fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Rowery z Chin podbijają Europę. Idzie o miliony euro

Adobe Stock
W Chinach prawie na każdej ulicy można spotkać rower wyprodukowany w rodzimym kraju. Chińczycy chcą żeby chińskie rowery królowały też w Europie. Jak na razie idzie im bardzo dobrze w osiągnięciu tego celu - podaje Onet. Dowiadujemy się także, że zachodni biznes próbuje się przed tym bronić, bo inaczej zostanie połknięty przez Wielkiego Brata ze wschodu.

Onet przedstawia sylwetkę Wang Liyang, założyciela firmy rowerowej EU-Bike, który sprowadził chińskie rowery do Szwecji.

- Mieszkam w Szwecji od 14 lat. Najpierw zajmowałem się restauracjami, a potem nieruchomościami, ale kiedy zobaczyłem jak wiele jest na chińskich ulicach rowerów, to zdałem sobie sprawę z tego, że Szwecja też ich potrzebuje - tłumaczył Wang w szwedzkich i chińskich mediach historię swojego biznesu.

Dobrze jak w Szwecji

Jest mu o tyle łatwiej rozwijać swoje przedsięwzięcie, gdyż samorządy miejskie w Sztokholmie i Uppsali wspierają pomysł sprowadzania chińskich rowerów, ponieważ chcą ograniczyć ruch uliczny. Podobnie dzieje się zresztą w całej zachodniej i północnej Europie, a trend ten szybko rozwija się też w Europie Centralnej, w tym w Polsce.

Wang otrzymał fundusze na rozwój biznesu od swoich przyjaciół, choć całe przedsięwzięcie wydawało się początkowo dość ryzykowne. Najpierw sprowadził 10 kontenerów z 2500 rowerami z Chin.

I po pierwszym rozstawieniu 1000 rowerów w Uppsali jego firma stała się dość popularna w szwedzkich mediach, a sam Wang stał się lokalnym celebrytą.

Podsztokholmska Uppsala jest miastem uniwersyteckim, zamieszkujący je w dużej części studenci entuzjastycznie przyjęli nowy uliczny i powszechny środek transportu. Sztokholm był z kolei tzw. "zieloną stolicą Europy" w 2010 roku, bo Szwedzi mocno wspierają wszelkie działania proekologicze, w tym miejskie jazdy rowerem. W Szwecji biznes rozwijał się zatem łatwo, lekko i przyjemnie, tym bardziej, że samo przystąpienie do systemu UE-Bike jest tam bardzo proste.

Partner biznesowy Wanga, Xiao Yong, jak i sam Wang planują go teraz rozwijać, umiejscawiając EU-Bike w większej liczbie krajów europejskich, by z rowerów korzystało jak najwięcej osób, a "zielony styl życia" mógł dalej się szybko rozwijać. Ale nie będzie to łatwa sprawa. Bo poza Szwecją sprawa się komplikuje.

Cła antydumpingowe na chińskie rowery

Unia Europejska wszczęła w czerwcu br. dochodzenie w sprawie rozszerzenia ceł antydumpingowych na chińskie rowery, po tym jak europejscy producenci wyrazili obawę, że napływ produktów azjatyckich może zniszczyć ich przemysł.

Aż do zeszłego lata kwestia ulicznych rowerów w niemieckim Monachium była uporządkowana - dwa konkurencyjne systemy oferowały łącznie 2400 jednośladów, które można było wynająć w 100 lokalizacjach. Ale kiedy firma OBike zarzuciła miasto paroma tysiącami rowerów, mieszkańcy zaczęli narzekać na urządzenia zalegające w wejściach do metra i na miejscach parkingowych.

- Sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli - cytuje Bloomberg Floriana Paula, urzędnika miejskiego, który nadzoruje programy rowerowe. Jego zdaniem tysiące rowerów przytłoczyło mieszkańców miasta.

Uporządkowanym Niemcom sprawy wymknęły się spod kontroli, a to, co w wielkich i zatłoczonych chińskich miastach dało się tolerować i z tym żyć w Niemczech zaczęło być irytujące.

Problem narasta, bo firmy takie jak OBike z siedzibą w Singapurze oraz China Ofo i Mobike są coraz aktywniejsze w miastach Europy, a nawet USA, głównie dzięki prostej usłudze opartej na aplikacji, która pozwala klientom znaleźć najbliższy rower i pozostawić go w dowolnym miejscu po zakończeniu jazdy. Kontrastuje to oczywiście ze starszymi programami, takimi jak Citibike w Nowym Jorku czy paryskim Vélib, które wymagają od użytkowników odbioru i zwrotu rowerów w stacjach dokujących. Dla klientów oczywiście praktyczniejszy jest model chiński.

Do tej pory amerykańskie i europejskie wypożyczalnie były nadzorowane przez samorządy lokalne. Podobnie dzieje się obecnie w Polsce. W Warszawie np. praktycznym monopolistą jest firma Veturilo choć nieśmiałe próby zmiany tego schematu podjęła prywatna spółka Polki i Chińczyka. Na razie są jednak praktycznie niewidoczni na warszawskich ulicach.

Dwie strony medalu

Wielkie chińskie projekty tego typu mają solidne finansowanie. Ofo i Mobike pozyskały łącznie 2,3 miliarda dolarów od sponsorów, takich jak chińscy internetowi giganci Alibaba Group Holding i Tencent Holdings. Finansują oni głównie systemy stacji dokujących. A to pozwala Chińczykom na światową ekspansję rowerową.

Ofo ma np. rowery w siedmiu miastach w USA i trzech w Wielkiej Brytanii, ale planuje rozszerzyć swoją działalność w innych miastach Europy. GoBee działa we Francji i we Włoszech i podaje, że rozmawia z 20 innymi miastami europejskimi. Polska jest wciąż jeszcze poza tym projektem. Podobnie jak w wielu innych przypadkach, Chińczycy jakby nie dostrzegali Europy wschodniej i centralnej.

Może to i dobrze. W samych Chinach duże i małe miasta zmagają się obecnie z nadwyżką porzuconych rowerów. Media pokazują miasto Wuhan, z populacją niewiele większą od Nowego Jorku i Paryża - ma ono obecnie ok. 700 tys. wynajmowanych ulicznych rowerów, w porównaniu do np. 10 tys. Citibike i 24 tys. oferowanych przez Vélib w Paryżu.

Wielkie chińskie metropolie jak Pekin czy Szanghaj już zabraniają rowerowym operatorom dodawania kolejnych pojazdów do ulicznej floty. Swego czasu w Hangzhou trudno było przecisnąć się do metra, bo żółte porzucone rowery Ofo blokowały wieczorem dostęp do wejścia. Nie inaczej było w Shenzhen czy Chengdu.

Tego obawiają się miasta europejskie i amerykańskie, choć wydaje się, że w porównaniu do skali chińskich metropolii wciąż tego problemu nie mają.

Niemniej europejscy producenci rowerów zaczynają obawiać się o swój biznes. Nie bez powodu. I wnoszą antydumpingowe procesy, bo w zderzeniu z producentami z Azji są praktycznie bez szans. Dlatego złożyli niedawno skargę do Komisji Europejskiej, przeciwstawiając się taniemu chińskiemu importowi rowerów, uzasadniając, że są one sprzedawane po zbyt niskich cenach, dzięki różnego rodzaju subwencjom.

Ostanie dane pokazują, że eksport chińskich rowerów do Unii Europejskiej wzrósł o 15 procent w ubiegłym roku i sięgnął 1,66 miliona sztuk, podczas gdy sprzedaż rowerów w UE spadła o 6 procent. Spadek dotyczył oczywiście producentów europejskich. I dlatego próbują oni walczyć o swoje. Gra toczy się o miliony euro i być albo nie być na europejskim i światowym rynku. Nie pierwszy raz okazuje się, że stara Europa nie ma większych szans w zderzeniu chińskim walcem. Przykład rowerowy jest tylko jednym z wielu.

Źródło: onet.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA