fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Wenecja 2018: Kino przerażone przemocą

AFP
Co za końcówka festiwalu! Dwa potwornie okrutne i bolesne filmy o przemocy.

Jennifer Kent, jedyna kobieta, która walczy w tym roku o Złotego Lwa, zrobiła najmocniejszy film tego festiwalu. Akcja „Nightingale” toczy się na początku XIX wieku. Młoda, skazana za kradzież Irlandka trafiła do kolonizowanej przez Anglików Australii. Do Tasmanii, gdzie żyją głównie zesłani z ojczyzny przestępcy, pilnujące ich wojsko i trochę tubylców, którzy są traktowani niemal jak niewolnicy. Claire ma męża i maleńką córeczkę, chce zacząć zwyczajnie żyć. Ale oficer, sprawujący nad nią nadzór, choć minęło siedem lat wyroku, nie chce jej zwrócić wolności. Ma obsesję na jej punkcie, wykorzystuje ją seksualnie. Aż jednego dnia dokonuje brutalnej zbrodni na jej najbliższych. „Nightingale” to opowieść o zemście. Oficer z dwoma żołnierzami i przewodnikami jedzie na północ, chce dostać awans i zmienić miejsce pobytu. Claire z aborygeńskim przewodnikiem Billy’m, rusza za nim. Zdecydowana, by się zemścić, narażając życie przedziera się przez busz, by dogonić grupę porucznika.

Kent zrobiła film porażająco realistyczny. Tu nie ma mowy o żadnej symbolice, o łagodzeniu drastycznych scen. Pokazała krew chlustającą z ran, ciała rozrywane przez kule. Spytała o wartość zemsty. Czy niesie ona ulgę? Czy jest przedłużaniem spirali zła? Ale ile można wybaczyć? I do czego można się posunąć? Jednak jeszcze większe jest tu okrucieństwo psychiczne. Świat podzielony na kolonizujących i ujarzmianych, traktowanych jak niewolnicy, których życie nie ma żadnej wartości. Kent przyjrzała się podziałom społecznym głęboko zakodowanym w ludziach. Claire zbliży się do Billy’ego: łączy ich dużo – zły los, straty, jakie w życiu ponieśli, nikła pozycja społeczna, zagubienie. Ale przecież choć pokonają różne drobne bariery i staną się wobec siebie lojalni, nie przekroczą niewidzialnej granicy, która by sprawiła, że poczuliby się sobie bliscy. Pozostaną samotni.

— Kolonizacja Australii była bardzo brutalnym aktem. Miała w sobie arogancję podobną, jaką czuje się w dzisiejszym świecie. Nie umiem jednoznacznie zdiagnozować współczesnej przemocy, ale próbuję pytać czym jest człowieczeństwo — mówi Kent. 

„Nightingale” to znakomity film, z którego nie można się otrząsnąć. A koresponduje z nim inna opowieść o gwałcie, zatytułowana wręcz „Killing” - „Zabijanie”. Japończyk Shinya Tsukamoto też cofa się do początków wieku XIX, gdy spauperyzowani samurajowie utrzymywali się pomagając wieśniakom. Mokunoshin Tsuzuki jest w takiej właśnie sytuacji. Pracuje u gospodarza, a w wolnych chwilach uczy jego syna sztuki walki. Tak jest dopóki we wsi nie zjawia się stary samuraj, który zbiera drużynę mającą wziąć udział w wojnie domowej i chce zabrać nie tylko Tsuzuki, lecz również syna farmera. Jednocześnie do wioski przyjeżdżą banda wyjętych spod prawa roninów. 

Tsukamoto nie szczędzi widzom żadnego widoku – ciał rozrywanych szablami, krwi bluzgającej z podciętych gardeł. Drastycznych scen gwałtu dokonywanego na córce wieśniaka. Ale najważniejsza i jednocześnie najstraszliwsza jest w „Killing” refleksja, że świat nie pozwala, by człowiek przestał zabijać. Że nie uda mu się uciec przed gwałtem i przed zadawaniem gwałtu.

„Nightingale” i „Killing”, zrealizowane w dwóch różnych stronach świata, mają w sobie to samo przerażenie. Niestety, bardzo współczesne.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA