Wystarczyła chwila nieuwagi. Messi dopadł do piłki, a Nathan Ake nie chciał się do niego zbliżyć, jakby w obawie, żeby ten mały argentyński generał nie zwiódł go drobnym ruchem. Pokonał więc z piłką przyklejoną do stopy kilka metrów i zagrał ją zewnętrzną częścią buta w gąszcz nóg. Nawet nie spojrzał, nie musiał. On wiedział, że czeka tam Molina, który nigdy nie strzelił dla reprezentacji gola, ale teraz wykonał ostatnie pociągnięcie pędzlem i dopełnił dzieła.

Messi wcześniej kumulował energię. Znów drobił kroki i ledwo dostrzegalnymi ruchami - wskazaniem palcem, podniesieniem dłoni - uprawiał mikrozarządzanie atakami drużyny. To wszystko wymagało precyzji, mierzyły się zespoły ostrożne. Kibice długo czekali w napięciu na pierwsze fajerwerki.

35-letni gwiazdor znów mógł się uśmiechnąć, chociaż podczas tego ostatniego mundialowego tańca niesie na plecach nadzieje gniecionego inflacją i depresją 45-milionowego narodu. Jest ich radością, jego akcje to także małe szczęścia dla dziesiątek tysięcy imigrantów w Dausze - tych, którzy budowali Katar, a dziś zbierają się na stadionie krykieta w dzielnicy industrialnej, daleko od świateł oraz blichtru bulwaru Lusail, żeby podrywać się w emocjach i wykrzykiwać jego imię.

Czytaj więcej

Mundial w Katarze. Samby nie było, wielka Chorwacja w półfinale

Obserwowaliśmy już wcześniej, jak Messi do perfekcji doprowadził ekonomię ruchu. Pokonał w trakcie czterech meczów mundialu 33 kilometry, ale blisko 60 proc. - spacerem, patrolując teren między linią środkową a polem karnym rywali. Gromadził energię na przebłyski wybitności.

Piłkarza, który definiował futbol przez dwie ostatnie dekady, do finałowego marszu wziął pod rękę Lionel Scaloni, czyli selekcjoner trochę z przypadku i trener z innego końca skali niż utytułowany Louis van Gaal. Miał zająć się reprezentacją na chwilę, kiedy odszedł jego przełożony Jorge Sampaoli. Został na stałe, bo nikt inny tej pracy nie chciał: ani Mauricio Pochettino, ani Diego Simeone. Wpatrzony w Carlo Ancelottiego, szatnię zdobywał spokojem, skromnością, fachowością.

Sam w przeszłości zagrał w reprezentacji tylko siedem spotkań, był solidnym zawodnikiem La Ligi. Uznał, że musi zbudować zespół wokół jednego zawodnika. Tak, aby Messi czuł się komfortowo. Słyszeliśmy wręcz przed mundialem, że Argentyna to drużyna kumpli, niemal rodzina.

Czytaj więcej

Ćwierćfinał Anglia - Francja. Spotkanie dobrych znajomych

Teraz ten gang ochroniarzy skupionych wokół lidera musiał stawić czoła Holendrom, którzy nie przegrali 19 poprzednich meczów. Zetknęły się na boisku zespoły trudne do złamania: wierzące w cnotę porządku, świadome kosztu nieostrożności. Wystarczył niewielki błąd, aby w kierunku argentyńskiej bramki zrywała się holenderska maszyna. Tak samo, jak dzięki chwili nieuwagi skrzydła rozpościerał Messi - dyskretny, ale w każdym ruchu precyzyjny i doskonały.

- Turniej zaczyna się dla nas dopiero teraz - oznajmił przed meczem Van Gaal. Pracę z kadrą podjął po raz trzeci, choć był już na emeryturze. Chwytał słońce w Algarve, ale żona Truss czasem znajdowała na biurku w jego gabinecie kartki, na których rozrysowywał ustawienia i składy.

Nie mógł z piłki się wyleczyć, choć po cichu toczył też swoją bitwę. Ostatni mecz eliminacji mundialu oglądał z wózka, pod kurtką chował cewnik. Wygrywał już wówczas z rakiem prostaty, lecz piłkarzom o tej walce jeszcze nie powiedział. Wymykał się na radioterapie nocą, wchodził tylnymi drzwiami do szpitala. Stał się podobno cieplejszy, blizny choroby nauczyły go cierpliwości. Jego wciąż młody uśmiech aroganta zdradzał, że chwyta chwile.

Argentyna finał jego pracy z Holendrami - po mundialu odejdzie z reprezentacji, podobno już więcej nie wróci - mogła uczynić gorzkim. Gola na 2:0 z rzutu karnego strzelił sam Messi, a 88-tysięczny Lusail wybuchł entuzjazmem tak samo, jak szalał wcześniej przez cały mecz, gdy idol dotykał piłki.

Holendrzy pokazali jednak, że są niezniszczalni. Bramkę kontaktową - głową, przedłużając dośrodkowanie z prawego skrzydła - strzelił rezerwowy Weghorst. Wreszcie nadeszła setna minuta, kibice Argentyny chcieli już oszaleć ze szczęścia, ale Holendrom pozostał jeszcze rzut wolny. Messi dostał żółtą kartkę, a Teun Koopmeiners oszukał rywali i podał piłkę pod nogami wybijającego się w powietrze muru, prosto do Weghorsta. Mieliśmy remis, kibice na stadionie osłupieli.

Czytaj więcej

Ćwierćfinał Maroko - Portugalia. Czarodziej z wioski rybackiej

Lusail płoną emocjami, rozgrzały się też głowy piłkarzy. Były przepychanki i żółte kartki. Trwała dogrywka, Argentyńczycy coraz mocniej oblegali bramkę Holendrów, ale bez skutku - jej fani liczeni w dziesiątkach tysięcy co chwila łapali się za głowy.

Nastały rzuty karne. Pudłowali Virgil van Dijk i Steven Berghuis, Argentyńczycy cztery razy trafili. Wystarczyło. Messi po swojej próbie - podszedł do piłki pierwszy, strzelił lekko, w środek - triumfalnie rozłożył ręce. Zupełnie jakby wiedział. Argentyna zagra w półfinale, a on będzie spacerował między Chorwatami. Wciąż zmierza w kierunku ostatniego marzenia i zamienia katarski mundial w swoje opus magnum. Zostały mu tylko dwa kroki, aby może wreszcie uciec z cienia Diego Maradony.

Kamil Kołsut z Kataru