fbTrack

Literatura

Warszawskie adresy Andrzeja Trzebińskiego

Andrzej Trzebiński w parku Ujazdowskim w Warszawie
DOM LITERATURY, Radek Pasterski
Trzy, cztery wieki patrzące z dachów kamienic. Tyle śmierci

Polegli w powstaniu warszawskim najwybitniejsi twórcy „spalonego pokolenia” – Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy i Zdzisław Stroiński – spoczywają wśród swoich towarzyszy broni w akowskich kwaterach Powązek wojskowych. Tam też, z tym że w Alei Zasłużonych dla Polski Ludowej, pochowano zmarłego samobójczą śmiercią w 1951 roku ich rówieśnika i kolegę z tajnych kompletów Tadeusza Borowskiego. Główny animator konspiracyjnej grupy i pisma „Sztuka i Naród” Wacław Bojarski miejsce wiecznego spoczynku znalazł w rodzinnym grobie na Bródnie. Uderzający jest brak wśród tych nazwisk jeszcze jednego, wymienianego zazwyczaj razem z pozostałymi: Andrzeja Trzebińskiego.

Niemcy rozstrzelali go – ubranego w papierowy worek i wedle na poły legendarnej wersji zdarzeń „z ustami zalanymi gipsem” – w zbiorowej egzekucji 12 listopada 1943 roku na Nowym Świecie, blisko skrzyżowania z Warecką i Ordynacką. 30 anonimowych ofiar upamiętnia jedna z setek tablic, które w latach 60. wmurowano w miejscach zbrodni w całym mieście. Gdzie zostały pogrzebane ciała zamordowanych, do dziś nie wiadomo. „Trzebiński nie ma swojego grobu. (…) Tablice pamiątkowe Trzebińskiego to karty tytułowe jego książek” – pisał edytor jego „Pamiętnika” Paweł Rodak.

Jak mało materialnych śladów pozostało po człowieku, kto wie, czy nie najwszechstronniej utalentowanym spośród wszystkich młodych literatów swojej generacji! Poza kilkoma zdjęciami i rękopisami oraz archiwalnymi egzemplarzami „Sztuki i Narodu”, którą redagował i gdzie zamieszczał głośne artykuły, po Trzebińskim nie ocalało niemalże nic. A przecież mimo wojennej pożogi Warszawa pełna jest miejsc, w których bywał i które były dlań z różnych powodów ważne.

[srodtytul]Lata nauki i wędrówki[/srodtytul]

Wczesne dzieciństwo jego i o cztery lata młodszej siostry upłynęło w atmosferze wiejskiego życia dawnej Polski dworów i folwarków. Ojciec, z wykształcenia agronom, zajmował się administrowaniem majątkami ziemskimi. Trzebińscy sprowadzili się do Warszawy w 1932 roku, zamieszkali na Ochocie, najpierw przy Filtrowej, potem przy Uniwersyteckiej, i tu Andrzej kończył prywatną szkołę powszechną na ulicy Mochnackiego. Spacerując po tej okolicy, można oglądać niemal w komplecie – rzecz w stolicy rzadka – te same kamienice, wśród których przed 70 laty dorastał młody Trzebiński. I tylko trudno wyobrazić sobie dzisiejsze rozłożyste drzewa ocieniające teraz fasady, aleje i skwery jako ówczesne niewysokie sadzonki.

W 1934 roku Trzebiński rozpoczął naukę w gimnazjum i liceum im. Tadeusza Czackiego, które mieściło się w nieistniejącym już budynku przy ulicy Kapucyńskiej 21 sąsiadującym ze szczęśliwie ocalałym gmachem Hipoteki. Teraz przebiega tamtędy Trasa W-Z, a pamięć o szkole symbolizuje głaz opatrzony stosowną inskrypcją. W tych latach Trzebiński zadebiutował w uczniowskiej gazetce „Promień Szkolny”, próbując swych sił w prozie, krytyce i poezji. Jego pierwociny literackie porównywano z juweniliami innego utalentowanego absolwenta szkoły, późniejszego księdza Jana Twardowskiego.

Przed samym wybuchem wojny Trzebińscy przeprowadzili się na ulicę Śniadeckich 18 w Śródmieściu, nie zagrzali tam jednak miejsca, gdyż dom spalił się we wrześniu 1939 roku. Zimę rodzina spędziła w pokoju wynajętym w sąsiedniej kamienicy, by wkrótce przenieść się do bardzo obszernego i eleganckiego mieszkania przy Klonowej 20, w pobliżu placu Unii Lubelskiej (kamienica, choć zdewastowana, stoi nadal). Andrzej opisał je w swojej niedokończonej powieści „Kwiaty z drzew zakazanych”.

Latem 1940 roku Trzebiński kończy na kompletach szkołę średnią i zdaje egzamin dojrzałości, co jego kolega z ławki Tadeusz Borowski uwiecznił w napisanym zaraz po wojnie opowiadaniu „Matura na Targowej”: „Pamiętam, jak staliśmy (…) na przystanku przy ogromnym gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, w Alejach Jerozolimskich. (…) O kilka ulic dalej, na placu Trzech Krzyży (…) łapano ludzi. Żandarmi obstawili wszystkie wyloty placu. Z warkotem motorów napchane ludźmi budy wlokły się ciężko na Pawiak. (…) Wskoczyliśmy w tramwaj i pojechaliśmy na Pragę. Za mostem szła aleja z jednej strony granicząca z polem, z drugiej – z Saską Kępą, dzielnicą willową. A potem u zamknięcia alei rozstawiła się długa kolumna samochodów i czekała na tramwaje jak tygrys na szlaku antylop. Wysypaliśmy się w biegu z tramwaju jak gruszki i przemknęliśmy na ukos polem zasadzonym świeżą jarzyną. Ziemia pachniała wiosną. (…) Jakoś tam zdaliśmy”.

Wkrótce obaj wstępują na tajny Uniwersytet Warszawski, by studiować polonistykę, której zresztą żaden z nich nie zdoła ukończyć. Jednemu naukę uniemożliwi aresztowanie i osadzenie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, drugiemu – coraz głębsze zaangażowanie w działalność konspiracyjną.W tym okresie miejscem dla Trzebińskiego szczególnie ważnym była Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy przy Koszykowej 18. Obecnie neoklasycystyczny budynek nosi numer 26 i sąsiaduje z nowoczesną plombą mieszczącą główne czytelnie stołecznego księgozbioru. Niewiele znajdziemy w nim jednak zbiorów opatrzonych przedwojennymi pieczęciami miejskiej książnicy. Jedynie mury bowiem przetrwały pożar, jaki wzniecili tutaj Niemcy 17 stycznia 1945 roku, dosłownie na dwie godziny przed opuszczeniem miasta.

Rzadko pamięta się o tym, co podkreślają liczne relacje – że dla warszawskiej młodzieży okupacja była nie tylko czasem terroru i walki podziemnej, lecz może przede wszystkim okresem „wielkiego czytania”, niekończących się dyskusji i intensywnych studiów. W bibliotece przy Koszykowej kwitło życie towarzyskie (Andrzej przeżywał tu dwie wielkie miłości: z Martą i Anną pierwszą), lecz mocniej jeszcze rozwijało się życie umysłowe. Jak wspominał Tadeusz Sołtan, wcześniej nawet nierozcięte roczniki międzywojennych periodyków kulturalnych w początkach okupacji „były przez młodzież literacką wprost zaczytywane”. Dla hitlerowców planujących uczynić Polaków kilkunastomilionowym narodem pozbawionych wykształcenia robotników było to, rzecz jasna, nie do przyjęcia. W sierpniu 1942 roku biblioteka została zamknięta.

Nieco wcześniej zaś Trzebińskich wysiedlono z Klonowej. Całe otoczenie Belwederu i przedwojennych budynków Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych (dziś Kancelaria Premiera) oraz pilnie strzeżonej alei Szucha, gdzie w byłym (i obecnym) gmachu resortu szkolnictwa ulokowano główną siedzibę gestapo, zostało przekształcone w przeznaczoną wyłącznie dla Niemców enklawę. Polskich mieszkańców wyrzucono na bruk. Jednak w tym czasie Andrzej nie mieszkał już z rodziną.

[srodtytul]Tułaczka imperialisty[/srodtytul]

Pod koniec 1941 roku Bojarski wprowadza go w tworzące się środowisko podziemnego pisma literackiego „Sztuka i Naród”. Andrzej znajduje w nim bliskiego przyjaciela, z którym – inaczej niż z sympatyzującym ze skrajną, komunizującą lewicą Borowskim – łączą go nie tylko zainteresowania literackie, lecz także zapatrywania ideowe. Czują się prawicowcami, narodowcami. Wierzą w sens walki o Imperium Słowiańskie, obszarem dalece wykraczające poza przedrozbiorowe granice Rzeczypospolitej. Ale też są świadomi, że – jak napisze Trzebiński – „Imperium, gdy powstanie, to tylko z naszej krwi!”, a w ich formule nacjonalizmu dość jest miejsca na inspirację zarówno Zygmuntem Wasilewskim i Maurice’em Barresem, jak i Bergsonem, Heideggerem, Brzozowskim i Sorelem.

Młodzi literaci spotykają się popołudniami pod kolumną Zygmunta na placu Zamkowym (niedaleko, przy Bednarskiej, mieszkał wraz z rodzicami Bojarski). Rozmawiają o lekturach, realiach konspiracji, swoich planach pisarskich, o dziewczynach. Jedną z nich udaje się Andrzejowi namówić nawet na nocny, po godzinie policyjnej, spacer na Agrykolę. W swoim dzienniku powracał później nieraz myślami pod tamtejszy pomnik Sobieskiego, gdzie stulecie wcześniej spotykali się młodzi szwoleżerowie-spiskowcy.

Latem 1942 roku Trzebiński zaczyna kierować kolportażem wydawnictw Konfederacji Narodu – organizacji, pod której skrzydłami powstał „SiN”. Rok później zaś, po śmierci Bojarskiego, obejmuje redakcję pisma, a zarazem funkcję zastępcy szefa propagandy KN. Jednak za najważniejsze swe dzieło uważał tworzony w ostatnich miesiącach życia Ruch Kulturowy – ponadpartyjną strukturę skupiającą młodych pisarzy i artystów wywodzących się z rozmaitych kręgów i o bardzo różnych światopoglądach.

W ciągu ostatnich blisko dwóch lat życia ze względów konspiracyjnych Trzebiński zmieniał miejsce zamieszkania ponad 30 razy, podnajmując sublokatorskie pokoje, goszcząc u znajomych i koczując w organizacyjnych kryjówkach. Prowadził życie niezwykle aktywne. Całe dnie spędzał na mieście, starając się podołać mnóstwu obowiązków nałożonych nań przez podziemie. Nocami czytał i pisał. Sypiał i jadł niewiele, i to nie tylko z powodu niestabilności swojej egzystencji i ciągłego borykania się z brakiem pieniędzy, ale również dlatego, by możliwie najpełniej wykorzystać czas. Przeczuwał bowiem, że zostało mu go niewiele.

Spośród tych jego przejściowych lokum znamy tylko część. Nie było chyba jednak dzielnicy w Warszawie, gdzie nie spędziłby przynajmniej jednej nocy. Relacje osób bliskich Trzebińskiemu wymieniają adresy w Śródmieściu (Wilcza 16), na Woli (przy Hrubieszowskiej), Ochocie (znana mu z dzieciństwa Uniwersytecka 1), Żoliborzu (w alei Wojska Polskiego), na Bielanach (na Chełmżyńskiej). Wzmianki o kilku innych rozsiane są też w jego „Pamiętniku”. Po jednej z pierwszych przeprowadzek, na Zwrotniczą 1 w marcu 1942 roku, notował: „lokomotywy gwiżdżą w dzień i w nocy, dzielą noce na pół: od ósmej do drugiej – praca, i później: od drugiej do ósmej – spanie”. Sąsiedztwo plątaniny wolskich bocznic towarowych nie ułatwiało ani pracy umysłowej, ani odpoczynku. Dom, o którym pisze Trzebiński, chyba nadal istnieje, ale dziś nikomu nie przyszłoby już do głowy tam mieszkać. Dawne ogrodnicze peryferia zmieniły się w zdegradowany krajobraz poprzemysłowy odwiedzany tylko przez miłośników nocnych klubów urządzonych w halach wzdłuż pobliskiej ulicy Kolejowej.

Innego rodzaju problemów przysparzało samotnemu młodzieńcowi kolejne mieszkanie gdzieś na niecieszącej się podówczas dobrą sławą Starówce: „Wracałem od Irzykowskiego bardzo późno. W tramwaju miałem dużo pomysłów, ale na Starym Mieście otoczyły mnie prostytutki, żeby »pójść na chwilę«, żeby »pójść z nimi«. Były blade i oczy miały znowu silnie uczernione, ogromnie wyraźne, a później na schodach znowu ktoś. Znowu twarz blada, majacząca i oczy szkliste. Kiedy minąłem ją, szła za mną, dopędziła mnie prawie”. Mimo tych niedogodności atmosfera historycznej kolebki Warszawy robiła na Trzebińskim duże wrażenie: „To moje ciemne, bez lamp, puste St. Miasto. Bramy pozamykane już. I wprawdzie nie czterdzieści wieków patrzących z dachów kamienic, ale po trzy, po cztery wieki. Tyle śmierci”.

Z kolei jesienią wylądował w znacznie różniącym się od poprzednich miejscu, w samym centrum, przy Wspólnej: „Mieszkam inaczej niż dotąd. Pięknie, cicho w tej wytworności, na ścianie wisi niebieski, prawie bezprzedmiotowy, »czysty« Fałat. Łóżko jest zarzucone miękką, włochatą i wzorzystą kapą. (…) ponadto fotele, biblioteka szklana i biureczko, ładnie tu jest”. Trzebiński był jednak lokatorem kłopotliwym, wręcz niebezpiecznym. Trudno się wszak dziwić, że gospodarze miewali doń pretensje o przynoszone do domu paczki, w których słusznie domyślali się podziemnej bibuły.

[srodtytul]Mógłbym jeszcze mieć dom…[/srodtytul]

Również w Śródmieściu – przy Pańskiej, czyli obecnie na terenie parku między Pałacem Kultury a ulicą Świętokrzyską, mieszkała Anna, zwana drugą. Z tą żoną przedwojennego oficera przebywającego w niemieckiej niewoli, starszą o dobrych kilka lat, połączył Trzebińskiego związek najbardziej dwuznaczny i burzliwy, ale też chyba – mimo kilkakrotnych dramatycznych zerwań – najmocniejszy. Jej mieszkanie usytuowane w oficynie, z oknami wychodzącymi na podwórze, ogrzewane ogniem płonącym w kominku, bywało dlań azylem, gdzie odpoczywał po całodziennych trudach, choć raczej nie koił skołatanych nerwów. Dla Trzebińskiego wiele jednak znaczył już sam fakt, że w okresie tego romansu, wiosną i latem 1943 roku, nie musiał straconych nocy odsypiać, jak to miał w zwyczaju, na nadwiślańskiej plaży…

„Mieszkałem zawsze niewiarygodnie, tajemniczo, prowizorycznie, obco. Dopiero dom Anny i ona sama – Anna, zapewniły mi smak tzw. zwyczajnego życia. Smak, nie samo »życie«; wiedziałem tylko, poznałem, że mógłbym jeszcze mieć coś takiego, co nazywa się »domem«. To może ostatnie tego rodzaju przeżycie” – przewidywał gorzko na kartach dziennika.

I rzeczywiście, ostatnie miesiące życia na powrót upłynęły mu pod znakiem tułaczki. „Dzisiejsza noc u Adamczewskiego – notował rano w mieszkaniu swego gimnazjalnego profesora na Solcu, przy Szarej 4. – Czuję się bezdomny, pada deszcz, naprawdę to jest straszne uczucie: bezdomność. (…) Padający bezustannie deszcz i błoto. Co robić? Ach, to nie jest sytuacja, kiedy nie ma się dosłownie dachu nad głową, owszem, jest pięć czy dziesięć możliwości, ale każda męcząca, nienaturalna, prowizoryczna. Wszędzie obcy ludzie. (…) Noc jutrzejsza – ?”.

W ustawicznej niepewności Trzebiński rzadko znajdował momenty ciszy i skupienia, takie jak ten, kiedy mógł przez krótką chwilę kontemplować panoramę miasta rozciągającą się z mieszkania swojej przyjaciółki położonego na wysokim piętrze przy Floriańskiej 8 na Pradze: „Naprzeciwko okna dach, na którym stoi dwu ludzi, układających arkusze »papy«. (…) chodzą niedbale, często tyłem, niezabezpieczeni niczym. Dzień jest pochmurny, kłębiasty. W bramie ładują jakieś worki z kartoflami. To wszystkich ogromnie podnieca. Obok profilu czerwonego kościoła św. Floriana rysują się w oddali niebieskie i omglone kopuły św. Krzyża i »drapacz chmur«”.

Ten ostatni budynek, najwyższy w mieście, to oczywiście Prudential przy placu Wareckim, czyli dzisiejszy hotel Warszawa.„Jestem pozbawiony pieniędzy. Odcięty w ogóle od normalnego życia. Straciłem nadzieję na jakiekolwiek mieszkanie” – zapisał w przedostatnim fragmencie „Pamiętnika”. Kilka dni później został przyłapany przez majstra w stołówce fabrycznej, gdzie nielegalnie jadał, i został wydany gestapo.

Ostatnie dwa warszawskie adresy Andrzeja Trzebińskiego to więzienie na Pawiaku, między Dzielną a Pawią, i katownia przy Szucha 25. O tym etapie jego życia nie wiemy prawie nic. Niemcy aresztowali go przypadkiem, nie wiedząc, że wpadł w ich ręce konspirator, którego tropili już od dawna. W śledztwie wykryli fałszywość jego kenkarty (pod figurującym w niej adresem zamieszkania były tylko ruiny), ale nie poznali prawdziwej tożsamości. Zginął, stojąc o własnych siłach. Nikogo z jego konspiracyjnych współpracowników później nie poszukiwano.

[b]* * *[/b]

Tyle miejsc, ulic, numerów, a żaden z tych adresów nie wydaje się odpowiedni, by tam właśnie szczególnie i osobno upamiętnić Andrzeja Trzebińskiego. Jego nazwisko figuruje wprawdzie na poświęconej „poetom podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego” tablicy w hallu Wydziału Polonistyki. Ale akurat tutaj z całą pewnością nigdy on nawet nie był.

W czasie wojny bowiem cały teren przy Krakowskim Przedmieściu zajmował Wehrmacht, dzięki czemu nieomal wszystkie historyczne budynki uniwersyteckie ocalały. Sam zaś obecny gmach polonistyki wzniesiono dopiero w latach 50.

„Biografia wszystkich moich mieszkań. Rola kawowych, włochatych koców, czerwonych obić na meble, otoman, Giocondy, zbitej szyby i pejzażu z okna. Rola kaktusów specjalna zupełnie. Nasturcji” – notował kilka miesięcy przed śmiercią, jak zawsze skłonny do egotycznej nieco introspekcji. Takiej mapy jego życia nigdy już nie da się odtworzyć. Patrząc jednak na plan miasta, można dostrzec wpisane weń losy Andrzeja Trzebińskiego.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL