Reklama

Płk Maciej Zaborowski z NATO: Wojna z Rosją już się toczy, ale musimy patrzeć znacznie szerzej

Amerykanie powinni się skupić na obronie ostatniego bastionu – Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, gdzie dominacja Pekinu zaczyna być coraz bardziej widoczna, ale gdzie wciąż jeszcze Waszyngton mógłby powstrzymać macki chińskiej ośmiornicy – mówi pułkownik Maciej Zaborowski, polski oficer pełniący służbę w strukturach wojskowych NATO.

Publikacja: 28.01.2026 04:30

Flagi przed Kwaterą Główną NATO w Brukseli

Flagi przed Kwaterą Główną NATO w Brukseli

Foto: Adobe Stock

Od redakcji: Czy współczesne zagrożenia zawsze mają postać widocznych działań militarnych? Pułkownik Maciej Zaborowski, polski oficer pełniący służbę w strukturach wojskowych NATO wyjaśnia, dlaczego realny konflikt już trwa – pod progiem otwartej wojny – i jakie skutki może mieć hybrydowa rywalizacja wielkich mocarstw dla Polski i Europy oraz jak powinniśmy rozumieć globalne ambicje Rosji, Chin i Niemiec.  

Reklama
Reklama

Panie pułkowniku...

...zanim zaczniemy, chciałbym zastrzec, że prowadzimy tę rozmowę w ubiorze cywilnym, niejako poza służbą, proszę więc o potraktowanie jej jako rozmowy eksperckiej. Proszę w żaden sposób nie łączyć moich słów ze stanowiskiem Sił Zbrojnych RP czy stanowiskiem NATO. 

Myślę, że nasi czytelnicy będą mieli to zastrzeżenie na uwadze. Od dłuższego czasu mówi się o perspektywie wojny z Chinami i Rosją już w 2027 r. Czy rzeczywiście to zagrożenie jest aż tak realne?

Ta wojna już się toczy. Przez ostatnie dwie dekady Chińczycy, a za nimi Rosjanie znaleźli sposoby prowadzenia wojny poniżej progu konwencjonalnego – działania nieregularne, hybrydowe, które pozwalają im realizować swoje cele, nie drażniąc przy tym świata zachodniego na tyle, by zmotywować zachodnie społeczeństwa do domagania się od swoich rządów twardej reakcji.

Czytaj więcej

Łukasz Fyderek: Na pewnym etapie trzeba zadać pytanie, co zrobić, żeby nas się bano

NATO jako sojusz wojskowo-polityczny zostało stworzone, aby radzić sobie przede wszystkim z konwencjonalnymi zagrożeniami. Odkładając na chwilę kwestie nuklearne, „uzbrajacie się, pokazujecie siłę, odstraszacie” – to klasyczny model działania świata zachodniego. Jednak nasi przeciwnicy działają tak, aby nie wchodzić w obszar konwencjonalnej reakcji, pozbawiając tym samym sojusz świata zachodniego najważniejszych argumentów, które miał dotychczas do dyspozycji.

Reklama
Reklama

Ale bardziej interesuje nas ten konwencjonalny wymiar – czołgi, pociski lecące do Warszawy. Czy taki scenariusz jest realny?

Zawsze mówię mojej rodzinie i przyjaciołom: dopóki państwa bałtyckie są tym, czym są, dopóki nie ma tam rosyjskich czołgów i okupacji, dopóki Naddniestrze pozostaje w obecnym statusie, dopóki utrzymuje się jakieś status quo na Bałkanach i dopóki Federacja Rosyjska nie ma bezpośredniej kontroli nad Azją Środkową i bezpośredniego dostępu do tamtych olbrzymich zasobów ludzkich – śpię w miarę spokojnie i nie spodziewam się czołgów przekraczających nasze granice następnego dnia.

To nie bezradność naszych sił zbrojnych czy NATO, ale strach lub obawa przed podjęciem właściwych decyzji politycznych jest naszym problemem

Płk Maciej Zaborowski

Nawet ktoś taki jak Putin czy najbardziej irracjonalnie myślący generał Putina doskonale rozumieją, że nie mogą wejść na terytorium Polski bez zabezpieczonych flanek. Gdy patrzymy na rosyjskie działania w ostatnich latach, widzimy, że pomimo wszystkich błędów, planistycznie Rosjanie są przygotowani. To nie są głupcy robiący różne dziwne czy irracjonalne rzeczy – chcielibyśmy w to wierzyć, ale tak nie jest.

Ukraina pokazała jednak, że rosyjskie planowanie ma swoje słabe punkty.

To, jak przebiegały pierwsze etapy pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, to dla mnie przede wszystkim przykład tego, że Rosjanie początkowo ponosili porażki, bo nie działali zgodnie ze swoją własną doktryną i zasadami, których uczą w swoich akademiach wojskowych. Ten obecnie trwający akt konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, szczególnie w 2022 r., był przykładem właśnie takiego odstępstwa od własnych reguł, dlatego ponieśli początkowo tak wielkie straty. Dla mnie ta wojna trwa od 2014 r., a nawet wcześniej. To, co widzimy od 2022 r., to pełnoskalowy, konwencjonalny akt wojny, której preludium rozpoczęło się znacznie wcześniej. Jednak musimy zdawać sobie sprawę z tego, że z biegiem czasu Rosjanie próbują naprawiać swoje błędy i obecnie Ukrainie nie jest już tak łatwo blokować czy hamować rosyjskie działania, jak bywało wcześniej.

Zachód budzi się i inwestuje w obronność, ale pan krytykuje brak zdecydowanych reakcji na rosyjskie prowokacje.

Mieliśmy wielokrotnie przypadki, w których Rosjanie przeprowadzali akty agresji wobec państw członkowskich NATO. I co w związku z tym? Czy potrafiliśmy w adekwatny sposób zareagować? Nie mamy jeszcze wystarczająco rozwiniętych i skutecznych mechanizmów decyzyjnych, pozwalających nam w adekwatny sposób reagować na te działania naszych adwersarzy, które dzieją się poniżej progu. Nie brakuje nam analityków, którzy faktycznie opisaliby sytuację, ale brakuje mechanizmów podejmowania decyzji w adekwatnym czasie.

Czytaj więcej

Marek Kutarba: Zajęcie połowy Opolszczyzny zajęłoby Rosjanom rok
Reklama
Reklama

Przykładem mogłaby być Turcja, która zestrzeliła rosyjski samolot. I Amerykanie – kilka lat temu podczas incydentów z udziałem Grupy Wagnera. To nie bezradność naszych sił zbrojnych czy NATO, ale strach lub obawa przed podjęciem właściwych decyzji politycznych jest naszym problemem. Część tego strachu to wciąż echo lęku przed nuklearnym holokaustem, szczególnie silnego w mniejszych krajach Europy Zachodniej. I nie chodzi mi bynajmniej o zachęcanie do wojny, jestem wręcz po zupełnie przeciwnej stronie i na co dzień myślę, jak wojny uniknąć. Ale dopóki Rosja nie spotka się ze zdecydowaną silną odpowiedzią, dopóty będzie działać, jak działa, a najprawdopodobniej nawet eskalować dalej. 

Przejdźmy do kwestii krajów bałtyckich. Czy naprawdę są one tak trudne do obrony, jak się twierdzi?

Sytuacja systematycznie się zmienia. Przyłączenie Szwecji i Finlandii do NATO to prawdziwy gamechanger. To nie są może wielkie siły, jeśli patrzeć na liczebność wojsk, ale nie ma wielkiego znaczenia, ile masz wojsk operacyjnych w chwili rozpoczęcia wojny z Rosją, lecz jak długo jesteś w stanie prowadzić walki i jaki jest twój potencjał wojenny. Tutaj Finlandia jest liderem. Finowie wielokrotnie pokazali zarówno białym, jak i czerwonym Rosjanom, że nie ma z nimi miękkiej gry. Szwecja może nie ma wybitnych sił zbrojnych, ale ma możliwość skutecznego wspierania wojny w kierunku wschód-zachód, utrzymania pełnej kontroli nad Morzem Bałtyckim i tras przepływu sił i środków przez to morze.

A co z samym Królewcem? To zagrożenie dla Polski czy może raczej problem dla Rosjan?

Zachęcam do patrzenia na Królewiec jako na problem dla Rosjan, a nie tylko dla nas. Nie bez powodu w ostatnich latach Rosjanie wyprowadzili stamtąd zdecydowaną większość zdolności ofensywnych. Doskonale wiedzą, że nawet gdyby mieli do nas strzelać z obwodu królewieckiego, byłby to jeden czy półtora strzału i zaraz po tym zostaliby tam zniszczeni. Mit tego niedostępnego bastionu też trochę pękł. W momencie, gdy NATO uwolni się od paradygmatu niedrażnienia Rosji i nieprowokowania, może wówczas byłoby nam łatwiej odstraszać Moskwę. Może sekretarz generalny powinien powiedzieć Putinowi: „Jeśli zdecyduje się pan na agresję wobec NATO, proszę rozważyć, że jeśli to nam się uda wygrać, pan może stracić Królewiec”.

Jak wygląda geografia obrony państw bałtyckich? Czy rzeczywiście brak głębi operacyjnej to największy problem?

To prawda, że z perspektywy wojskowej obrona terenu tych państw nie jest łatwa. Ale działa to również i w drugą stronę, czyli prowadzenie większych operacji ofensywnych jest tam stosunkowo utrudnione i łatwe do blokowania. Nawet z perspektywy historycznej można łatwo zauważyć, że te dylematy dotyczą każdej ze stron walczących o te terytoria. 

Czy Morze Bałtyckie to wciąż „rosyjskie jezioro”?

Jeśli chodzi o rosyjską marynarkę wojenną czy flotę bałtycką, mam odwagę powiedzieć, że Rosja nigdy nie miała uzasadnionych ambicji, żeby być mocarstwem morskim. Jakakolwiek inwestycja Rosji w flotę – od Piotra I począwszy – nie miała takich realnych ambicji, a tym bardziej szans na ich spełnienie. Mieli pewne małe sukcesy na Morzu Czarnym podczas czasów Katarzyny czy wojen krymskich, ale generalnie historycznie działania morskie Rosji miały przede wszystkim charakter obronny albo walki o status quo, nie ekspansji morskiej. Nie obawiam się floty bałtyckiej tak bardzo, jak robi to wielu innych analityków. Rosjanie doskonale wiedzą, że jak tylko coś wyjdzie z Bałtijska czy Petersburga, szczególnie jakaś jednostka nawodna, po prostu bardzo szybko zatonie.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Gen. Jarosław Gromadziński: Przenieśmy działania wojenne na teren Rosji

Rzeczywistym zagrożeniem dla nas jest tzw. flota cieni – będzie działać zanim zdecydujemy się traktować sytuację jako wojnę. Rosjanie wykorzystają element zaskoczenia dzięki tej flocie, stawiając nas przed faktem, otwierając sobie wiele możliwości i zyskując przewagę. Niestety, nie mamy zbyt wielu portów na południowo-wschodnim wybrzeżu Morza Bałtyckiego. To przede wszystkim stosunkowo małe obiekty, których możliwości, aby przyjąć to, co musimy zapewnić, żeby prowadzić taką wojnę, są ograniczone. Finlandia i Szwecja ponownie odgrywają tutaj kluczową rolę – dzięki temu, że mamy teraz tych dwóch sojuszników po naszej stronie, zdolności i możliwości NATO do kontroli Bałtyku bardzo istotnie wzrastają.

Czy powinniśmy się obawiać rosnącej siły militarnej Niemiec?

Jestem zwolennikiem teorii, że to dobrze, iż Europa Zachodnia się zbroi, bo jeśli ktoś ma przyjść nam szybko z pomocą, to nasi zachodni sojusznicy są tutaj kluczowi. Oczywiście, w historii relacji między Polską a Niemcami trudno znaleźć stulecie bez wojen, a żadna ze znaczących wojen z Niemcami nie była przez nas rozpoczynana. Były momenty, gdy układaliśmy te relacje, ale za każdym razem, gdy Niemcy rosły w siłę i się jednoczyły, był to dla nas powód do obaw. Czy powinniśmy się martwić tym razem? Pewna grupa alarmistów ma pewne zrozumiałe z historycznej perspektywy powody do niepokoju. Ale ja do tej grupy nie należę. 

