fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Elektrownie atomowe następnym celem terrorystów?

123RF
Od połowy obecnego roku Japonia rozpoczęła powrót do atomu. Ale obecne czasy coraz większego zagrożenia terrorystycznego przynoszą także groźbę zamachów na restartowane elektrownie.

W Azji na razie jest jeszcze spokojnie. Daesh groziło co prawda Chinom przed kilkunastoma dniami i przeprowadziło egzekucję pierwszego obywatela tego państwa, Japonia także doświadczyła takiego koszmaru dwukrotnie na początku roku, jednak terroryzm nie dostał się jeszcze na teren tych państw. Nie oznacza tom ze można pozwolić sobie na brak czujności. Szczególne powody do zaniepokojenia mają Japończycy, którzy od sierpnia rozpoczęli proces powrotu do energii atomowej. Włączane na nowo reaktory są wg ekspertów zanadto narażone na ewentualny atak ze strony zamachowców.

W elektrowni Sendai na południowym krańcu Japonii, w pierwszej placówce, do której zdecydowano się powrócić z atomem, przeprowadzono właśnie serię testów sprawdzających gotowość na wypadek ewentualnej katastrofy. Nad restartami reaktorów wisi groźba powtórki z Fukushimy. Nikt nie chciałby przeżywać tego samego po raz drugi. W pozorowanych ćwiczeniach wzięło udział 3600 urzędników i mieszkańców okolic elektrowni. Przeprowadzono próbną ewakuację 1200 osób przy pomocy specjalnie załatwianego na tę okoliczność transportu. Po raz ostatni takie przedsięwzięcie gościło na tym terenie w październiku 2013 roku.

Tym razem jednak nawet najsprawniej przeprowadzona ewakuacja może nie wystarczyć, jeżeli do akcji wkroczą terroryści. Jakość procedur dopracowanych rzekomo przez japoński rząd po wypadkach z 2011 roku spotyka się z krytyką zagranicznych ekspertów, czasami także pojawiają się negatywne głosy japońskich polityków. Świadczy to o poważnym stopniu niedopatrzeń, jakie mają stać na straży bezpieczeństwa atomowych obiektów. Ich ochrona powinna zostać podniesiona na najwyższy możliwy poziom.

Tak właśnie stało się we Francji po zamachach z 13 listopada tego roku 58 z tamtejszych elektrowni atomowych podlega wyższej niż zwykle kontroli. W przypadku Japonii ośrodków jest o 10 mniej, a jedynie dwa uruchomiono we wspomnianym Sendai. 26 placówek czeka na wydanie odpowiednich pozwoleń na restart. Nowe procedury bezpieczeństwa zatwierdzono w lipcu 2013 roku. Operatorom reaktorów dano 5 lat na ich wprowadzenie w życie. W większości chodziło o konieczność zapewnienia elektrowniom zapasowych sterowni, pomp do wody i zwiększenia liczby kanałów chłodzenia prowadzących do każdego z rdzeni. Zmiany miały pomóc w eliminacji ewentualnych skutków katastrofy naturalnej oraz terrorystycznego ataku na reaktor, ale w obecnej sytuacji, gdy zagrożenie Daesh zatacza coraz szerszego kręgi, japoński regulator ds. energii atomowej postanowił wydłużyć czas przyznany placówkom na wdrożenie procedur. W większości przypadków mówi się teraz o ostatecznym terminie przypadającym na marzec 2020 roku. Sprawa staje się coraz bardziej poważna, a odwlekanie jej w czasie sprawia, że administracja USA naciska Tokio i zaleca pośpiech.

Pierwsze przecieki o tym, że wg Amerykanów japońskie prawo było niedostatecznie skonstruowane wobec realnych zagrożeń ze strony terroryzmu i ochrony obiektów atomowych, pojawiały się już w kilka tygodni po wypadkach w Fukushimie. Portal WikiLeaks informował o dokumentach przesyłanych w tej sprawie z ambasady USA w Tokio do Waszyngtonu już między 2006 a 2007 rokiem. Amerykanie cytowali samych Japończyków, którzy wskazywali na błędne założenia ćwiczeń antyterrorystycznych w obiektach atomowych. Stronie japońskiej zarzucano także fakt, że do ochrony elektrowni nie korzysta się z funkcjonariuszy wyposażonych w broń. Doradcy ds. bezpieczeństwa atomowego radzili Japonii już w 2003 roku, by wprowadzili takie środki zaradcze na wypadek zamachów, jednak wciąż w odpowiedzi słyszano, że uzbrojenie ochrony nie wchodzi w grę, ponieważ w kraju cywile nie mogą nosić broni. Wskazuje się także na zagrożenie ze strony ataku samobójczego z wykorzystaniem samolotu - na wzór tego z 11 września 2001 roku. Żaden z japońskich reaktorów nie jest dostatecznie chroniony, by wytrzymać tak silne uderzenie.

Jeszcze niedawno zastanawianie się nad takimi czarnymi scenariuszami nadawałoby się jedynie do pracy nad sensacyjnym thrillerem. Dziś rzeczywistość wychodzi z kart takiej fikcji i staje się niestety coraz bardziej namacalna. Czy tego chcemy czy nie.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA