wszak na pułapkę robienia świetnych interesów w Chinach dał się naiwnie złapać wielki biznes Ameryki. Część tego biznesu robiła może świetne interesy, ale dla USA był to kiepski biznes, co Trump i jego rząd próbują teraz rozpaczliwie korygować.

Orbanizacja regionu

Trzecią częścią, na którą rozpada się Zachód, jest Europa Środkowa. Jest to o tyle paradoksalne, że po upadku komunizmu i żelaznej kurtyny kraje naszego regionu podjęły ogromny i udany wysiłek włączenia się do Zachodu zarówno pod względem ustrojowym, jak i poprzez przynależność do zachodnich instytucji wielostronnych z NATO i UE na czele. Od kilku lat mamy do czynienia z odwrotną tendencją. Część krajów Europy Środkowej, włącznie z liderem przemian przed laty, czyli Polską, stara się wyodrębnić z Unii i odtworzyć podział na „starą" i „nową" Europę. Kryterium tego podziału, do którego sygnał dał węgierski premier Victor Orbán, jest dość deprymujące. Orbanizacja Europy Środkowej polega na odwrocie od demokracji i odbudowie niedobrej swoistości regionu jako amalgamatu nacjonalizmów, miękkich autorytaryzmów, korupcji, klientelizmu, populistycznych mechanizmów rządzenia, ograniczania wolności mediów, deformacji wymiaru sprawiedliwości, zarzucenia trójpodziału władzy na rzecz rządów sprawowanych przez sprytnych wodzów, którzy odrzucają regułę kadencyjności jako logiki demokracji. Wprowadzane przez nich zmiany ustrojowe służą temu, aby ową kadencyjność de facto wykluczyć. Esencją orbanizacji jest swoista prywatyzacja państwa przez siłę rządzącą.

Aby taka strategia rządzenia mogła być bez przeszkód realizowana, trzeba jeszcze odrzucić zewnętrzne ograniczenia wynikające z zobowiązań międzynarodowych, zwłaszcza z kryteriów członkostwa w UE. Stąd mamy otwartą wojnę tych rządów z Brukselą, a w istocie z europejskimi, zachodnimi standardami ustrojowymi. Stąd oskarżenia o naruszanie suwerenności i ingerencję w sprawy wewnętrzne. Tą „ingerencją" jest krytyka ze strony zachodnich instytucji czy polityków na tle „reform" odwracających kraje Europy Środkowej od Zachodu. Dalszym ciągiem tej konfrontacji jest pogarszanie stosunków dwustronnych, pozycji w Unii i zachowania, które pokazują, że kraje Europy Środkowej przestają się czuć częścią większej polityczno-ideowej wspólnoty, którą do tej pory był Zachód, a zwłaszcza UE. Stąd także brak zainteresowania dla politycznego wymiaru Unii oraz niechęć wobec rozwijania wspólnej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony. Wyraźnie widać, że Europa Środkowa przestaje być jednogatunkową cząstką szerszej, europejskiej rzeczpospolitej narodów.

Niektóre z tych krajów chętnie podkreślają tę odmienność poprzez próbę budowy odrębnego kręgu integracji w postaci Trójmorza czy Grupy Wyszehradzkiej. Na przykład Warszawa obie te formuły współpracy starała się w ostatnich latach kształtować w opozycji wobec UE. Na szczęście dla Europy Trójmorze nie spełniło pokładanych w Warszawie nadziei, lecz już Grupa Wyszehradzka straciła swój pierwotny, proeuropejski sens. Całość zachodzących na tym obszarze regresywnych przemian sprawia, że ten region także w Europie Zachodniej zaczyna być postrzegany jako źródło kłopotów dla Unii. Nie chcąc ich powiększać w przyszłości, Francja zablokowała rozpoczęcie rozmów akcesyjnych Macedonii Północnej i Albanii. Przyczyna francuskiego weta leży przede wszystkim w Warszawie i Budapeszcie, czego rządy naszego regionu nie chcą czy nie potrafią dostrzec.

Nie przykładać ręki

Jeśli UE nie uda się powstrzymać dalszej orbanizacji regionu, a w Polsce będzie kontynuowany obecny kurs – odwrót od UE w sferze ustrojowej i polityki zagranicznej – zacznie się również zacierać systemowa różnica pomiędzy krajami naszego regionu, które jeszcze należą do Unii, a krajami Europy Wschodniej. Wtedy zaznaczyłby się kolejny tryptyk – obok podziału Zachodu na trzy części, także podział Europy na trzy: Zachodnią, Środkową i Wschodnią. To byłoby coś, przed czym udało nam się uciec na początku lat 90., ale co mogłoby wrócić.

Rządzący w naszym kraju powinni się zastanowić, czy odtwarzanie tego rodzaju podziałów leży w interesie Polski i Polaków. Każdy zdrowo myślący Polak odpowie zapewne, że nie. Nie wydaje się jednak, aby obóz rządzący Polską uważał podobnie, bo przecież bierze aktywny udział w ich pogłębianiu. Zmiany ustrojowe są dlań ważniejsze od pozycji międzynarodowej. Jedynym antidotum na złe konsekwencje takiej polityki ma być wiara w amerykańskie gwarancje. Rząd stara się tę wiarę wzmocnić sowitym wynagrodzeniem, które w różnych formach idzie do Ameryki. Ta klientelistyczna inwestycja może nie wytrzymać zmian geopolitycznych, które dojrzewają czasem długo – jak opisywane tutaj dzielenie się Zachodu – ale kiedy już do nich dochodzi, to dzieje się to szybko i dla słabszych graczy boleśnie. W tym kontekście wizyta Macrona przypomina wizytę de Gaulle'a w Polsce w 1967 r. Wtedy francuski prezydent proponował Polsce bliską współpracę na rzecz przełamania podziału Europy. Gomułka to odrzucił, bo silniejsze były względy ideologiczne i pewność władzy w ówczesnym bloku ustrojowym. Głosy z dzisiejszego obozu władzy w Polsce niepokojąco przypominają tamten ton...

Nikt na Zachodzie nie będzie płakać za Polską, która sama, z własnego wyboru przestanie być Zachodem w sensie ustrojowym. Jeśli na przykład mocarstwa zachodnie, łącznie z USA, pewnego dnia postanowią i będą potrafiły się ułożyć z Rosją we wspólnej strategii wobec Chin, a przecież Rosja tej opcji nie wyklucza, droga do powrotu jej wpływów w naszym regionie stanie otworem. Samoloty F-35 temu nie przeszkodzą, bo będzie to zmiana geopolityczna, która obędzie się bez wojny. Czy stanie się tak czy nieco inaczej, dziś nie wiemy. Jedno jest pewne, podział Zachodu nam nie służy, a przykładanie doń ręki jest więcej niż lekkomyślną głupotą.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA