Film

Zbrodnia pozwala odzyskać godność

Marcello Fonte jako bohater „Dogmana”. Film od piątku w kinach
M2 Films
MATTEO GARRONE | Twórca filmu „Dogman" mówi Barbarze Hollender, czy zabijając, można pozostać człowiekiem.

Rz: Po baśniowym świecie „Pentameronie" wrócił pan do rzeczywistości i sportretował pan w „Gomorrze". Jednak ciągnie pana realizm?

Matteo Garrone: Myślę, że moja twórczość jest dość spójna. „Pentameron" był baśnią, ale starałem się ją opowiedzieć w realistyczny sposób. „Gomorra", „Reality", a nawet „Balsamista" były historiami realistycznymi, ale próbowałem przekształcić je w metafory.

Historia podobna do tej z „Dogmana" wydarzyła się naprawdę na początku lat 80.

Tak i odbiła się we Włoszech szerokim echem. Człowiek, który był nękany przez gangstera, zabił prześladowcę, torturując go przedtem z niespotykanym okrucieństwem, odcinając po kolei ręce i nogi.

Dlaczego wrócił pan do tej sprawy po ponad trzydziestu latach?

Scenariusz filmu zacząłem pisać wcześniej, jakieś 14 lat temu. Chciałem opowiedzieć o zwykłym, porządnym w gruncie rzeczy facecie, który nie wytrzymuje i całkowicie sponiewierany robi coś, co pozwala mu odzyskać godność. To okazja do zadania pytań o genezę zła. Czy tkwi w człowieku, czy też rodzi się pod wpływem okoliczności? I czy można je jakkolwiek kontrolować? Zarzuciłem jednak pomysł, bo zrozumiałem, że dla większości ludzi najważniejsza była w tej sprawie sensacja, epatowanie drastycznymi szczegółami zbrodni. Ale wciąż pamiętałem o tej historii.

Co sprawiło, że zdecydował się pan „Dogmana" zrealizować teraz?

Kompletny przypadek. Spotkanie z Marcello Fontim. Pracował jako strażnik w mieszczącym się obok więzienia centrum kulturalnym, gdzie przygotowywane są rozmaite spektakle. Śledził próby, w którym występowała grupa więźniów. Kilka dni przed premierą umarł nagle jeden z aktorów. Marcello znał spektakl, więc go zastąpił. Na spektakl przyszedł mój reżyser obsady. A kiedy ja go poznałem, wiedziałem, że mam Dogmana.

Co pana do niego przekonało?

To był mój „dobry człowiek". Prosty, pełen wewnętrznego światła. Bardzo wiarygodny, gdy chce sprawić przyjemność córce. Umiemy mu nawet wybaczyć, że zdobywa środki na zafundowanie jej pięknej wycieczki, sprzedając kokainę. A jednocześnie można wyczuć, że świat nigdy nie przyniósł mu niczego na tacy. Marcello Fonti wychował się w biednej farmerskiej rodzinie w Kalabrii. Jako osiemnastolatek przeniósł się do Rzymu, sam zarabiał na utrzymanie, podejmując się bardzo różnych prac. Znał trudy życia. Kto mógł lepiej zrozumieć Dogmana? Faceta, który zostaje wtrącony w potworną sytuację, ale nagle wszystko w nim krzyczy. Wie, że jest coś, czego nie może stracić: własnej godności. I broniąc jej – nawet w sposób bardzo drastyczny – nie zamieni się w potwora. Najbardziej interesowała mnie więc walka, którą Dogman musiał stoczyć ze sobą. Bo przecież to jest człowiek niepozbawiony uczuć. Wie, co robi, do czego się posuwa. Co się musiało w nim stać, że krzyczy „Dość"?

„Dogman" staje się opowieścią o świecie terroru, przemocy, strachu.

Tak, przestrzegam, że zaczynamy przyzwyczajać się do tego, co nie powinno być normą. Coraz mniej dziwią nas kolejne ataki terrorystyczne, napady nożowników w centrach handlowych, patologiczne przypadki znęcania się nad własną rodziną. Przyzwyczajamy się też do strachu, który zaczyna być wpisany w codzienność. Próbowałem przypomnieć, jak niewiele trzeba, by ten strach zamienił się w agresję. I mam nadzieję, że moje filmowe miasteczko z filmu staje się metaforą społeczeństwa.

To miasteczko jest niezwykłym miejscem, do którego stale pan wraca.

Rzeczywiście kręciłem w Coppoli „Balsamistę", fragmenty „Gomorry", a teraz wróciłem z „Dogmanem". Nie mógłbym tego filmu zrobić w dużej metropolii, bo tam ludzie są anonimowi. W małym mieście liczą się wciąż związki między sąsiadami czy nawet między sklepikarzem a klientem. Każde zachowanie człowieka ma znaczenie. Wpływa na jego kontakty z otoczeniem, na sytuację życiową. Pustka, jaka się wokół niego tworzy, jest bardziej dotkliwa niż w apartamentowcu, w którym nawet nie wiadomo, kto mieszka obok. A ja chciałem, żeby ten film tak naprawdę nie był opowieścią o przemocy, lecz o człowieczeństwie

W tej małej miejscowości skupiają się problemy współczesnego świata.

Przemoc, strach, walka o zachowanie własnej godności wszędzie wyglądają tak samo. Dlatego zależało mi, żeby moja opowieść o włoskim fryzjerze psów miała wymiar uniwersalny. Wierzę w kino, które nie daje łatwych cenzurek, niczego widzowi nie narzuca. Po obejrzeniu filmu on sam wie, co ma myśleć. I jeśli ludzie mieszkający w różnych stronach świata odnajdą w „Dogmanie" swoje niepokoje, warto było ten film zrobić. ©?

Matteo Garrone reżyser, scenarzysta, producent

Ur. w 1968 r. w Rzymie. Międzynarodowy sukces przyniosła mu „Gomorra", ekranizacja książki o neapolitańskiej mafii, za którą zdobył Złotą Palmę w Cannes (2008) oraz Europejską Nagrodę Filmową dla najlepszego filmu roku. Inne jego głośne filmy to m.in „Reality" (2012) i „Pentameron" (2015).

Realizm o cechach metafory

Marcello to niepozorny człowiek. W swoim zakładzie myje psy, kąpie je, strzyże, obcina im paznokcie. Kocha te zwierzaki. Po pracy czasem gra z sąsiadami w piłkę, czasem z nimi pogada. Jego małżeństwo rozpadło się, liczy się dla niego tylko córka. Czasem handluje koką, by uzbierać pieniądze na kolejne, piękne wycieczki z nią. I przyjaźni się z typem, którego wszyscy się boją – olbrzymem bijącym na odlew, niszczącym wszystko i wszystkich, którzy stają mu na drodze. Marcello kryje Simoncina. A bandzior wykorzystuje go, oszukuje i upokarza. Marcello traci wszystko: nawet sąsiadów, z którymi do tej pory szedł na piwo. Jest kompletnie osamotniony. Wzbiera w nim gniew i chęć zemsty. „Dogman" Matteo Garrone to film potwornie bolesny na temat relacji dobra i zła, na temat korzeni gwałtu. Ale też opowieść o człowieczeństwie. Garrone spytał, ile upokorzeń trzeba znieść, aby wykrzyczeć swój bunt, gniew, niezgodę. I stworzył obraz, w którym małe włoskie miasteczko stało się metaforą współczesnych społeczeństw. —bh

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL