fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Aplikacje/egzaminy

Aplikacja akademicka – niewłaściwa recepta na realne problemy

Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Rzucony mimochodem przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła pomysł wprowadzenia alternatywnej drogi dostania się do zawodu adwokata i radcy prawnego przez tzw. aplikację uniwersytecką budzi silne emocje. Łatwo policzyć dlaczego.

Obecnie na aplikacji adwokackiej i radcowskiej uczy się ok. 10500 aplikantek i aplikantów. Każdy z nich płaci około: 5000 zł opłaty za aplikację rocznie oraz 50 zł składki izbowej miesięcznie. „Rynek" aplikantów jest więc wart ok. 60 milionów złotych rocznie. I są to szacunki zaniżone. Nie obejmują one pracy, jaką świadczą aplikanci i aplikantki dla swoich patronów, a którą wykonują w zamian za możliwości nauki i nie zawsze odpowiadającą kwalifikacjom pensję. Nie dziwi zatem, że wydziały prawa chętnie zagospodarowałyby część tych środków. Na marginesie można zapytać, dlaczego w tej propozycji pomięto inne aplikacje – notarialną i komorniczą.

Pomysł Ministerstwa przypomina strategię, która została już sprawdzona przy okazji otwarcia zawodów prawniczych w 2009 r. Dzięki wprowadzeniu ujednoliconego systemu naboru na aplikację i egzaminu końcowego drastycznie wzrosła liczba najpierw aplikantów, a następnie adwokatów i radców prawnych. Niekoniecznie jednak przełożyło się to na zwiększenie dostępu do usług prawnych. Realnym efektem jest natomiast prekaryzacja zawodów prawniczych – nadpodaż prawników spowodowała obniżenie ich wynagrodzeń a także poczucia stabilności finansowej i życiowej. Dążąc do dalszego poszerzenia dostępu do zawodów, Ministerstwo niczego nie ryzykuje. Ewentualne następstwa będą oddalone w czasie i spadną znów na samorządy zawodowe, a w dalszej kolejności na samych aplikantów. Poza tym pomysł aplikacji uniwersyteckiej antagonizuje środowiska prawnicze akademików i praktyków, które dotychczas przejawiały jedność wobec ochrony rządów prawa i konstytucji. Działanie takie wpisuje się także w kreowaną przez Ministra Ziobrę wizję rozbijania „prawniczych klik".

Nie bez winy są w tej sytuacji same samorządy, którym nie udało się nawiązać dialogu z aplikantkami i aplikantami ani odpowiedzieć na ich bolączki. Być może były zbyt zajęte dostosowywaniem się do nowych warunków rynkowych. Ale okres dostosowywania dobiegł już końca. Stosowana przez lata narracja: „pracuj ciężko, poświęcaj się dla zawodu, a po skończeniu aplikacji i rozpoczęciu własnej działalności czekają cię kokosy", już nie działa. Aplikanci i aplikantki doskonale sobie zdają sprawę z czekających ich perspektyw, w których sukces zależy nie tyle od włożonej pracy, ile od możliwości odziedziczenia klientów, kapitału na rozpoczęcie swojej działalności i po prostu szczęścia. Pojawia się wtedy pytanie – to po co ta aplikacja? Tym bardziej, że samorządy nie zmieniły również stosowanych metod dydaktycznych. Metody, które sprawdzają się przy 20 aplikantach, nie muszą działać przy 100. Powoduje to oderwanie aplikacji od codziennej rzeczywistości zawodowej aplikanta. Umasowienie aplikacji skutkuje także spadkiem znaczenia instytucji patronatu, jednego z podstawowych filarów aplikacji samorządowej. Większa ilość pracy niż patronów powoduje, że często patrona ma się tylko na papierze.

Samorządy pozostają instytucjonalnie ślepe na sytuację materialną aplikantów. Krajowa Rada Radców Prawnych w lipcu tego roku w odpowiedzi na interpelację poselską na temat niskich zarobków aplikantów i aplikantek stwierdziła, że materii tej nie można zapisać w regulaminie aplikacji. Jako powody wskazano regulacje ustawowe i zasadę swobody umów. Czytając tę odpowiedź, można odnieść wrażenie, że oparta jest na kilku obiegowych intuicjach, np. o niedostatecznej świadomości prawnej polskiego społeczeństwa, a nie na empirycznie weryfikowalnych danych. To, że samorządy nie zbierają takich danych, może świadczyć, że nie interesują się losem aplikantów.

Widać już pierwsze konsekwencje pomysłu wiceministra Warchoła. Razem z koleżankami i kolegami z Centrum Edukacji Prawniczej i Teorii Społecznej UWr. prowadzimy od kilku tygodni badania nad sytuacją materialną aplikantów i ich oceną aplikacji adwokackiej i radcowskiej. Badanie te prowadzone są całkowicie niezależnie od Ministerstwa Sprawiedliwości i są częścią większego grantu na temat edukacji prawniczej w Polsce, jaki otrzymaliśmy od Narodowego Centrum Nauki dwa lata temu. Część rad adwokackich i radcowskich nie odpowiada na nasze prośby o rozesłanie przygotowanej przez nas ankiety swoim aplikantom, a część po prostu odmówiła bez podania przyczyny. Wskazano nam jedynie, że taka dyspozycja przyszła „z góry". Można zrozumieć obawy adwokatów i radców, że uzyskane przez nas wyniki mogą zostać wykorzystane instrumentalnie przez Ministerstwo do forsowania swoich rozwiązań. Teoria społeczna wskazuje jednak, że taki unik może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Krótkoterminowo może to podtrzymać legitymizację samorządów. Brak danych oznacza brak potencjalnie złych danych, które mogłyby uzasadniać zmiany. Tym samym instytucjonalna ślepota na los aplikantów pogłębia się. Do czasu. Długoterminowo legitymizacja jest zależna od refleksyjności i samokrytyki, a te wymagają zobiektywizowanych podstaw. Aby aplikanci – przyszli radcy i adwokaci – identyfikowali się ze swoim samorządem, niezbędne jest im wsparcie tego samorządu. Aplikanci i aplikantki muszą czuć, że samorząd traktuje ich poważnie i podmiotowo.

Aplikacja uniwersytecka to zły pomysł z powodu podziału pracy w świecie prawniczym. Rola Uniwersytetu powinna być krytyczna, powinien on uczyć dystansu do praktyki prawniczej i umiejętności analizy tej praktyki z różnych pozycji: historycznych, teoretycznych, społecznych itp. Uniwersytet może kwestionować nawet całą praktykę prawniczą. Z kolei rolą samorządów jest afirmowanie tej praktyki. Aplikacja powinna przygotowywać do uczestniczenia w obrocie prawnym, co zasadniczo wymaga jego akceptacji. Pismo procesowe napisane jak traktat akademicki rzadko bywa skuteczne. Jedyną drogą do reformy aplikacji powinny być więc zmiany podjęte przez samorządy. Wymaga to jednak ich aktywności zmierzającej do podwyższenie jakości oferowanej edukacji.

Przedstawiciele samorządów nie kontrolują otoczenia, w jakim przyszło im działać. Mogą jednak kontrolować swoje (re)akcje w tym otoczeniu i wyprzedzać potencjalne zarzuty. Do tego potrzebna jest wiedza i chęć dostrzeżenia rzeczywistej sytuacji aplikantów.

Autor jest dyrektorem wykonawczym w Centrum Edukacji Prawniczej i Teorii Społecznej, Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA