Antoni Bojańczyk: Dobra i zła polityczność sędziego

Na czele powołanych przez polityków komisji kodyfikacyjnych stanęli sędziowie w czynnej służbie. Budzi to istotne zastrzeżenia z punktu widzenia zapewnienia gwarancji bezstronności i niezawisłości sędziów od władzy politycznej. Skłania też do zastanowienia się nad kompatybilnością tego typu nominacji z konstytucyjną zasadą trójpodziału władzy.

Publikacja: 24.04.2024 04:30

Antoni Bojańczyk: Dobra i zła polityczność sędziego

Foto: Adobe Stock

Rząd zdecydował o wznowieniu prac komisji kodyfikacyjnych. Z woli polityków pracami dwóch z nich pokierują sędziowie pozostający w czynnej służbie. Rekodyfikowaniem prawa karnego, czyli obszaru prawa, który w każdych warunkach ustrojowych budzi szczególne zainteresowanie przedstawicieli wszystkich stronnictw politycznych, pokieruje Sądu Najwyższego orzekający w Izbie Karnej SN (W. Wróbel). Polityczny charakter nominacji (i związany z tym ryzykownie bliski styk przedstawicieli najwyższych eszelonów władzy politycznej z przedstawicielem magistratury) zmusza do zastanowienia się nad dopuszczalnością takiej praktyki z punktu widzenia wypracowanych w orzecznictwie rygorystycznych kryteriów sędziowskiej apolityczności oraz konstytucyjnej zasady trójpodziału władzy. Wszak powołanie to nastąpiło z nadania naczelnych polityków obozu rządzącego, w tym premiera oraz polityka odpowiadającego w rządzie za wymiar sprawiedliwości.

Zacząć trzeba od przypomnienia, że nowo powołany przewodniczący komisji do spraw prawa karnego jako sędzia SN w precedensowej judykaturze wypracował wysokie standardy oceny konwencyjnych i konstytucyjnych przymiotów bezstronności i niezawisłości sędziego w kontekście zależności od władzy politycznej. Można zatem uznać, że powinny one stanowić w pełni miarodajny punkt odniesienia dla przyjęcia przez niego tej politycznej nominacji.

Czytaj więcej

Prof. Wróbel: Grozi nam chaos w wymiarze sprawiedliwości

 Kwestia dochowania wierności własnym standardom

W orzecznictwie tym na plan pierwszy wysuwa się konieczność badania powiązań z władzą wykonawczą. Chodzi w szczególności „o nominacje na stanowiska funkcyjne pozostające w dyskrecjonalnej kompetencji władzy politycznej, udział w pracach gremiów powiązanych z władzą polityczną, wykonywanie określonych zadań lub funkcji na podstawie arbitralnych decyzji władzy politycznej, co obejmuje również tzw. delegacje ministerialne, dodatkowe zatrudnienie w jednostkach bezpośrednio podporządkowanych władzy politycznej”. Istnienie takich okoliczności prowadzi do podważenia przymiotów bezstronności i niezawisłości sędziego. Fakt, że dana nominacja na stanowisko funkcyjne ma charakter dyskrecjonalny musi być „w odbiorze społecznym traktowany jako wyraz zaufania władzy politycznej” dla danego sędziego.

Przebija z tych fraz orzeczniczych najgłębsza troska o zachowanie szczególnej, „kwalifikowanej” przejrzystości relacji na linii się sędzia-polityczny organ władzy wykonawczej. Nie może być bowiem mowy o pełnym dochowaniu konstytucyjnych standardów niezawisłości i bezstronności sędziego, jeśli przyjmuje on od polityków apanaże i nominacje budzące zasadnicze wątpliwości z punktu widzenia konstytucyjnie najważniejszych wartości.

Tak rygorystyczne ujęcie nie musi być przez wszystkich podzielane, ale nie w tym rzecz. Obowiązująca prawnika dyrektywa konsekwencji wykładniczej nakazuje, aby głosząc określone poglądy prawne odnosić je w szczególnie restrykcyjny sposób do siebie samego. W istocie chodzi więc o dochowanie wierności własnym standardom określającym wymogi separacji sędziego od kontaktów w władzą polityczną.

Wyraz zaufania władzy politycznej do danego sędziego

Warto spróbować zestawić przytoczone kryteria z okolicznościami powołania osoby czynnego sędziego SN na przewodniczącego komisji kodyfikacyjnej. Funkcja ta niewątpliwie jest stanowiskiem „pozostającym w dyskrecjonalnej kompetencji władzy politycznej” i powiązana z władzą polityczną (to premier decyduje o powołaniu organu i jego przewodniczącego, a zatem iunctim w tym zakresie jest niewątpliwe), przewodniczący „wykonuje określone zadania na podstawie arbitralnych decyzji władzy politycznej, co obejmuje również dodatkowe zatrudnienie w jednostkach bezpośrednio podporządkowanych władzy politycznej” (jego powołanie to decyzja polityczna niepodlegająca jakiejkolwiek kontroli sądowej w żadnym trybie, więc w zupełności arbitralna, jednocześnie wyłączna kompetencja kreacyjna została nadana organowi władzy politycznej, pełnienie funkcji ma charakter odpłatny). W końcu, nominacja na to „stanowisko funkcyjne” ma charakter dyskrecjonalny, co może być traktowane w odbiorze społecznym jako wyraz zaufania władzy politycznej do danego sędziego.

Wskazane restrykcyjne dyrektywy „czystości politycznej” sędziego i przyjmowania z rąk polityków arbitralnych nominacji do pełnienia płatnych funkcji, zostały wypracowane na tle od dawna krytykowanego przez nowego przewodniczącego komisji kodyfikacyjnej sposobu konstytuowania składu sędziowskiego KRS (ale zgodnego z Konstytucją RP, co potwierdził w swym orzecznictwie TK). Nie zmienia to jednak niczego w przedstawionej powyżej optyce miarodajnych odniesień aksjologicznych wypracowanych w orzecznictwie. Dyrektywy te stanowią bowiem, w szczególności w ujęciu przyjmowanym przez przewodniczącego komisji kodyfikacyjnej, zobiektywizowany miernik postawy sędziowskiej z punktu widzenia zdolności do zachowania przezeń przymiotów niezawisłości i bezstronności. Powinny więc być stosowane do oceny wszystkich rodzajów związków wszystkich sędziów w służbie czynnej z przedstawicielami władzy politycznej.

Jeśli sędzia SN, mimo orzeczniczego wypracowania rygorystycznych standardów separacji magistratury od wpływu polityków, wyraża zgodę na pełnienie ww. funkcji, to nie można tego rozumieć inaczej, jak tylko w ten sposób, że w jego opinii w jego indywidualnym przypadku nie kolidują one z przyjęciem takiej politycznej nominacji. Innymi słowy, przyjęcie od polityka nominacji na eksponowane stanowisko związane z wpływem na kształtem legislacji w tak wrażliwym obszarze legislacyjnym, jak prawo penalne, poza trybem jawnej i transparentnie określonej procedury konkursowej, bez reszty uzależnione od uznaniowego dekretu polityków oraz wpisujące się w realizację legislacyjnego programu obozu rządzącego – nie pozostaje w tym przypadku w sprzeczności z owymi wysokimi standardami dotyczącymi etosu sędziowskiego. Standardy te mają więc charakter względny. W praktyce dotyczą tylko niektórych kohort stanu sędziowskiego, do innych zaś grup ex definitione nie mają zastosowania.

Przejście procedury przed „właściwą” KRS zapewnia sędziemu wzmożoną ochronę ustrojową?

I oto w ten sposób dochodzimy do istoty całego zagadnienia, istoty tyleż osobliwej, co absurdalnej. Jak bowiem wytłumaczyć ten jaskrawy rozdźwięk stosowania orzeczniczo wysoko wyśrubowanych standardów dotyczących sędziowskiej niezawisłości i bezstronności? Jeśli jako kryterium pozwalające na zróżnicowanie ujemnego wpływu przyjęcia nominacji politycznej na niezawisłość i bezstronność sędziego wyeliminujemy orientację polityczną przedstawicieli władzy, od której sędzia może otrzymać określoną nominację (niepodobna przecież bronić sensownie tezy, iżby to kryterium partyjnej proweniencji władzy decydować miało o tym, czy przyjęcie określonej nominacji od czynnego polityka znosi przymioty niezawisłości i bezstronności), to na placu boju pozostaje jedno tylko racjonalne wytłumaczenie dyferencjacji negatywnego oddziaływania kontaktu z czołowymi politykami i przyjmowania z ich rąk funkcji obsadzanych w drodze nietransparentnych, uznaniowych decyzji.

Wyjaśnienie problemu tkwi zapewne w subiektywnie ocenianej „jakości” odpowiedniej ustrojowej procedury powołaniowej. Sędzia, który przeszedł przez procedurę przed odpowiednim organem („właściwą” KRS) korzysta ze wzmożonej ochrony ustrojowej, niwelującej wszelkie negatywne konsekwencje wynikające z przyjęcia przez niego arbitralnego, politycznego powołania do pełnienia płatnej funkcji związanej z realizacją polityki legislacyjnej egzekutywy — w trakcie sprawowania urzędu sędziowskiego. Konsekwencje te dla innego sędziego powołanego do piastowania podobnych funkcji musiałyby się okazać druzgocące, prowadząc do całkowitej dyskwalifikacji jego zdolności orzeczniczej z powodu przyjęcie politycznej nominacji na podstawie arbitralnej decyzji władzy politycznej. Sędziowie tej ustrojowej tarczy nie posiadający (powołanie przez „starą” KRS) nie mogą myśleć o pełnieniu jakichkolwiek funkcji związanych z nominacją polityczną, bez narażenia się na ryzyko zasadniczych, ustrojowych podejrzeń. W ich przypadku przyjęcie nawet najbardziej drugorzędnej funkcji związanej z realizacją zadań wymiaru sprawiedliwości winno stać się obiektem najdokładniejszej, skrupulatnej weryfikacji w pryzmacie gwarantowania niezawisłości i bezstronności. Sędziego W. Wróbla można uznać więc za jurydycznego manichejczyka, z lekką tylko domieszką sienkiewiczowską: uważa on, że polityczność sędziów ma dwa jednoznaczne wymiary, w zależności od tego kto akceptuje nominacje od władzy politycznej. Niektórych sędziów tak definiowana polityczność w sposób automatyczny dyskwalifikuje, w przypadku innych wręcz przeciwnie: nominacja polityczna w żaden sposób nie wpływa na posiadanie przymiotów w bezstronności i niezawisłości w stopniu najwyższym.

Jest jednak i inny, nie mniej ważny negatywny aspekt analizowanego zagadnienia. Otóż wyłania się uzasadnione pytanie, czy aktywny udział w organie pochodzącym z politycznego namaszczenia i zależnym wyłącznie od władzy politycznej da się pogodzić z zasadą ustrojowego podziału i rozdzielności władz wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. Czy sprawowanie władzy sądowniczej może być pożenione z aktywnym udział w tworzeniu prawa bez łamania fundamentalnych zasad ustrojowych? Nie, bo jest sprzeczne z fundamentem ustrojowym państwa, opartym na akcentowanym w judykaturze założeniu aseptyczności władzy sądowniczej, która powinna być jak najdalsza od jakichkolwiek uwikłań politycznych. Warto pamiętać, że w praktyce pomysły legislacyjne wychodzące z komisji kodyfikacyjnych z reguły uzyskują placet władzy politycznej, zaś zgłaszane w toku prac parlamentarnych ewentualne zastrzeżenia do kompleksowo ujętych projektów rzadko kiedy okazują się skuteczne. Zatem faktycznie to właśnie przewodniczący komisji kodyfikacyjnej jest w stanie forsować swoje koncepcje legislacyjne, posiadając ku temu legitymację płynącą z politycznego powołania.

Czytaj więcej

Bodnar reaktywuje komisje kodyfikacyjne. Na ich czele znane nazwiska

Twórca przepisu będzie go wykładał

Sytuacja, w której faktyczny twórca przepisu będzie następnie w sposób wiążący dla konkretnej sprawy (albo co jeszcze niebezpieczniejsze abstrakcyjny, np. przy rozstrzyganiu zagadnienia prawnego) przepis ten wykładał, jest nie do zaakceptowania z punktu widzenia konstytucyjnie narzuconego wymogu trójpodziału władzy. W pryzmacie konstytucyjnym powołanie do kierowania utworzonymi pod egidą władzy politycznej komisjami kodyfikacyjnymi czynnych sędziów należy uznać za niedopuszczalne. Od sędziów w czynnej służbie wymaga się zachowania szczególnej rozwagi wszędzie tam, gdzie istnieje choćby najmniejsze podejrzenie o „zakażenie” władzy sądowniczej elementami politycznymi, stawiającymi pod znakiem zapytania zdolność do bezstronnego i wolnego od niejasnych uwikłań realizowania ustrojowej funkcji checks and balances. Niepodobna zaś zachować przy wykładni prawa pełnego dystansu i bezstronności wtedy, gdy przedmiotem interpretacji jest własne dzieło normatywne albo autorska koncepcja kryminalno-polityczna. Powikłana historia działalności różnych komisji kodyfikacyjnych III RP dostarcza aż nadto przykładów głęboko urażonych ambicji kodyfikatorskich (będących skądinąd wyrazem całkowicie zrozumiałej psychologicznie obrony własnych „dzieci” legislacyjnych). Mniejsza o to, gdy te urażone ambicje znajdują ujście w ostrych polemikach naukowych i konferencyjnych dyskusjach. Gorzej, gdy twórca prawa może dokonywać „przyjaznej” interpretacji własnego dzieła w toku sporu sądowego decydując o zasadności określonych zarzutów. Krótko mówiąc powstaje tu całe pole wątpliwości, niejasności, a przy tym wyraźnego konfliktu interesu.

Problem ustrojowy, który aktualizuje się w związku z pełnieniem przez sędziów SN funkcji kierowniczych w komisjach kodyfikacyjnych nie jest wcale nowy. Od 1989 r. stało się niezbyt dobrą tradycją ustrojową kultywowanie unii personalnej kodyfikatorów i sędziów najwyższej instancji sądowej. Z cienko tylko zawoalowanym przekąsem zjawisko to krytycznie oceniał swego czasu nie byle jakiej klasy autorytet, wytrawny konstytucjonalista i wieloletni sędzia TK i ETPC, wskazując, że w osobie takiego sędziego ulega inkarnacji tradycyjna zasada jednolitości władzy państwowej, rozwijana w poprzednim okresie ustrojowym: jako profesor — wymyśla on pewne pomysły, jako członek komisji kodyfikacyjnej — zapisuje je w formie prawnej, jako sędzia — dba o to, żeby przypadkiem tego nie zniekształcono, a wreszcie jako komentator — stwierdza, że są to pomysły dobre. Konstytucjonalista dodawał, że jest rozwiązanie, które z punktu widzenia zasady podziału władzy można uznać za „interesujące”, zaś Monteskiusz wierci się („trochę nieśmiało”) w grobie. Trudno chyba o bardziej lapidarne i celniejsze podsumowanie całej sprawy. Niech ta myśl prof. L. Garlickiego posłuży za podstawę dla próby sformułowania puenty.

W ramach unii personalnej jedna i ta sama osoba będzie obecnie z nadania politycznego nadzorować prace legislacyjne nad kształtem przyszłego prawa. W chwilę potem, po dyskretnym zdjęciu z głowy kodyfikatorskiego kapelusza i nałożeniu sędziowskiego biretu, bezstronnie pochyli się nad dylematami interpretacyjnymi artykułowanymi przez strony postępowania, by dokonać całkowicie obiektywnej, wiążącej wykładni własnych pomysłów legislacyjnych. W obszarze prawa karnego (ale i ustroju sądownictwa) dokonuje się właśnie comeback w nowej odsłonie jeszcze wczoraj wydawało się, że przebrzmiałej i bezpowrotnie minionej wraz z okresem PRL zasady jednolitości władzy państwowej, jakże odległej od założeń przyjętych w obowiązującym w modelu ustrojowym.

Autor jest dr. hab., prof. UW, sędzią Sądu Najwyższego orzekającym w Izbie Karnej

Rząd zdecydował o wznowieniu prac komisji kodyfikacyjnych. Z woli polityków pracami dwóch z nich pokierują sędziowie pozostający w czynnej służbie. Rekodyfikowaniem prawa karnego, czyli obszaru prawa, który w każdych warunkach ustrojowych budzi szczególne zainteresowanie przedstawicieli wszystkich stronnictw politycznych, pokieruje Sądu Najwyższego orzekający w Izbie Karnej SN (W. Wróbel). Polityczny charakter nominacji (i związany z tym ryzykownie bliski styk przedstawicieli najwyższych eszelonów władzy politycznej z przedstawicielem magistratury) zmusza do zastanowienia się nad dopuszczalnością takiej praktyki z punktu widzenia wypracowanych w orzecznictwie rygorystycznych kryteriów sędziowskiej apolityczności oraz konstytucyjnej zasady trójpodziału władzy. Wszak powołanie to nastąpiło z nadania naczelnych polityków obozu rządzącego, w tym premiera oraz polityka odpowiadającego w rządzie za wymiar sprawiedliwości.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: ZUS in Digital Age, czyli zlikwidować urzędy skarbowe
Opinie Prawne
Ewa Szadkowska: Kampania za rządowe pieniądze? Krzysztof Szczucki prochu nie wymyślił
Opinie Prawne
Piotr Podgórski: Jak walką z cyberzagrożeniem wylewamy dziecko z kąpielą
Opinie Prawne
Tomasz Justyński: Czy to już koniec zasiedzenia, jakie znamy?
Opinie Prawne
Pietryga: Kompromis czy konfrontacja w sprawie KRS? Sądzę, niestety, że to drugie