Film

Barbara Hollender poleca nowości na DVD

materiały prasowe
Dwa filmy, w których brytyjscy twórcy zapuścili się do Ameryki: „Nigdy cię tu nie było” Lynne Ramsay to thriller, „Polegaj na mnie”Andrew Haigha - dramat obyczajowy. Ale w obu jest europejskie spojrzenie na świat za oceanem, w obu też w tle jest samotność dziecka.

Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsay

Wyd.Gutek Film

Lynne Ramsay wciąż ucieka. Od brytyjskiego realizmu, który ją stworzył, od schematów, od powtarzania siebie samej. W „Nigdy cię tu nie było” łączy obserwację rzeczywistości z thrillerem i kinem artystycznym. Efekt jest ciekawy i nieszablonowy. Część krytyków pisze o chaosie, inni porównując ten film do „Taksówkarza” Martina Scorsesego.

Bohater „Nigdy...” jest płatnym mordercą. To facet, który jednym uderzeniem młotka pozbawia swoje ofiary życia, a potem wraca do starej, lekko już zdziecinniałej matki i czule się nią opiekuje. Jednego dnia dostaje zlecenie: ma odnaleźć czternastoletnią córkę znanego polityka, która trafiła do burdelu dla pedofili. Ramsay pokazuje jego walkę o odzyskanie małej blondyneczki o smutnych oczach, coraz bardziej apatycznej po wszystkim, co przeżyła.
Ale dla Ramsay sensacyjny wątek to za mało. Ona szuka głębiej. W „Nigdy cię tu nie było” opowiada o źle świata. Jej bohater nie urodził się zabójcą. Od pierwszych minut filmu reżyserka wprowadza krótkie flesze. To taśmy pamięci – obrazy traum z przeszłości. Przemoc domowa i mały chłopiec bezradny, z przerażonymi oczami. Umierająca na pustyni kobieta. Jej stopy wstrząsane ostatnimi drgawkami. To Irak? Wojna w Zatoce i operacja „Pustynna burza”? Reminiscencje z pracy w FBI. Zło kumuluje się w człowieku, znieczula. Ale uśpione sumienie może zostać obudzone przez zranione spojrzenie skrzywdzonego dziecka.

Na ekranie panuje chaos stylistyczny, niektóre sceny są szybkie i gwałtowne, inne przedłużają się w nieskończoność, nieznośnie. Ale „Nigdy cię tu nie było” przełamuje reguły filmu kryminalnego. Wciąga. Niepokoi. Ciekawy film.

Polegaj na mnie, reż. Andrew Haigh

Wyd. Monolith

Anglik Andrew Haigh, autor nominowanych do Oscara „45 lat”, sięgnął po powieść Willa Vlautina „Lean on Pete”. Pojechał do Stanów, gdzie autor książki wprowadził go w świat wyścigów konnych, ale nie tych wielkich, na które zjeżdża towarzyska śmietanka, tylko prowincjonalnych, w małych miejscowościach Oregonu. Potem Haigh w trzy miesiące odbył podróż, w jaką wyruszył mały bohater filmu. Chłopak, którego matka porzuciła niedługo po urodzeniu, wychowywany przez ojca - mało odpowiedzialnego faceta, w końcu ginącego w bójce z mężem kochanki. Charley dorabia grosze pomagając staremu ranczerowi, który kilka koni wystawia do lokalnych biegów. A potem, osierocony, bez środków do życia, wyrusza w drogę przez Stany ze starym koniem, którego pokochał, a który ma zostać sprzedany do jatki. Chce odnaleźć ciotkę – jedyną osobę, której kiedykolwiek na nim zależało. 

Haigh zrobił film o samotności i dojrzewaniu. Ale też o utracie niewinności. Wrażliwy nastolatek w zderzeniu z rzeczywistością i bezdomnością, twardnieje. Żeby przeżyć musi wejść w konflikt z prawem i z sobą samym. W tle historii jest prowincjonalna Ameryka. Czasem prymitywna, zajęta własnymi sprawami, ale czasem bezinteresowanie solidarna. W jednej z najlepszych scen filmu Charley zostaje złapany przez ochroniarza, gdy chce wyjść z knajpy bez płacenia. Kelnerka, której właściciel potrąci koszt obiadu z pensji, mówi: „Puść go”. 

Charlie Plummer, odtwórca głównej roli w „Polegaj na mnie”, dostał podczas ubiegłorocznego festiwalu w Wenecji nagrodę Marcello Mastroianniego dla najlepszego młodego aktora.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL