fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Trudny film, który pokazuje brud i bezsens wojny

Stowarzyszenie
Ascetyczny i szary film o beznadziei i tragizmie wojny. „Szron" Sharunasa Bartasa od piątku na ekranach.

„Szron" to historia dwojga młodych litewskich wolontariuszy, którzy jadą z konwojem humanitarnym na Ukrainę. Po drodze jednak zmieniają plany. Przez Polskę i Ukrainę przedostają się do Donbasu. Chcą poczuć, czym jest wojna.

Sharunas Bartas to litewski reżyser kojarzony głównie ze slow cinema, autor m.in. „Niewielu nas" i „Siedmiu niewidzialnych ludzi". W „Szronie" jego uważny, niespieszny sposób patrzenia na świat gra szczególną rolę i robi wrażenie. Nie ma tu żadnego efekciarstwa ani epatowania przygodą. Historia opowiadana jest w wolnym tempie, a w ascetycznej scenografii grają zaśnieżone przestrzenie i ciemne, zrujnowane wnętrza.

„Szron" jest filmem drogi. Reżyser obserwuje kolejne postoje w wyprawie wolontariuszy. Hotel w Dniepropietrowsku o absurdalnie wysokim standardzie, jak na sytuację wokół. Ale tu mieszkają zagraniczni dziennikarze, którzy na co dzień widzą straszliwe obrazy, a potem próbują odreagować. Świetne kreacje tworzą Andrzej Chyra jako reporter, który nagle pęka emocjonalnie, oraz Vanessa Paradis, grająca starzejącą się korespondentkę wojenną.

Rokas i Inga wyruszają w podróż przez przypadek. Trochę jak wynajęci ludzie, którzy mają dostarczyć przewożony towar. Chłopak robi przysługę koledze, który miał jechać w tę misję, a musi zostać w domu. Dziewczyna towarzyszy Rokasowi. Widać, że nie bardzo im się układa, może wspólna wyprawa zbliży ich do siebie? Ta droga jest więc czymś w rodzaju zadania, które trzeba wykonać.

Ale potem oboje zaczynają zagłębiać się w wojnę i w tragiczne ludzkie doświadczenie. Dotrą tam, gdzie wcale dotrzeć nie musieli. Jakaś siła (Przeznaczenie? Fatum?) pcha ich dalej, w miejsca, z których można nie wrócić.

Dwójka młodych ludzi nie jest w stanie poradzić sobie z tym, co widzi. W jednej z pierwszych scen Rokas wpisuje w Google hasło „Majdan", w czasie podróży będzie rozmawiał z żołnierzami, którzy ekspediują do rodzin ciała zabitych – czasem wręcz porozrywane szczątki.

„Szron" jest filmem o wojnie, ale też o inicjacji i dojrzewaniu. Sarunas Bartas bardzo konsekwentnie tę historię filmuje. W paradokumentalnym stylu, bez żadnych ozdobników, boleśnie.

Kamera Eitvydasa Doskusa wyłapuje brud wojny. Beznadzieję, twarde prawa, śmierć, która jest wpisana w każdy dzień. Dopasowuje się do tego nastroju muzyka Pawła Mykietyna.

Krytycy zachodni wytykali Bartasowi, że zrobił film nużący, trudny w oglądaniu, pozbawiony dramaturgii. To prawda, „Szron" taki właśnie jest. Niewiele ma wspólnego z „Szeregowcem Ryanem". Nie polecam go amatorom kina akcji.

Coś jednak w tym filmie jest. Widz nie zrozumie, na czym polega konflikt w Donbasie, ale znajdzie w „Szronie" okrutną prawdę o beznadziei hybrydowej wojny. Obrazy, jakich nie da się zobaczyć w newsach telewizyjnych. Brud, szarość. Codzienność śmierci. Świat, do którego nie da się wjechać i ot tak pstryknąć komórką zdjęcia, żeby pochwalić się kolegom w barze w Wilnie czy Paryżu. I na tym chyba polega siła „Szronu".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA