Publicystyka

Kompleks pani Thatcher

Filip ?Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Partia Jarosława Gowina próbuje naśladować brytyjskich torysów i amerykańskich republikanów. Zdaje się nie przyjmować do wiadomości, że ścieżka rozwoju Polski ma swoją specyfikę i że w naszym kraju klasa średnia nie odgrywa takiej samej roli, jaką odgrywa w Wielkiej Brytanii i USA – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".
Okoliczności powołania Polski Razem Jarosława Gowina przypominają nieco sytuację sprzed 13 lat. Sięgając w przeszłość, możemy snuć rozważania nie tylko o przyszłości nowego ugrupowania, ale i na temat mechanizmów polskiej polityki, które powodują, że idee nie znajdują przełożenia na rzeczywistość.
Pod koniec 2000 roku, po rozpadzie rządowej koalicji AWS z Unią Wolności, oba te ugrupowania coraz bardziej przybliżały się do niebytu. Trzy lata wspólnego sprawowania przez nie władzy wystarczyły, żeby je pogrążyć, zwłaszcza w wymiarze wizerunkowym. Społeczeństwo nie doceniło reformatorskiego kursu ekipy Jerzego Buzka. Ta zaś nie potrafiła przeciętnemu Polakowi wytłumaczyć, dlaczego wprowadza olbrzymie, kosztowne zmiany w podziale administracyjnym kraju, edukacji, służbie zdrowia, systemie emerytalnym. Do tego doszło dorabianie rządowi przez nieprzychylne mu mainstreamowe media gęby nieudacznika. Wreszcie i AWS, i UW zżerane były wewnętrznymi konfliktami personalnymi.

Sześciu tenorów

W takich to okolicznościach na początku 2001 roku powstała Platforma Obywatelska. Przypomnijmy, została ona powołana przez „trzech tenorów": Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego i Donalda Tuska. PO miała być w dużym stopniu oddolnym – konserwatywno-liberalnym i zarazem nowoczesnym – ruchem społecznym, przeciwstawiającym się arogancji, o którą inicjatorzy tego przedsięwzięcia oskarżali polityczną elitę, głuchą – ich zdaniem – na potrzeby zwykłych Polaków.
Zanosiło się więc na to, że pojawi się w Polsce typowa populistyczna partia protestu, tyle że operująca „cywilizowaną" retoryką. Ale czy taką formacją mogło być ugrupowanie posiadające liderów z rozpoznawalnymi nazwiskami i kapitałem w postaci zaplecza parlamentarnego? Całej sprawie pikanterii dodawał fakt, że „trzej tenorzy" nie przyszli znikąd, należeli do ścisłego establishmentu politycznego: Olechowski w przeszłości pełnił funkcje ministra finansów i ministra spraw zagranicznych, Płażyński był wtedy marszałkiem Sejmu, a Tusk – wicemarszałkiem Senatu. Czy tacy ludzie mogli być wiarygodnymi wyrazicielami niezadowolenia społecznego? Tego typu pytania powracają teraz przy okazji powołania Polski Razem. Analogie wydają się oczywiste. Tu również mamy „trzech tenorów": Jarosława Gowina, Pawła Kowala i Przemysława Wiplera. Nie są to politycy, którzy przyszli znikąd. Gowin był jeszcze niedawno ministrem sprawiedliwości w gabinecie Donalda Tuska, Kowal – sześć lat temu wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a Wipler – w latach 2005–2013 aktywnym politykiem związanym z PiS.

Ucieczka do przodu

Zarówno w przypadku Platformy, jak i w przypadku PRJG można dostrzec chęć ucieczki do przodu. Sytuacja partii, z której zbiegł Gowin ze swoimi zwolennikami, może nie jest jeszcze tak tragiczna jak sytuacja chylących się ku upadkowi AWS i UW w roku 2000, ale z pewnością PO pikuje w dół i aby zachować ster władzy, przyjdzie jej po najbliższych wyborach parlamentarnych utworzyć koalicyjny rząd z SLD. To by zaś oznaczało, że Tusk musiałby na ołtarzu kompromisu z postkomunistami poświęcić prawe skrzydło swojego ugrupowania. Środowisko Gowina zostałoby wyeliminowane z partyjnej gry. Z kolei w przypadku Kowala mamy do czynienia z politykiem, którego dotychczasowa partia, Polska Jest Najważniejsza (utworzona zresztą w roku 2010 w rezultacie konfliktów w PiS, mających podłoże raczej personalne, a nie ideowe), nie przekraczała w sondażach pięcioprocentowego progu wyborczego, więc ludzie ją tworzący czyhali tylko na okazję, żeby znaleźć bardziej skuteczną formułę swojej obecności w polskiej polityce. Najbardziej zagadkowa pozostaje decyzja Wiplera. Odszedł on z PiS pod pretekstem tego, że formacja ta – jego zdaniem – chce realizować socjalistyczny program gospodarczy, czego on, konserwatywny liberał, nie akceptuje. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to naciągany argument – PiS nie zmieniło swojej linii od roku 2011, a więc od wyborów parlamentarnych, w wyniku których Wipler został posłem z ramienia tego ugrupowania. Polska Razem powtarza za Platformą pewien schemat, jeśli chodzi o założenia programowe

Liberalizm deklaratywny

Polska Razem powtarza też za PO pewien schemat, jeśli chodzi o założenia programowe, jakie proponuje. Platforma, startując jako ugrupowanie konserwatywno-liberalne, postulowała stworzenie korzystnych warunków dla rozwoju przedsiębiorczości oraz walkę z biurokracją i wszelkimi przejawami etatyzmu. Jako wroga Polaków wskazywała klasę polityczną złożoną – ich zdaniem – z próżniaków żyjących z pracy podatników. Tak się jednak składa, że łatwo być konserwatywnym liberałem, kiedy się jest w opozycji. Natomiast gdy się przejmuje władzę, przychodzi dostosowywać się do realnych warunków rządzenia. Przykład Platformy jest pod tym względem bardzo pouczający. Partia ta mimo deklaratywnego opowiadania się za pobudzaniem przedsiębiorczości i obroną własności prywatnej, za obniżaniem i upraszczaniem podatków, rządząc prowadzi politykę, która ściąga na nią gromy ze strony autorytetów polskiego neoliberalizmu, w tym Leszka Balcerowicza. Chodzi tu zwłaszcza o rosnący dług publiczny i zmiany w OFE, owocujące niższymi wpływami do nich. Oczywiście ktoś mógłby zaoponować, że krytyka pod adresem Platformy nie ma nic wspólnego z troską o dobro przedsiębiorców, lecz wyraża stanowisko oligarchów, którym obce są problemy małych i średnich firm i którzy zainteresowani są po prostu zyskami podmiotów, pomnażających swój majątek na wprowadzeniu drugiego filaru. Wtedy takim krytykom PO jak Leszek Balcerowicz należałoby zadedykować słowa amerykańskiego konserwatywnego myśliciela Richarda Weavera: „Abstrakcyjna własność akcji i obligacji, legalne posiadanie nigdy niewidzianych na oczy przedsiębiorstw niszczy powiązanie między człowiekiem a jego majątkiem". Sęk w tym, że Platforma, narażając się rozmaitym grupom oligarchicznym, bynajmniej nie wykonała żadnych ruchów pozwalających zapamiętać ją jako formację, która przyczyniła się do zdynamizowania rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości, i wdrożenia założeń polityki prorodzinnej, stanowiącej bądź co bądź nieodłączny element konserwatywnego liberalizmu. Nie zrobiła tego w przeciwieństwie do SLD i PiS, co stanowi pewien paradoks, bo z kolei te dwa ugrupowania uchodzą wręcz za wrogów polskiego kapitalizmu. A przecież kiedy Leszek Miller, a więc obecny szef Sojuszu, był w latach 2001–2004 premierem, rząd obniżył CIT (podatek dla przedsiębiorców) z 27 proc. do 19 proc. Z kolei sprawujący władzę w latach 2006–2007 gabinet Jarosława Kaczyńskiego dokonał jeszcze bardziej znaczących zmian: obniżył o 7 punktów procentowych – stanowiącą de facto podatek – składkę rentową, zlikwidował podatek spadkowy w przypadku osób, które łączą bliskie więzi rodzinne, wreszcie zniósł trzecią, 40-procentową stawkę podatkową.

Zderzenie z rzeczywistością

Okazuje się bowiem, że bycie konserwatywnym liberałem w praktyce nie jest kwestią światopoglądowych wyborów. To konkretne okoliczności wymuszają na politykach określone działania. Gdy przychodzi wziąć odpowiedzialność za politykę rządu, trzeba swoje ideowe credo korygować w zależności od bieżącej sytuacji. Ale polski konserwatywny liberalizm świadczy jeszcze o pewnym problemie kulturowym, który trapi naszą politykę. Polska Razem próbuje naśladować anglosaskie partie prawicowe: brytyjskich torysów i amerykańskich republikanów. Chodzi o mieszczański, protestancki etos, na który składają się dwie wartości, którymi epatuje PRJG: silna, wielodzietna rodzina i wolna, prężna przedsiębiorczość. Znamy to nie od dziś. W roku 2003 głośna była rozmowa, którą „Gazeta Wyborcza" przeprowadziła z Romanem Giertychem. Uchodzący wtedy za lidera polskich nacjonalistów polityk oznajmił, że jest zwolennikiem thatcheryzmu. ?Naśladowanie Anglosasów obnaża kompleksy trapiące część polskiej prawicy, nieprzyjmującej do wiadomości, że ścieżka rozwoju Polski ma swoją specyfikę, że w naszym kraju klasa średnia nie odgrywa takiej samej roli, jaką odgrywa w Wielkiej Brytanii i USA. Prędzej czy później przychodzi jednak zderzenie z rzeczywistością. I wówczas okazuje się, że w Polsce nie da się być ani torysem, ani republikaninem, tylko trzeba być polskim politykiem rozwiązującym polskie problemy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL