fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Krzyżak: Poważna rozmowa o uchodźcach

Fotorzepa, Robert Gardziński
W kwestii polityki imigracyjnej Unii Polska ustawiła się w roli pieniacza i chłopca do bicia – dziennikarz „Rzeczpospolitej" w odpowiedzi na artykuł ministra Błaszczaka.

Minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak w poniedziałkowej „Rzeczpospolitej" opublikował tekst, którym odpowiedział na serię naszych artykułów dotyczących relokacji uchodźców. Wprawdzie zarzucił nam, że zawierały one szereg „nieprawdziwych informacji", to jednak jest to pierwszy od wielu miesięcy – jeśli w ogóle nie pierwszy – w pełni merytoryczny głos przedstawiciela rządu Beaty Szydło, pozbawiony emocji i wątków populistycznych. I choć w wielu punktach z ministrem Błaszczakiem się rozmijamy, to jednak dostrzegamy szansę powrotu do normalnej, rzeczowej i wyważonej debaty, w której każda ze stron ma prawo do spokojnego przedstawienia swoich argumentów.

Minister zarzuca nam, że błędnie podaliśmy informację dotyczącą liczby osób, które w ramach relokacji miałyby przyjechać do Polski, i podkreśla, że zgodnie z decyzjami Rady (UE), które podjęto latem 2015 roku, nasze łączne zobowiązania relokacyjne wynoszą 10 361 osób. My – podpierając się tymi samymi decyzjami z września – podaliśmy, że 6182. Formalnie rację ma minister Błaszczak – choć nie do końca.

Liczby nie kłamią

Skąd bierze się pomiędzy nami różnica zdań? Zacznijmy od początku. 20 lipca 2015 r. na posiedzeniu Rady (UE) ds. Wymiaru Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych zgodziliśmy się przyjąć na zasadzie dobrowolności 1100 osób. Dokument dotyczący wykonania tej decyzji Rada (UE) przyjęła 14 września 2015 r. (2015/1523), choć bez stosownego załącznika dotyczącego podziału uchodźców pomiędzy poszczególnych członków Wspólnoty. Taki załącznik z podaną kwotą pojawia się dopiero w drugiej decyzji Rady z 22 września. Łącznie to 6182 osoby. Dlaczego szef resortu spraw wewnętrznych podaje wyższą kwotę?

Druga decyzja Rady – co podkreśla w swoim tekście minister – pozostawiła kwotę 54 tys. miejsc w rezerwie. Stworzono ją, bo zakładano, że w podobnej sytuacji masowego napływu uchodźców mogą znaleźć się także inne państwa UE, którym pilnie trzeba będzie pomóc. Założono, że jeśli sytuacja taka nie nastąpi do 26 września 2016 r., kwota ta powiększy liczbę osób, które trzeba będzie relokować z Włoch i Grecji. Z 54 tys. osób Polsce – według naszych wyliczeń – przypadłoby 4158 osób, zdaniem ministra Błaszczaka – 4179. Reasumując, nasze łączne zobowiązania faktycznie wynoszą od 10 340 do 10 361 osób (różnimy się z ministrem o 21 osób). Trzeba jednak podkreślić, że to liczba maksymalna.

Minister zarzuca nam, że wskazywanie, „że obciążenia Polski są znacznie niższe, niż zostało to przyjęte, jest nieprawdziwe". Nigdzie nie napisaliśmy, że nasze obciążenia są niższe niż te przyjęte przez rząd PO-PSL. Podpierając się sprawozdaniami KE na temat relokacji i przesiedleń, wskazaliśmy, że liczba „osób, które mogłyby przyjechać do Polski, byłaby mniejsza", niż zapisano w decyzjach.

Z kwietniowego sprawozdania KE wynika bowiem, że w Grecji liczba osób kwalifikujących się do relokacji wynosi ok. 27 tys. osób i pozostanie stała. We Włoszech zarejestrowano dotąd 8 tys. osób. Władze włoskie szacują, że czeka na to jeszcze ok. tysiąca osób, a kryteria uprawniające do relokacji może spełnić jeszcze jakiś procent z ok. 21 tys. przybyłych do Włoch w 2016 r. Będzie to zatem łącznie ok. 50 tys. A zatem o 110 tys. mniej niż przewidywały decyzje Rady (UE). Stąd właśnie w naszych wyliczeniach nie uwzględniliśmy rezerwy i postawiliśmy tezę, że liczba osób, które mielibyśmy w ramach relokacji przyjąć byłaby mniejsza. Wydaje się, że jeśli nawet w miesiącach letnich oba kraje zaleje kolejna fala uchodźców to liczba osób uprawnionych do relokacji nie osiągnie zakładanych wcześniej 160 tys.

Minister Błaszczak pośrednio przyznaje się do niekonsekwencji PiS w odniesieniu do tematu relokacji. Stwierdza bowiem, że w grudniu 2016 r. Polska zgłosiła gotowość uczestnictwa w tym projekcie poprzez przyjęcie setki uchodźców (35 z Włoch oraz 65 z Grecji). Proces ten zakończył się fiaskiem z uwagi na niemożność sprawdzenia osób, które miały do Polski przyjechać, pod kątem bezpieczeństwa. Podkreśla przy tym, że Grecja zgodziła się na przesłuchania wskazanych do relokacji przez polskich oficerów łącznikowych, a Włochy nie. W związku z tym cała procedura została zatrzymana i do dziś pozostaje „zamrożona".

Wydaje się – a potwierdzenie tego znajdujemy także w sprawozdaniach KE – że także inne państwa zwracały uwagę na tego typu problemy. Były to jednak głównie przeszkody natury technicznej, które przy odrobinie dobrej woli z obu stron da się pokonać.

Stracona szansa

Minister stwierdza również, że nieprawdziwe jest nasze stwierdzenie, że mieliśmy pełną swobodę wyboru ludzi kwalifikujących się do relokacji. To prawda, ale na łamach „Rzeczpospolitej" zauważyliśmy, że mieliśmy prawo do przedstawienia swoich preferencji i je przedstawiliśmy. Były to wprawdzie kryteria zaporowe (np. znajomość języka polskiego) i trudne do zrealizowania przez Grecję i Włochy, które ostatecznie decydują o relokacji.

Śledząc przebieg procesu relokacji w innych krajach, widać wyraźnie, że mają one podobne problemy jak Polska. Z kwietniowego sprawozdania KE wynika, że z łącznej kwoty ok. 98 tys. osób (z drugiej decyzji) faktycznie relokowano jedynie nieco ponad 16 tys. osób, czyli 17 proc. Mimo ewidentnych przeszkód inne państwa Wspólnoty w mniejszym lub większym wymiarze w procesie relokacji uczestniczą. Sęk w tym, że my po fiasku pierwszego podejścia odmówiliśmy jakiejkolwiek współpracy. Wydaje się, że gdybyśmy dalej podtrzymywali nasze stanowisko o gotowości przyjęcia uchodźców, zwracali przy tym uwagę na kwestie bezpieczeństwa, dziurawe procedury i nawet zgodnie z przysługującym nam prawem odrzucali kolejne przedstawiane nam osoby, to nasz głos byłby mocny i słyszalny. Jako jedno z pięciu państw, które mają przyjąć największą liczbę uchodźców, moglibyśmy mieć realny wpływ na cały ten proces, a także na kształtowanie polityki migracyjnej UE, której dziś de facto nie ma. Tymczasem ustawiliśmy się w roli pieniacza i staliśmy się chłopcem do bicia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA