Historia

Niewielkie zdobycze, wielkie straty

Dr hab. Jacek Zygmunt Sawicki, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, historyk dziejów najnowszych i wojskowości, politolog. Autor filmów dokumentalnych i edukacyjnych w TVP
Rzeczpospolita
Na początku 1915 roku wynik zmagań w I wojnie światowej wciąż był trudny do określenia. Zachodni front ustabilizował się po zatrzymaniu ofensywy niemieckiej, a na froncie wschodnim po początkowych klęskach, a potem sukcesach Rosji siły państw centralnych stopniowo zaczęły uzyskiwać przewagę
Jacek Sawicki Rosjanie dysponowali 99 dywizjami piechoty w ramach dwóch frontów: północno-zachodniego i południowo-zachodniego. Linią rozgraniczenia obu tych frontów była Pilica. Na północ od niej walczyły 1., 2., 5., 10. i 12. Armia, na południe – 3., 4., 8., 9. i 11. Armia. Siły Austro-Węgier oraz Rzeszy niemieckiej stanowiło 77 dywizji piechoty, zorganizowanych podobnie do rosyjskich frontów w dwie grupy armii. Na północy działania wojenne prowadziła grupa armii gen. Paula von Hindenburga składająca się z 8., 9. i 10. Armii oraz dwóch grup operacyjnych. Na południu, na tzw. galicyjskim odcinku frontu, operowała grupa armii podległa dowództwu austro-węgierskiemu, złożona z 1., 3. i 4. Armii, tzw. południowej gen. von Linsingena, w której składzie walczyły także dywizje niemieckie, oraz oddziały gen. Pflanzera-Baltina w Karpatach Wschodnich.
Na odcinku galicyjsko-karpackim państwa centralne wystawiły siły złożone łącznie z 39 dywizji, liczące 573 tys. żołnierzy. Naprzeciw nich stało 31 dywizji rosyjskich, czyli prawie 610 tys. żołnierzy. 23 stycznia 1915 roku dowództwo połączonych sił państw centralnych postanowiło zaskoczyć przeciwnika i rozpoczęło ofensywę w Karpatach mimo panujących tam wówczas bardzo silnych mrozów. Plan się nie powiódł i już trzy dni później Rosjanie odpowiedzieli kontrofensywą. Rozpoczęły się zacięte walki, które dawały niewielkie zdobycze terytorialne kosztem ogromnych strat ludzkich.
Natężenie walk na froncie wschodnim stopniowo malało i w marcu 1915 r. nastąpiła przerwa w działaniach. Jedynie w Karpatach Rosjanie usiłowali kontynuować działania ofensywne. Broniące tego odcinka frontu oddziały austro-węgierskie były zdecydowanie łatwiejszym przeciwnikiem niż wojska niemieckie. W tym czasie zakończyła się obrona twierdzy Przemyśl. Wobec niepowodzenia odsieczy i działań odciążających pozbawieni żywności oraz amunicji obrońcy pod koniec marca wysadzili forty i złożyli broń. Forteca przeszła w ręce Rosjan. [wyimek]DZIEŃ CHWAŁY I SMUTKU Nie tylko my, którzyśmy ten dzień przeżyli, lecz cała Polska pamiętać będzie ten dzień chwały i smutku. Jak ongi Somosierra złotymi głoskami wryła się w karty historii oręża polskiego – tak dzieci nasze uczyć się będą historii tego dnia [...] opiewać szarżę rotmistrza Wąsowicza na wzgórza nad Rokitną. - Berold Merwin, „Legiony w boju. 1915”, Kraków 1916.[/wyimek] Straty sił austro-węgierskich przekroczyły w tym czasie swoją wysokością stan wyjściowy wojsk liniowych z początku wojny, zbliżając się do liczby 1,5 mln żołnierzy rannych, zabitych i wziętych do niewoli. Bez niemieckiego wsparcia armii cesarza Franciszka Józefa I groziło załamanie. Coraz częściej odnotowywano przypadki dezercji, a nawet przejścia na stronę rosyjską całego pułku czeskiego. Na szczęście dla sztabu c.k. armii straty po stronie rosyjskiej były równie wysokie. [srodtytul]Wiosenna ofensywa Niemców i Austriaków[/srodtytul] Niemcy po opanowaniu sytuacji w Prusach Wschodnich przystali w końcu na prośby sojusznika i zdecydowali się wzmocnić siły walczące w rejonie Karpat. Skierowano tam nowo utworzoną 11. Armię złożoną z ośmiu dywizji ściągniętych z frontu zachodniego – ostrzelanych i doświadczonych w boju – oraz dwóch dywizji austro-węgierskich. Jej dowództwu podporządkowano także sąsiadujące taktycznie armie austro-węgierskie. Siły te, wsparte dodatkowymi jednostkami artylerii, oddano w ręce gen. płk. von Mackensena. Miały one przeprowadzić uderzenie w rejonie Gorlic i przełamać front, co doprowadziłoby do istotnej zmiany sytuacji na froncie wschodnim. Rosjanie nie docenili zagrożenia. Naprzeciw przygotowującego się do ofensywy zgrupowania znajdowały się dwa tylko korpusy liczące w sumie sześć dywizji piechoty. Większość jednostek Rosjanie skierowali do walk w Karpatach, próbując kontynuować własne natarcie. Dzięki temu państwa centralne uzyskały na tym odcinku blisko trzykrotną przewagę w ludziach, artylerii i innych środkach walki. Rosjanie nie zareagowali nawet wtedy, gdy dotarły do nich wiadomości o przybyciu dodatkowych jednostek niemieckich. Ofensywa ruszyła 2 maja 1915 roku. Poprzedził ją wielogodzinny, huraganowy ogień artylerii. Cztery dni później rozpoczęło się natarcie całego frontu wojsk austriacko-węgierskich w Karpatach. Coraz większą rolę na tym etapie działań zaczęło odgrywać lotnictwo niemieckie i austro-węgierskie. Samoloty państw centralnych nie tylko odbywały loty zwiadowcze, dostarczając informacji o ruchach i pozycjach nieprzyjaciela, lecz także skutecznie bombardowały Rosjan, dezorganizując funkcjonowanie ich zaplecza, a później także odwrót ich oddziałów. Po miesiącu działań, 3 czerwca 1915 roku, wojska państw centralnych zdobyły Przemyśl i rozpoczęły marsz na Lwów. Pierwsze oddziały 2. Armii austro-węgierskiej gen. Eduarda Böhm-Ermollego wkroczyły do miasta 21 czerwca. [srodtytul]Tajemny werbunek II Brygady[/srodtytul] W Karpatach Wschodnich, w ramach grupy gen. Karla Pflanzera-Baltina przemianowanej wkrótce na 7. Armię, działała II Brygada Legionów Polskich. W marcu 1915 roku oddziały polskie zostały wycofane z linii frontu. Był to dla nich najwyższy czas na odpoczynek i reorganizację. Sytuację polskich legionistów w tym czasie najlepiej oddał w pisanym na bieżąco „Dzienniku z kampanii rosyjskiej” August Krasicki: „Legiony są nieustannie w boju i bez uzupełnień. Mimo woli przychodzi nam na myśl, czy nie gra tu roli jakaś zakulisowa intryga austriacka, tj. że chcą się po prostu Legionów pozbyć”. Straty były bowiem ogromne. W chwili wymarszu z Krakowa we wrześniu 1914 roku liczyły prawie 8 tys. ochotników. W marcu 1915 roku pod bronią pozostawało jeszcze zaledwie 680. Łączne straty II Brygady Legionów wynosiły 422 zabitych i zmarłych, 1751 rannych, 1827 chorych i kontuzjowanych, 208 zaginionych oraz 440 wziętych do niewoli. Czas pobytu na tyłach wykorzystano na reorganizację, która miała strukturalnie przybliżyć II Brygadę Legionów do wzorców regularnej c.k. armii. Inny był bowiem rodowód brygady, inna organizacja od obowiązującej w siłach państw centralnych, a przede wszystkim inne – niższe – stany osobowe. Najmniejszą jednostką organizacyjną stała się sekcja licząca od dziesięciu do 12 żołnierzy. Cztery sekcje tworzyły pluton, cztery plutony – kompanię, cztery kompanie z kolei składały się na batalion. Pułk piechoty miał liczyć trzy bataliony. Z uwagi na niskie stany osobowe czwarta kompania w każdym batalionie miała charakter kadrowy. Brak rekrutów stanowił w tym okresie poważny problem. Dowództwo II Brygady postanowiło wbrew zakazom władz austro-węgierskich rozpocząć w tajemnicy przed zwierzchnikami werbunek na własną rękę. Nie gardzono rekonwalescentami, maruderami, a nawet Polakami, którzy uciekli z jednostek austro-węgierskich. Ci ostatni musieli tylko zmienić nazwiska, by uniknąć wykrycia przez żandarmerię. [wyimek][srodtytul]PĘDZĄ JAK WICHER[/srodtytul] Pognali przez pola i w odległości z jakich 3 km od linii nieprzyjacielskiej rozwinęli się. I już cztery plutony z komendantem na czele na linie, już z kłusa przechodzą w cwał, coraz dzikszy, coraz szybszy. Pędzą jak wicher, za nimi z ugorów rwie się tuman, przed nimi błyszczą w słońcu wyciągnięte do szarży szable. - Berold Merwin, „Legiony w boju. 1915”, Kraków 1916.[/wyimek] W kwietniu 1915 roku zakończono reorganizację i utworzono II Brygadę Legionów Polskich. Dotychczasowe bataliony marszowe zostały zespolone w dwa pułki piechoty: 2. pp pod dowództwem podpułkownika Mariana Żegoty-Januszajtisa i 3. pp dowodzony przez majora Henryka Minkiewicza. Reorganizacja nie objęła kawalerii i artylerii. W skład brygady weszły jeszcze: 2. szwadron ułanów rotmistrza Zbigniewa Dunina-Wąsowicza, 3. szwadron ułanów porucznika Jana Dunina-Brzezińskiego, 2. bateria artylerii porucznika Wiktora Gosiewskiego, 3. bateria artylerii porucznika Kacpra Wojnara, sztabowy pluton piechoty, sztabowy pluton kawalerii, komenda taborów, dwie kolumny prowiantowe, kolumna samochodowa oraz kolumna amunicyjna. Pozostałych żołnierzy, którzy nie znaleźli się w wymienionych pododdziałach i służbach, skierowano do batalionu uzupełnień, który pod komendą majora Bolesława Roi wyruszył z Kołomyi do Piotrkowa Trybunalskiego. Był to zalążek późniejszej III Brygady Legionów. [srodtytul]Młodzi bomberacy i cacypupki[/srodtytul] Dowództwo nad II Brygadą Legionów objął początkowo gen. Mieczysław Edler von Zaleski. Jego nominacja spotkała się ze sprzeciwem kadry legionowej, ponieważ bezwzględnie i rygorystycznie chciał wprowadzić do jednostki dryl i porządki rodem z armii austro-węgierskiej. A przecież Legiony nie były wojskiem z typowego poboru, lecz miały charakter ochotniczy i własną tradycję, którą należało uszanować. Po interwencjach w wyższym dowództwie na krótko dowodzenie brygadą przejął gen. Friedrich Weiss von Mainprugg, a od 23 kwietnia, tym razem już na stałe, dowodzenie nad II Brygadą Legionów Polskich przejął płk Ferdinand Küttner. Ostrożny czy nawet wręcz niechętny stosunek dowództwa austro-węgierskiego do wojska legionowego ilustruje i w pewnym stopniu tłumaczy wypowiedź szefa Oddziału Wywiadowczego Sztabu Generalnego Harnilovicia, który stwierdził, że Polacy dążą do separatyzmu (struktur wojskowych), ponieważ dążą do odbudowy państwa polskiego i uważają Legiony za zarodek armii polskiej. Na postawę legionistów duży wpływ miała obecność w ich szeregach licznej grupy inteligencji. Byli to przede wszystkim ludzie młodzi, wykształceni, przepełnieni patriotyzmem i ideą walki o niepodległość Polski. W II Brygadzie stanowili nieco mniejszy odsetek niż w I Brygadzie – 29,37 proc. Można zatem przyjąć, że niemal co trzeci żołnierz brygady miał pochodzenie inteligenckie. W dużym stopniu odbijało się to także na stosunku legionistów do austriackiego dowództwa i regulaminów wojskowych jako takich. Zresztą w pododdziałach II Brygady znaleźli się niemal wyłącznie młodzi ludzie. Żołnierze między 17. a 23. rokiem życia stanowili aż 86,4 proc. stanu osobowego. Innym wyróżnikiem II Brygady był najwyższy odsetek żołnierzy pochodzenia chłopskiego. Zachowały się dane z 1917 r., które podawały, że stanowili oni 13,28 proc. wszystkich żołnierzy brygady. Doświadczenie wojskowe zdecydowanej większości legionistów pochodziło przede wszystkim z przeszkolenia w polskich organizacjach paramilitarnych, takich jak Polowe Drużyny Sokole, Polskie Drużyny Strzeleckie, Związki Strzeleckie i Drużyny Bartoszowe. Tak naprawdę wojennego rzemiosła uczyli się w boju, na karpackich bezdrożach I wojny światowej. Różnice wynikające z dawnej przynależności powoli się zacierały. Mniej już było nieporozumień, niechęci, waśni. Wspólny los i niebezpieczeństwo jednoczyło wszystkich żołnierzy. Wytworzyła się też swoista gwara. Piechurów ochrzczono bomberakami, a ułanów cacypupkami. Mimo prześmiewczych epitetów panowała między nimi dobra komitywa. [srodtytul]Polentag na Bukowinie[/srodtytul] Od połowy kwietnia 1915 r. poszczególne pododdziały II Brygady były kierowane na linię frontu na pograniczu bukowińsko-besarabskim. Zajmowały pozycje rozproszone pomiędzy oddziałami austro-węgierskimi. Dopiero długotrwałe zabiegi i naciski polskie w dowództwie c. k. armii spowodowały skupienie pododdziałów II Brygady Legionów na jednym odcinku. W połowie maja brygada wycofała się wraz z całym frontem na nowe pozycje obronne nad Prutem, w rejonie Czerniowiec. [wyimek]GŁÓD Zaczyna się u nas głodówka. Od czterech dni nie otrzymaliśmy chleba. Wczoraj na obiad mieliśmy tylko po łyżce niedosolonego ryżu. Dziś na śniadanie otrzymaliśmy po pół łyżki kawy czarnej, a na obiad przysłano nam samego jałowego rosołu bez mięsa, bo mięso zjadła czwarta kompania. - Henryk Tomza, „Dziennik Legionisty 1914 – 1915”, Oficyna Wydawnicza „Mówią wieki”, Warszawa 2008[/wyimek] Linia frontu w tym rejonie była dość niestabilna, a na współpracujących z II Brygadą jednostkach nie zawsze można było polegać. Na przykład 12 maja sąsiadujące z Polakami oddziały złożone z Czechów wycofały się niemal bez walki. Okopana na przedpolu wspierająca ich 3. bateria artylerii por. Wojnara znalazła się nagle bez osłony w obliczu nieprzyjaciela. Dowódca podjął decyzję o porzuceniu dział i ratowaniu ludzi. W rezultacie stanął później przed specjalną komisją dyscyplinarną, dowództwo austro-węgierskie rozwiązało baterię, a jej żołnierzy wcielono do oddziałów niepolskich. 13 maja rozpoczęły się ciężkie walki nad Prutem. Rosjanie starali się zaskoczyć i zniszczyć pododdziały legionowe w czasie przeprawy na południowy brzeg rzeki. Tego dnia nacisk nieprzyjaciela był tak duży, że żołnierze 2. batalionu 3. pp rzucili się wpław do rzeki. Straty wyniosły ok. 160 żołnierzy. Mimo to pozycje nad Prutem udało się utrzymać. Na początku czerwca doszło do nasilenia walk, co stanowiło preludium do działań zaczepnych. Ofensywa austro-węgierska ruszyła 7 czerwca. Polacy walczyli w ramach formacji wielonarodowych XI Korpusu austro-węgierskiego. Na prawo od swoich pozycji mieli grupę podpułkownika Pappa, składającą się z ochotniczych oddziałów bukowińskich, na lewo 42. Dywizję Piechoty Obrony Krajowej złożoną z Chorwatów. Zadaniem II Brygady było obejście Czerniowiec od północy. Przed sobą legioniści mieli żołnierzy rosyjskich ze 101. i 102. dywizji piechoty. W ciągu następnych czterech dni opanowali kolejne miejscowości aż po Zadobrówkę, leżącą zaledwie ok. 8 km na północ od Czerniowiec. Tam w starciu z Rosjanami legioniści wzięli do niewoli niemal cały batalion nieprzyjaciela. Austriacy określili te wydarzenia jako Polentag – dzień polski. W nocy z 11 na 12 czerwca kawaleria legionowa śmiałym zagonem zajęła dawne silnie umocnione pozycje pod Studzianką. Akcja została przeprowadzona tak szybko, że Rosjanie nie zdążyli obsadzić przygotowanych do obrony pozycji. Musieli się wycofać na ostatnią linię obrony, ciągnącą się od Kalinkowców przez Rokitnę aż do miejscowości Rewkowce. Przez kolejne dwa dni piechota XI Korpusu gen. Kordy, w którego składzie walczyli legioniści, bezskutecznie atakowała pozycje obronne Rosjan. Próba zajęcia Rokitny z marszu, którą podjął płk Zieliński, się nie powiodła. W tej sytuacji oba pułki II Brygady zmuszone były okopać się na zboczach wzgórz wznoszących się nad potokiem Rokitnianka, który stanowił naturalną granicę Bukowiny i Besarabii. Brygada była w tym czasie podzielona na dwie grupy bojowe. Pierwszą, dowodzoną przez płk. Zygmunta Zielińskiego, stanowiły siły 3. pp wzmocnione 3. batalionem 2. pułku. Pozostałe bataliony 2. pp stanowiły grupę bojową mjr. Mieczysława Norwida-Neugebauera. Tymczasowo, w związku z ranieniem dowódcy, grupą dowodził kpt. Włodzimierz Mężyński. Stanowiska obu grup rozgraniczała droga z Rarańczy do Rokitny. 13 czerwca dowództwo korpusu nakazało wznowienie działań ofensywnych. Jako oś natarcia brygady wyznaczono linię miejscowości Rokitna – Ryngacz – Dynowce. Tymczasem Rosjanie rozpoczęli wprowadzanie do boju nowych odwodów, by przy ich pomocy powstrzymać napór przeciwnika. Kolejną linię oporu planowali zaledwie niespełna 9 km dalej na wschód, na wysokości Dynowiec, gdzie szykowali siły do kontrnatarcia. Zapowiadała się ciężka walka. [srodtytul]Jedyny ratunek w ułanach[/srodtytul] Oddziały ruszające do dalszego natarcia powitał silny ogień z pozycji rosyjskich. Ranny został dowódca pierwszej grupy bojowej mjr Norwid-Neugebauer. Powoli, nieustępliwie legioniści posuwali się naprzód, opanowując teren aż do rzeczki Rokitnianki i samej Rokitny. Około godziny 10 legionistom udało się sforsować rzeczkę i obsadzić wzgórza na północ od Rokitny. Tymczasem silny atak rosyjski odrzucił wysunięte oddziały sąsiadów – 42. DP Obrony Krajowej. W tej sytuacji dowództwo korpusu nakazało II Brygadzie Legionów wykonanie uderzenia w celu odciążenia spychanych przez Rosjan oddziałów: [i]„CK Komenda XI Korpusu. 2145/V.Do Płk. Küttnera. 13 czerwca 1915 r. g. 8.15 rano. Petković [dowódca 42. Dywizji Piechoty] osiągnął teren na zachód od miejscowości Sankowce. Jest silnie atakowany. Otrzymał rozkaz utrzymania przynajmniej linii wzgórz. Polacy mają uderzyć z punktu 171 i wspomóc Petkovicia. Generał Korda”.[/i] Zgodnie z rozkazem piechota legionowa ponownie ruszyła do natarcia. Bez powodzenia. Brakowało wsparcia artylerii. Trzeba było się odwołać do odwodów, ale w dyspozycji szefa sztabu II Brygady kpt. Vagasza, który tego dnia wydawał rozkazy w zastępstwie płk. Küttnera, był jedynie dywizjon kawalerii pod dowództwem rtm. Zbigniewa Dunin-Wąsowicza. Wtedy zrodził się pomysł wykonania szarży kawaleryjskiej jako najszybszego rozstrzygnięcia boju. Dowódca brygady nie wiedział jeszcze o wycofywaniu się sąsiadów pod naporem Rosjan. Co więcej, przypuszczał, że na skutek postępów piechoty morale przeciwnika upadło. Pod komendą rtm. Wąsowicza znajdowały się dwa szwadrony ułanów – jeden dowodzony przez por. Romana Włodka, w sile 100 szabel, oraz drugi pod dowództwem ppor. Stanisława Rabińskiego, liczący 90 szabel. Rozkaz został wystawiony około godziny 11. Przygotowując działania, kpt. Vagasz nakazał piechocie znajdującej się na linii przyszłej szarży sprawdzenie przedpola. Wyznaczono dwie kompanie do wsparcia ułanów, a następnie opanowania i rozszerzenia zajętego terenu. Odpowiedni rozkaz dotyczący wsparcia ułanów otrzymała także artyleria. Wobec niepomyślnych wieści o niepowodzeniu sąsiadów zapada decyzja przyspieszenia akcji. [srodtytul]13 minut drugiej Somosierry[/srodtytul] Zostają wyznaczeni ułani do wykonania szarży. Rotmistrz Dunin-Wąsowicz udał się na punkt obserwacyjny brygady, gdzie otrzymał szczegółowe wytyczne: kierunek natarcia i szczegółowe cele, na które ma szarżować. Oddział ułanów wyruszył na pozycje wyjściowe. Ułani starali się wykorzystywać zagłębienia w terenie, ale ich manewr był widoczny dla nieprzyjaciela, który prowadził ciągły ostrzał artyleryjski. [wyimek]CI SPOD ROKITNY... Runęli przez ogień straceńcy!/ Niejeden z nich dostał i padł.../ Jak ci z Somosierry szaleńcy,/ Jak ci spod Rokitny sprzed lat”. - druga zwrotka pieśni Feliksa Konarskiego „Czerwone maki pod Monte Cassino”[/wyimek] Po osiągnięciu stanowisk nad Rokitnianką rotmistrz zostawił w odwodzie 3. szwadron pod dowództwem ppor. Rabińskiego, a sam objął dowództwo liczącego 63 ułanów 2. szwadronu. Szwadrony rozwijają się jeden za drugim. Oddział Wąsowicza przekracza rzeczkę i podchodzi pod pozycje rosyjskie. Celem jest pokonanie trzech linii okopów. Przyspieszenie akcji spowodowało, że piechota wyznaczona do wsparcia pozostała w tyle. Ale patrole zwiadowcze informują, że Rosjanie opuścili przednie pozycje. Wydaje się, że są w odwrocie. Rotmistrz wydaje swoim ułanom komendę: „Dobądź broń! Tyraliera co trzy kroki za mną, galop!”. Ruszają. W pierwszym rowie strzeleckim ułani nie napotykają nikogo. Są za to ostrzeliwani z dalszych stanowisk. Rozpędzają się. Silniej zaciskają się dłonie na szablach i z 60 młodych gardeł wyrywa się gromki okrzyk: „Hurra!”. Padają pierwsi zabici i ranni, jednak konie nie łamią szyku i idą równo, jak na pokazie. Do jednego z rowów strzeleckich wpada koń wachmistrza Bolesława Dunin-Wąsowicza i przygniata jeźdźca, na szczęście ułanowi nic się nie stało. Konie biegną już w cwale, w szerokim rzędzie. Niektóre bez jeźdźców. Po chwili docierają do drugiej linii okopów. Tym razem pozycja jest obsadzona przez Rosjan. Kule latają gęściej i częściej trafiają. Pada salwa, jedna, druga, trzecia. Terkoczą karabiny maszynowe... W okopie z lewej strony rotmistrz dostrzegł przerwę. Na wiodącą tam drogę skręcił dowódca, za nim pozostali. Na krzyk rotmistrza „Zdawajsia!” (poddaj się!) zaskoczeni i przestraszeni nagłą szarżą obrońcy podnoszą ręce, rzucając broń. Ale z sąsiednich okopów nasila się ogień, zwłaszcza z prawego skrzydła, gdzie znajdowały się stanowiska karabinów maszynowych. Dodatkowo wokół zaczęły się rozrywać szrapnele artylerii austro-węgierskiej ostrzeliwującej rosyjskie umocnienia. Tuż przed trzecim okopem rosyjska kula trafiła konia rotmistrza. Dowódca ułanów zerwał się z ziemi i wyciągnął pistolet. Wtedy dosięgnął go kolejny pocisk, postrzał był śmiertelny. Pod coraz gęstszym ogniem polegli kolejni ułani, ale pozostali w pędzie wpadli między rosyjskich żołnierzy. Doszło do starcia wręcz – polskie szable przeciw rosyjskim bagnetom. Niewielka już grupa, której udało się sforsować trzeci okop, nie atakuje dalej. Widzą w oddaleniu artylerię rosyjską, ale ich jest już tylko sześciu. Przypominają bardziej straceńców niż żołnierzy mających wykonać określone zadanie. Wycofują się do swoich, przejeżdżając wzdłuż umocnień rosyjskich. Cały czas ostrzeliwani skręcają do wsi. Szarża jest skończona. Odwód i piechota zostały wcześniej powstrzymane rozkazem dowództwa. Szarża trwa niecałych 13 minut. Pod Rokitną poległo 15 ułanów, 30 zostało rannych (trzech z nich później zmarło), kilku dostało się do niewoli lub zaginęło. W nocy po szarży Rosjanie opuścili zajmowane dotychczas pozycje i wycofali się, odchodząc w głąb Besarabii. Pogrzeb poległych odbył się dwa dni później, 15 czerwca 1915 roku, na cmentarzu w Rarańczy. Dziś prochy bohaterskich ułanów spod Rokitny spoczywają na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. [ul][li] [/li][/ul] [i]13 czerwca 1930 roku. Z depeszy Marszałka Józefa Piłsudskiego do 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich w dniu jego święta: „W piętnastą rocznicę istnienia oraz w dniu święta pułkowego łączę się z Wami, szwoleżerowie 2. pułku, serdecznie w tym uroczystym obchodzie. W dniu tym sięgam pamięcią w przeszłość i przeżywając z Wami piękne dzieje Waszej historii pułkowej od szarży pod Rokitną, kampanii wołyńskiej, rajdu na Korosteń, zajęcia Pomorza, do walk na Śląsku Cieszyńskim, życzę Wam dalszych lat chwalebnej pracy i pełnej sławy przyszłości”.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL