fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nieruchomości TV

Recepta na rozwój miasta? Strategia i konsekwencja w jej realizacji

Katarzyna Gruszecka-Spychała, wiceprezydent miasta Gdynia
rp.pl
Inwestorom trzeba ułatwiać życie, trzeba ich zapraszać, trzeba jednak również umieć stawiać granice – mówiła w programie "RzeczoNieruchomościach" Katarzyna Gruszecka-Spychała, wiceprezydent miasta Gdynia.

Gdynia zdobyła tytuł Miasta Przyszłości. I to już nie pierwszy raz. Jak to się robi?

Tytuł zdobyliśmy już trzeci raz. Jak to się robi? Po pierwsze na prawdziwych wynikach. Ranking, o którym pani wspomniała przygotowuje magazyn z grupy Financial Times i jest oparty na danych liczbowych. Nie da się w nim zaczarować rzeczywistości i uprawiać pustego PR-u. Dlatego też bardzo wysoko cenimy sobie tę nagrodę.

Tak to wygląda od strony technicznej. Aby zostać miastem przyszłości trzeba natomiast z pewnością posiadać sensowną strategię rozwoju oraz wiedzieć, jaki jest celu, do którego się dąży. Niezbędna jest też konsekwentna realizacja obranej drogi. Oczywiście to przekłada się na bardzo wiele celów szczegółowych. Niewątpliwie jest tak, że trzeba okazywać inwestorom przyjazność. Co nie oznacza, że należy pozwalać im na wszystko, nie oznacza to również, że należy zapominać o swoich celach strategicznych. Trzeba po prostu spowodować, żeby inwestorom chciało się w danym mieście lokować kapitał, bo inwestycje to rozwój.

Jaki jest zatem cel Gdyni?

Nasze miasto jest przede wszystkim miastem nowoczesnym, kompaktowym, młodym oraz oferującym najwyższą jakość życia. Celem horyzontalnym jest właśnie jakość życia. A to oznacza, że wszystkie pozostałe cele, jakie realizujemy powinny zmierzać do tego, żeby ta jakość utrzymywała się na wysokim poziomie, a nawet jeszcze rosła. Oczywiście jest to cel, który wymaga dość poważnych nakładów finansowych, bo nie da się go realizować wyłącznie dobrymi chęciami. Jeżeli tak ma być musimy istotnie zadbać o rozwój gospodarczy miasta i dobrą kondycję ekonomiczną. Tu także definiujemy sobie cele – obserwując własne zasoby oraz wiedząc, dokąd dążymy. Niewątpliwie jedną z naszych nóg zawsze pozostanie morze. Nie od rzeczy o Gdyni mówi się dość górnolotnie - ale jednak prawdziwie - że jest miastem z morza i marzeń.

Drugą nogą są niewątpliwie nowoczesne technologie i wysoce wykwalifikowani pracownicy oferujący usługi także na rynku usług wspólnych, ale raczej w centrach doskonałości niż w prostszy formach typu payroll, czy wspólna księgowość.

Niedawno w Rzeczpospolitej opublikowaliśmy artykuł prezentujący badania mówiące o zainteresowaniu zagranicznych inwestorów Polską. Okazuje się, że magnes inwestycyjny naszego kraju słabnie. Czy będąc na targach nieruchomości MIPIM w Cannes odczuła to Pani?

Mniejszego zainteresowania Polską nie odczułam, ale więcej niepokoju już tak. Z procesami inwestycyjnymi jest tak, że czasem się dość długo rozpędzają. A rozpędzonego pociągu nie sposób szybko zatrzymać. Ale faktycznie pytań o to jak będzie i co będzie, oraz czy nie ma niebezpieczeństwa pojawiło się więcej, niż było to kiedyś. Pytanie, czy dostrzegam, że magnes inwestycyjny Polski słabnie, zostawię na razie bez odpowiedzi. Bardzo bym chciała, żeby tak się nie stało. Pewne niepokojące symptomy jednak obserwujemy.

Czego w takim razie boi się biznes?

Myślę, że przede wszystkim zmian prawa. Zmian prawa w różnych aspektach – pamiętając, że podatki to również prawo. Na stabilność legislacji samorząd wpływu natomiast nie ma.

Także pewne fakty, jak i burze medialne wokół faktów – czasem większe niż same wydarzenia – powodują, że inwestorzy, którzy zaczynają rozważać daną lokalizację stawiają dodatkowy znak zapytania.

Wskazała pani, że Gdynia jest miastem, w którym inwestor może czuć się zaopiekowany. Niedawno organizacje zrzeszone w kongresie ruchów miejskich wyszły z apelem dotyczącym jawności w zakresie planowania przestrzennego. Wskazuje się w nim, że system planowania przestrzennego jest systemem tylko z nazwy.

- Zamiast niego mamy do czynienia z grą o przestrzeń, w której obywatele okazują się być najsłabszym graczem. Co więcej – ze względu na konstrukcje procedur planistycznych coraz częściej okazuje się, że mieszkańcy nie są w stanie nawet zapoznać się z regułami tej gry. Duża jej część – jak np. ustalanie tzw. wuzetek odbywa się bowiem za zamkniętymi drzwiami. Często efekty negocjacji prowadzonych przez władze i inwestorów poznajemy dopiero po zakończeniu całej inwestycji – czytamy w tym piśmie.

Zaapelowano w nim, aby wszystkie informacje o spotkaniach władz miasta z przedstawicielami inwestorów były publiczne udostępniane.

W pani ocenie ten apel ma uzasadnienie?

Myślę, że jest głęboko przesadny. Oczywiście nie mogę wypowiedzieć się za każde miasto, być może w Polsce są miejsca, w których dochodzi do jakiś nadużyć, jeżeli jednak chodzi o Gdynię, to nie zaobserwowałam żadnych przejawów tajnego dogadywania się z krwiożerczym inwestorem. Myślę, że u podstaw tego apelu tkwi błąd logiczny. To nie jest tak, że inwestor chce zrobić coś złego dla obywatela, a miasto chce z nim ubić jakiś interes i wystrychnąć mieszkańców na dudka. Wręcz przeciwnie miasto ma interes w tym, żeby się rozwijać i żeby lepiej się w nim ludziom żyło. Do tego zaś potrzebne są inwestycje. Inwestorom trzeba ułatwiać życie, trzeba ich zapraszać, trzeba jednak i stawiać granice. Bo jak wiadomo interesem inwestora jest powiększanie zysków a interesem miasta jest realizacja celów – w szczególności tych strategicznych. Te drogi naprawdę mogą się spotkać, choć czasami wymaga to negocjacji.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA