fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Potęga rdzy

AdobeStock
Znawcy starożytnych języków twierdzą, że w biblijnej sentencji „Marność nad marnościami i wszystko marność..." oryginałowi lepiej odpowiada słowo „daremność".

Ekonomiści wolą termin „białe słonie", by nazwać projekty równie kosztowne i prestiżowe, co bezsensowne, w czym mieszczą się puste stadiony, lotniska bez samolotów i autostrady donikąd. W tej kategorii konkurencja jest spora, lecz trudno znaleźć większą fortunę, którą dosłownie utopiono w bardziej bezużytecznym zamiarze, niż budowa niemieckiej potęgi wojennej. Co więcej – nadal nie ma pewności, do czego tę siłę stworzono.

Niemcom po pokonaniu Francji w Europie nikt nie zagrażał, a poważnych interesów zamorskich w zasadzie nie mieli. Czy celem cesarskiej Hochseeflotte rzeczywiście było wygranie wojny z Wielką Brytanią i zdobycie panowania nad światem? Czy więcej racji miał Churchill, uznając niemieckie wydatki na flotę za rodzaj luksusowego zbytku, jakiego potrzebują gwiazdy filmowe do zaznaczenia statusu?

Czuć w tym stałe dla Niemiec pomieszanie megalomanii z kompleksem niższości, odkąd Bismarck stworzył państwo zbyt potężne jak na rozmiary Europy, lecz organicznie niezdolne do bycia globalnym mocarstwem.

Rzesza produkowała więcej stali i maszyn niż Wielka Brytania, miała najnowocześniejszy przemysł chemiczny i niezrównaną armię, lecz frustrował ją brak uznania starych potęg, a szczególnie kuzynów w Londynie. Gdy z kolonialnego stołu spadły im ochłapy, a z kryzysu marokańskiego wrócili z podkulonym ogonem, chcieli zmusić świat, by ich traktował poważnie.

Plan powiódł się aż za dobrze, lecz ze skutkiem odwrotnym do oczekiwań. Pancerniki Wilhelma II nie wzbudziły podziwu, tylko złamały serce babce Wiktorii i zaniepokoiły Anglików. Na każdą stępkę położoną w niemieckich stoczniach Brytyjczycy odpowiadali dwiema. To stale oddalało Rzeszę od celu, jakim była flota wojenna równa sile dwóch trzecich brytyjskiej potęgi, ale nie ustawali w wysiłkach. Po obu stronach rzecz wyglądała podobnie jak w zjadliwym opisie Churchilla – gdy admiralicja żądała sześciu okrętów, a budżetu starczało na cztery, drogą kompromisu kupowano osiem.

Wyścig pochłonął gigantyczne kwoty, na co szły specjalnie uchwalone podatki, jak choćby ten od win musujących, a do ceny okrętów należy dodać koszt ich utrzymania, nie mówiąc o nowej bazie morskiej i zbudowanym od podstaw mieście Wilhelmshaven. Nadto burzliwy postęp techniczny sprawiał, że co zbudowano przedwczoraj, pojutrze było przestarzałe i cykl trzeba było zacząć od nowa.

Lekkie otrzeźwienie przyszło, gdy Brytyjczycy zaczęli wodować ogromne drednoty wyznaczające nową klasę okrętów liniowych. Żeby temu sprostać, Niemcy musieli wymienić infrastrukturę – od doków aż po nabrzeża i mosty. Do przeniesienia niemieckiego odpowiednika z Bałtyku na Morze Północne trzeba było pogłębić i poszerzyć Kanał Kiloński, co kosztowało 242 mln marek więcej niż budowa starej, choć przecież świeżo oddanej konstrukcji.

Budując drugą potęgę morską świata, Wilhelm II i Tirpitz mieli różne intencje. I obu spotkało rozczarowanie. Kaiser chciał partnerstwa i uznania, a dostał wojnę z całym światem. Admirał miał upragnioną wojnę, ale bez rozstrzygającej bitwy, dla której stworzono to monstrum.

Zamiast grzecznie wystawić się do ostrzału, Royal Navy zakorkowała Niemców jak dżina w butelce. Unikając starcia, potężna Hochseeflotte nawet nie próbowała przełamać blokady, bezczynnie rdzewiejąc w Kilonii, Wilhelmshaven i Gdańsku. Po stracie kilku okrętów w ostrożnej bitwie jutlandzkiej cesarz zakazał dalszego narażania swoich zabawek. Jego marynarka była jak błyskotki w sejfie – kosztowna, lecz bezużyteczna.

Zawieszenie broni zmieniło zdobycz w pole konfliktu między sojusznikami. Brytyjczycy woleli zostawić okręty w rękach Niemców, byleby nie wzmocniły Francuzów. Francuzi zaś, wraz z Włochami i Japończykami, nie ufali Anglikom. Końskim targiem rozbrojoną flotę internowano na brytyjskich Orkadach do czasu rozstrzygnięć w Paryżu.

To zapewne czysty przypadek, że w dniu, na który przewidziano podpisanie traktatu pokojowego, strzegąca Niemców eskadra wypłynęła w otwarte morze. I zapewne przypadkiem na ten dzień admirał von Reuter zaplanował zatopienie floty, by zapobiec jej przejęciu przez wroga.

21 czerwca 1919 r. na dno poszło dziesięć pancerników, czternaście krążowników i pół setki niszczycieli – największa liczba okrętów, jaka kiedykolwiek tonęła w tym samym czasie. Niemieckie poczucie honoru tym razem zadowoliło wszystkich, a najbardziej Anglików.

Przeznaczenie wielkiej Hochseeflotte ostatecznie się dopełniło, gdy większość wydobytych jednostek sprzedano do hut w cenie złomu, a ostatnich siedem jest atrakcją turystyczną dla nurków, póki rdza ich nie zeżre do końca.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA