fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Mediacja ma same zalety

123RF
Do pretensji, że alimenty na dziecko nie są prawidłowo wykorzystywane przez rodzica sprawującego nad nim opiekę, swoje dołożyły przepisy o 500+. Doniesienia prasowe potwierdzają słuszność tych pretensji – uważa prawnik.

Jestem nie tylko adwokatem, bo od 16 lat także akredytowanym mediatorem rodzinnym w prowincji Quebek. Wbrew popularnemu pojęciu, mediacja rodzinna nie polega na próbach pogodzenia, tylko na pomocy w rozwiązaniu wszelkich spraw między skonfliktowanymi małżonkami. Celem mediacji związanej z rozwodem, separacją lub rozstaniem partnerów jest ustalenie zasad opieki nad dzieckiem, spraw alimentacyjnych, podziału majątku dorobkowego i wszystkich innych. Tak jak podczas procesu sądowego.

Zgoda obojga małżonków na udział w mediacji jest warunkiem jej prowadzenia. Za sesje, których w Quebeku jest pięć, płaci rząd, jeśli są niepełnoletnie dzieci. Koszty ponoszą strony, jeśli dzieci nie ma lub są dorosłe.

Dokładne badania wykazały, że mediacja ma prawie same zalety. Po pierwsze, gdy prowadzi ją fachowy i doświadczony mediator, trwa o wiele krócej niż próby porozumienia czynione przez adwokatów lub proces sądowy. Po drugie, koszty mediacji są ułamkiem kosztów procesu czy kosztów adwokackich. Nie ma także przegranych, co daje większą rękojmię, że ustalenia podjęte przed mediatorem będą w przyszłości przestrzegane.

Dyskrecja jest obowiązkowa

Strony, które wybrały mediację, mają przy tym zabezpieczoną bardzo daleko posuniętą dyskrecję. Mediacja jest poufna i mediator nie może – nawet na polecenie sądu, wyjawić jej szczegółów. Złożone u niego dokumenty też podlegają takiej ochronie, chyba że są ogólnie dostępne (na przykład zeznania podatkowe stron). Na każdym etapie mediacja może być przerwana albo przez uczestnika, albo przez mediatora i strony mogą sprawę skierować do sądu, chyba że toczy się już w trakcie procesu (na ten czas postępowanie procesowe jest zawieszone). Tak się zdarza, gdy strona uważa, że mediator jest stronniczy lub gdy to on ma podejrzenia, że jedna ze stron usiłuje wymusić na drugiej ustępstwa niczym nieuzasadnione albo próbuje wykorzystać swoją przewagę psychiczną lub finansową, by narzucić swoją wolę słabszej stronie.

Jeśli mediacja kończy się porozumieniem, mediator przygotowuje treść ugody, która podpisana przez strony jest przedstawiana do zatwierdzenia przez sąd. Rzadko się zdarza, żeby nie była zaakceptowana przez sąd.

Dla niego, dla niej, dla dziecka

Przez wiele lat podczas prowadzonych przeze mnie spraw rozwodowych największe kontrowersje budziły alimenty na dzieci. Obecnie co roku rząd publikuje stosowne tabele, więc obliczenie kwoty alimentów na dziecko jest bardzo proste. Zasadniczo polega to na dodaniu dochodów obojga rodziców, odjęciu od całości ustalonej kwoty, którą rząd uważa za niezbędną dla każdej ze stron na minimalne utrzymanie, a od pozostałej kwoty według tabeli ustala się, ile powinni rodzice łożyć na utrzymanie dziecka. Inna będzie kwota, jeśli wspólne dochody rodziców są niskie, a całkiem wysoka, jeśli są wysokie. Uważa się bowiem, że dziecko powinno korzystać z wyższego standardu życia, jeśli rodziców na taki standard stać. Udział każdej ze stron jest proporcjonalny do osiąganych dochodów. Jeśli przyjąć dochód wzięty do ustalenia alimentów za 100, to rodzic, którego dochody wynoszą np. 70 proc. tej kwoty, płaci 70 proc. kwoty taryfowej, drugi 30 proc., a przy równych dochodach 50:50. Kwestie, kto wykonuje opiekę nad dzieckiem, są w naszej prowincji drugorzędne, i rzadko brane pod uwagę. Tak to wygląda w największym skrócie, choć w praktyce bywa bardziej skomplikowane.

Rzecz w proporcjach

Sprawie tabel i wysokości alimentów na dzieci w Polsce poświęcę jeden z następnych felietonów, jako że wpadła mi w ręce: „Interpelacja poselska do ministra sprawiedliwości (....) w zakresie wprowadzenia tabel alimentacyjnych..." i niezwykła wręcz odpowiedź na nią wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebaka.

W Polsce kodeks rodzinny i opiekuńczy przewiduje, że wysokość świadczeń alimentacyjnych na dzieci zależy od zarobkowych i majątkowych możliwości rodziców (art. 135 § 1). Czyli, podobnie jak w prowincji Quebec te same zarobki rodziców powinny skutkować taką samą wysokością obowiązków świadczeń – po połowie. Zastanawia mnie natomiast ewidentna sprzeczność obowiązku łożenia na dziecko proporcjonalnego do dochodów i uzasadnionych potrzeb dziecka, którą wprowadziła nowelizacja art. 135 § 3 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, że „na zakres świadczeń alimentacyjnych nie wpływają świadczenia wychowawcze, o których mowa w ustawie z dnia 11 lutego 2016 r. o pomocy państwa w wychowaniu dzieci", czyli 500+.

Jeśli bowiem udział każdej ze stron w utrzymaniu dziecka jest proporcjonalny do dochodów rodzica, to zakres świadczeń 500+ powinien być dzielony na rodziców proporcjonalnie do ich nakładów na dziecko. Dlaczego matka, która utrzymuje dziecko i otrzymuje alimenty od ojca w wysokości zasądzonej, sama ma decydować, na co te dodatkowe 500 złotych zostanie przeznaczone? Dlaczego ojciec, który ma prawo do regularnych kontaktów z dzieckiem zgodnie z obowiązującym od sierpnia 2015 r. art. 58 § 1a k.r.i.o., nie może wykorzystać części z 500+ proporcjonalnie do łożonych na dziecko alimentów? Jeśli jego udział w alimentach wynosi 60 proc., to powinien mieć prawo do dysponowania częścią 500+ w takiej samej proporcji na zakup prezentu, działalność rozrywkową czy edukacyjną dziecka. Dlaczego dysponentem całej kwoty ma być w tym przypadku tylko jedno z rodziców?

Do już istniejących pretensji, że pieniądze płacone jako alimenty na dziecko nie są prawidłowo wykorzystywane przez rodzica sprawującego opiekę nad nim, przepisy o 500+ wprowadziły dodatkowy argument. I ja uważam, że tak jest, a doniesienia prasowe o wykorzystywaniu 500+ w sposób niemający nic wspólnego z dobrem dziecka, moje twierdzenie tylko potwierdza.

Autor jest adwokatem, od 35 lat prowadzi kancelarię adwokacką w Montrealu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA