Restauratorzy, hotelarze, właściciele stoków narciarskich czy ośrodków sportowych i inni przedsiębiorcy są na skraju zdolności finansowych. Wielu musiało zamknąć swoje biznesy, przeprowadzić zwolnienia. Już trzy miesiące branża gastronomiczna nie może wydawać posiłków inaczej niż na wynos. Część właścicieli firm postanowiła dołączyć do akcji #otwieraMY. Otworzyły się restauracje na Starówkach, np. w Toruniu czy Nowym Tomyślu i Rzeszowie, puby, np. w Gorzowie Wielkopolskim, knajpy przy Krupówkach w Zakopanem czy bistra w Białce Tatrzańskiej i innych górskich miejscowościach.

Prawo robi swoje

Prawnicy nie pochwalają decyzji przedsiębiorców o uruchomieniu biznesów wbrew prawu, ale wielu je rozumie.

Czytaj też:

Zbuntowani przedsiębiorcy ostrożnie otwierają biznesy

Koronawirus: O odszkodowanie dla firm nie będzie łatwo

Za dwa, trzy miesiące może nie być już, do czego wracać. Mają klientów, którzy zastawili już wszystko, co mieli. Zapożyczyli się u rodziny. Wszystko będzie trzeba kiedyś oddać. A kiedy? Nie wiadomo. Najwięcej stracić mogą ci, którzy dostali pomoc z tarczy 2.0, choć może jeszcze jej nie odczuli. Obok kar mogą stracić pomocowe pieniądze.

Ci, którzy nie dostali pomocy, ryzykują jedynie karami.

– Jednego dnia otwarcia restauracji jestem w stanie zapłacić taką karę i zaległe rachunki – twierdzi właściciel gospody pod Tatrami.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Bez wyjścia

– Nie mieliśmy wyjścia. Zastawiliśmy wszystko, co mamy, a na utrzymaniu jest sześcioosobowa rodzina – mówi „Rzeczpospolitej" Łukasz, właściciel góralskiej gospody pod Szczawnicą. Otworzył się mimo grożących kar. Zasad sanitarnych przestrzega jak nigdy dotąd. – Nie chcemy nikomu zaszkodzić. Chcemy żyć – mówi.

Powód takich zachowań jest jeden: chcą przetrwać.

Jacek Czauderna, prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, mówi „Rz", że w najtrudniejszej sytuacji są przedsiębiorcy, którzy rozpoczęli działalność po październiku 2019 r .

– Według wskazań rozporządzenia wielu z nich nie ma co liczyć na pomoc państwa – mówi prezes. Ci, którzy mogli trwać na rynku, osiągają obroty od 70 do 90 proc. mniejsze niż w normalnych czasach. Wielu z nich będzie szukać ucieczki w stan upadłości.

Wiedzą, co robią

– Ci, którzy czekają na kolejną tarczę (3.0), narażają się na mandaty karne albo kary administracyjne do 30 tys. zł. Z tego co słyszę, od 700 do 1000 podmiotów będzie się upominało odszkodowania za cały przestój w lockdownie – mówi prezes zarządu Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej.

Prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej Agata Wójtowicz wskazuje, że pieniądze z tarczy nie będą mieć wpływu na trudną sytuację przedsiębiorców utrzymujących się z turystyki, którzy w tym roku stracili praktycznie cały sezon zimowy.

Otwierają swoje biznesy mimo rządowych obostrzeń i lockdownu.

– Ta niepokora jest dopiero namiastką tego, co za chwilę zacznie dziać się w całej Polsce – mówi Agata Wójtowicz.

Co zacznie się dziać? – pytamy.

– Przybędzie zdesperowanych, którzy zechcą uchronić swoje firmy przed upadkiem – mówi.

– Bardzo się cieszymy, że w ogóle jakakolwiek pomoc została wyasygnowana dla gmin z regionów górskich. Tym bardziej że ich kasa będzie w tym roku pusta. Ale musimy sobie zdawać sprawę, że to nie wystarczy.

Arkadiusz Matuszyński z Wiślańskiego Klubu Turystycznego potwierdza, że na ostatnim zebraniu przedsiębiorców z Wisły i Szczyrku podjęto decyzję, że mikroprzedsiębiorcy prowadzący np. stacje narciarskie i przedsiębiorcy, którzy otworzyli się tuż przed lockdownem, ruszają z działalnością od 1 lutego.

– Nie będą już czekać na kolejne obostrzenia i ich przedłużanie – mówi „Rz" Arkadiusz Matuszyński. – I to nie dlatego, że chcą zrobić komuś na złość, czy się zbuntować. Oni po prostu chcą przeżyć.

– Działają wielkopowierzchniowe sklepy spożywcze, tysiące ludzi każdego dnia się przez nie przewija. I tam nie ma zagrożenia? – I dalej pytają: – Co złego może się wydarzyć na stoku wśród mocno okrytych osób czy w restauracji, w której co drugi stolik jest wolny?

Opinia dla „Rzeczpospolitej"

Marta Kosecka, adwokat

Rozumiem oczekiwania i zniecierpliwienie właścicieli lokali gastronomicznych, którzy od miesięcy tracą na swojej działalności. Zarabiają minimum albo wcale. Ci, którzy nie załapali się na pomoc państwa, nie mają nic do stracenia. Decydując się na otwarcie dziś, mogą dostać mandat lub karę administracyjną, ale raczej tylko raz – jednego dnia. Później powinno być to traktowane jako czyn ciągły. Ponadto ci, którzy dziś mimo zakazu otworzą swój biznes, nie powinni przekreślić swoich szans na przyszłość, w razie powstania kolejnej tarczy, która może by ich objęła. Przepisy na niekorzyść nie mogą działać wstecz wobec przedsiębiorców. Inaczej jest z tymi, którzy doczekali się wsparcia z tarczy 2.0 wypłacanej z funduszy PFR. Teraz może to być nawet 36 tys. zł na jednego pracownika u mikroprzedsiębiorcy. Mam nadzieję, że są świadomi tej pomocy i jeśli się otwierają, to wiedzą, że ją stracą. Wkalkulować muszą także ceny mandatu albo kary pieniężnej od sanepidu.