Rosjanie, dla przykładu, zawsze mieli problemy w walkach miejskich, więc najłatwiejszym sposobem na wygranie walki w terenie zurbanizowanym jest dla nich pozbycie się tego terenu – sprowadzenie miasta do poziomu ziemi, dosłownie wyrównanie go z ziemią

Płk Maciej Zaborowski

Miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z niemieckimi oficerami o traumie głęboko zakorzenionej w niemieckim narodzie, szczególnie w młodszych pokoleniach, dotyczącej odpowiedzialności za wojny XX w. Wielu młodych Niemców żyło w dylemacie, dlaczego powinni być dumni ze swojego narodu, skoro – jak im mówiono – są narodem barbarzyńców, morderców odpowiedzialnych za dwie największe wojny w historii świata. Jest to problem, z którym ten wielki naród będzie musiał się dalej mierzyć. Jednak z mojej perspektywy, skoro już zdecydowaliśmy się być członkami tego samego sojuszu polityczno-wojskowego i jednego układu polityczno-gospodarczego, czyli Unii Europejskiej, to powinniśmy również odrobić zadanie jako Polacy i myśleć oraz działać tak, aby przyszłość stosunków między naszymi krajami była po prostu inna niż historia. Jesteśmy sojusznikami i partnerami, więc w naszym najlepszym interesie jest, aby to trwało, niezależnie od tego, jakie traumy towarzyszą naszym relacjom.

Reklama
Reklama

Ta trauma słabnie?

Ta trauma męczy, ale wydaje mi się, że prawdopodobnie jest już trochę słabsza. Niedawno spotkałem kilku młodych Niemców z regionu Drezna. To poczucie winy za wydarzenia historyczne nie jest już w nich aż tak dominujące i są znacznie bardziej otwarci na szczery dialog. Co mnie jednak nieco niepokoi, to fakt, że zbyt często Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy miewają tendencje do patrzenia na nas z góry. Po prostu mają to w swojej kulturze i tradycji, trudno im to przezwyciężyć. Czasami stawiam sobie zadanie, żeby argumentami, faktami móc ich wyprowadzić z tego poczucia wyższości. Ale to temat na zupełnie inną dyskusję. 

W jakim kontekście widzi pan niemiecko-rosyjskie relacje?

Pamiętam amerykańską analizę sprzed lat, która pokazała, że największym zagrożeniem dla amerykańskich interesów w Europie jest połączenie niemieckiego know-how z rosyjskimi zasobami. Takie połączenie miało już miejsce w historii i za każdym razem, gdy do niego dochodziło, następował niewiarygodny wzrost potencjału, a zaraz potem napięcia, które prowadziły bardzo szybko do wojny. Niemcy prawdopodobnie chciałyby wrócić do „business as usual” z Rosją. Ponadto, czuć nad Renem, że trzeba robić wszystko, żeby odbudować swój potencjał, bo Niemcy go w ostatnim czasie straciły. Pamiętam, jakie były np. konsekwencje tego, kiedy sprzedawali swoje najważniejsze firmy – np. niemieckie zakłady KUKA, wiodącego lidera w Europie w dziedzinie robotyki.

To nie jedyny przypadek takiej sprzedaży strategicznych aktywów.

Oczywiście. Śledziłem wyprzedawanie niemieckich stoczni, które były kluczowe np. dla budowy okrętów podwodnych. Niemcy są pragmatykami i pomimo, że do niedawna celowo wycofali się z niektórych branż, teraz chcą odzyskać utracone pozycje. Nasz przemysł, z drugiej strony, bywał w ostatnich dekadach ofiarą tych przemian – żeby nie być konkurentem dla niemieckiego przemysłu, nasz potencjał przemysłowy w różnych branżach i dziedzinach był zbyt często uznawany za nieopłacalny. A przecież kilka lat wcześniej prawie połowa świata była skłonna kupować od nas statki.

Czy różnice mentalnościowe między Wschodem a Zachodem mają znaczenie strategiczne?

Zdecydowanie tak. Różnica między kulturą myślenia zachodniego i wschodniego jest fundamentalna. W kulturze rosyjskiej i chińskiej wchodzenie w sojusze to oznaka słabości. Musisz być wystarczająco silny, żeby mieć samodzielnie moc sprawczą. Jeśli potrzebujesz sojuszników, przyjaciół do osiągnięcia celu, oznacza to, że jesteś słaby. To właśnie często tłumaczę moim zachodnim kolegom – jeśli usiądziecie z Rosjanami przy stole i zaczniecie mówić o zaufaniu, dla nich to jest oznaka waszej słabości. Oni nie szanują takiego podejścia. Nie rozumieją tego w taki sposób, jak rozumiecie to wy. Rosjanie myślą kategoriami siły, strachu, poniżenia, respektu wymuszanego siłą, a nie partnerstwa opartego na zaufaniu. Ich doktryna jest brutalna, ale prosta. Rosjanie, dla przykładu, zawsze mieli problemy w walkach miejskich, więc najłatwiejszym sposobem na wygranie walki w terenie zurbanizowanym jest dla nich pozbycie się tego terenu – sprowadzenie miasta do poziomu ziemi, dosłownie wyrównanie go z ziemią. Potem możesz robić co chcesz.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Rosja nie złamie Ukrainy. W Kijowie zobaczyłem dlaczego

Obserwujemy to na Ukrainie – Irpień, Bucza, Mariupol...

Otóż to. Cały czas widzę brak zrozumienia na Zachodzie dla tego sposobu myślenia. Moje rozmowy z kolegami z krajów zachodnich prowadzą często do tego, że muszę ich uświadamiać – ich sposób myślenia po prostu nie działa w starciu z mentalnością rosyjską. Czasami chcą słuchać, nie wszyscy oczywiście, ale coraz więcej z nich się otwiera, szczególnie gdy oglądali zdjęcia zniszczonych ukraińskich miast. Pomimo że niektóre z tych rzeczy zostały zapomniane po poprzednich konfliktach, teraz to wraca i widzą to znowu. Jest jakieś odświeżenie pamięci, przynajmniej zadawanie sobie pytania – „dlaczego Rosjanie działają w ten sposób?”.

Wspomina pan o Chinach. Jaka jest skala chińskich ambicji?

Xi Jinping w 2013 r. w Astanie rzucił rękawicę Amerykanom, mówiąc, że do 2049 r. – setnej rocznicy wielkiej rewolucji chińskiej – obalą świat rządzony przez USA i zastąpią go nowym porządkiem pod chińskim przywództwem. Systematycznie realizują ten plan zwany „wielkim odrodzeniem narodu chińskiego”. Chińczycy mają do tego podstawy historyczne. Przez ostatnie dwa tysiące lat – przez większość tego czasu – były głównym dostawcą globalnego PKB. Te ostatnie 200-300 lat dominacji Europejczyków (Amerykanie w takim myśleniu to nadal swoista kontynuacja świata europejskiego) to w oczach Chińczyków anomalia – okres kolonialny. To np. czas, gdy Anglosasi zdołali znarkotyzować i upokorzyć chiński naród. Teraz Chińczycy „pięknie” spłacają Anglosasom dług fentanylem i wieloma innymi działaniami, wyniszczającymi społeczeństwa zachodnie od wewnątrz.

To jak wygląda ten chiński plan globalny?

Nazywam to swego rodzaju ośmiornicą, która oplata Ziemię dookoła. W tym planie mapa świata to reprezentacja interesów chińskich, z dwoma białymi plamkami – USA i Indie. Wszystko inne ma być pod chińskim wpływem. W tym kontekście ośmielam się krytykować pomysły zwrotu USA ku Azji i Pacyfikowi przy jednoczesnym opuszczaniu czy osłabianiu obecności i wpływów amerykańskich w innych miejscach świata – jeśli USA skupią się tylko tam i zostawią Europę, to przegrają. Skupienie punktowe na Azji i Pacyfiku może odciąć tylko jedną mackę tej ośmiornicy, która jednak bez problemu poradzi sobie, dysponując pozostałymi mackami oplecionymi wokół naszego globu. Paradoksalnie, kluczowe dla chińskiego planu jest to, że te macki zaczynają się zbiegać gdzieś między Grecją a Polską, a ich punktem docelowym jest Europa Zachodnia. USA już utraciły możliwość poradzenia sobie z tymi mackami przy ich podstawie i tam, gdzie są najsilniejsze (Azja). I aby skutecznie powstrzymać chińskie plany światowej dominacji i obalenia prymatu amerykańskiego, Waszyngton musi wykorzystać pozostałe szanse na nie dopuszczenie, aby macki osiągnęły swoje miejsca docelowe, aby chiński plan dominacji się domknął. 

Czy Amerykanie rozumieją tę chińską strategię?

Chińczykom udało się dotychczas osiągnąć bez jednego strzału więcej niż Japończykom w szczytowym momencie ich sukcesów na Pacyfiku w II wojnie światowej. Chińczycy już zaczęli wygrywać na Pacyfiku. Dlatego Amerykanie dzisiaj powinni skupić się na obronie ostatniego bastionu – Europy Środkowej, Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej, gdzie chińska dominacja jeszcze nie osiągnęła celu.

Reklama
Reklama

Pracowałem kiedyś nad analizami do opracowań amerykańskiego zespołu think tanków w 2009 r. Wysłali wówczas szanowanego analityka w podróż od Morza Czarnego do Bałtyckiego – miał przygotować analizę głównych zagrożeń dla amerykańskich interesów w Europie.

Co pokazała ta analiza?

Spędził on prawie rok, podróżując nie tylko od Morza Czarnego do Bałtyckiego, ale też do Skandynawii. Nie spotykał się jedynie z władzami czy wielkimi firmami, ale głównie z ludźmi – zwykłymi obywatelami. Podstawą jego wniosków było to, że największym zagrożeniem dla amerykańskich interesów jest wspomniane wcześniej połączenie niemieckiego know-how z rosyjskimi zasobami. Historyczne przykłady jasno pokazały, że za każdym razem, gdy takie połączenie zaistniało, następował niewiarygodny wzrost potencjału prowadzący bardzo szybko do wojny.

Teoretycznie Ameryka podczas I wojny światowej robiła świetne interesy, sprzedając amunicję, broń i inne produkty do walczącej Europy i utrwalając swoją pozycję jako potęgi światowej, tzw. Great Power. Dzięki temu rosła w siłę gospodarczo, ekonomicznie. Ale w szerszej perspektywie konsekwencje takiej wojny i zniszczenia w Europie jednak się nie opłacają Amerykanom – zniszczenie Starego Kontynentu byłoby szokiem dla globalnego porządku o niemożliwych do przewidzenia konsekwencjach. To jednak historia, a obecnie nie tylko stare zależności i prawa rządzące Europą, ale nowe zagrożenia, np. wynikające z układu rosyjsko-chińskiego czy chińskich ambicji, powinny wpływać na amerykańskie plany i działania wobec Europy. 

Jak ocenia pan amerykańską strategię wobec wielowektorowych zagrożeń?

Żyjemy w globalnym świecie, więc staram się patrzeć bardziej globalnie. Gdyby nie było tego rosyjsko-chińskiego oportunistycznego małżeństwa z rozsądku, odbierałbym zagrożenie ze strony samej Rosji jako znacznie mniejsze. Rosjanie, planując swoje działania wobec Zachodu, musieli zdać sobie sprawę, że największym problemem dla świata zachodniego byłyby zagrożenia wielowektorowe. Wracając do pana wcześniejszych pytań o to, czy powinniśmy się bać w perspektywie trzech, pięciu, dziesięciu lat – nie podam dat, nie będę patrzeć na kalendarz. Patrzę na sytuację i warunki. Co się dzieje z Tajwanem? Co na granicy indyjsko-chińskiej? Co na Bliskim Wschodzie? Co wokół Serbii? Co w Mołdawii, Naddniestrzu? Takich miejsc, będących swoistymi wskaźnikami albo znakami ostrzegawczymi, jest wiele. To nie „kiedy”, ale „co się dzieje i gdzie” jest dla mnie najważniejszym wyznacznikiem. Dopóki widzę, że te miejsca są tym, czym są i nie zmieniają właściciela albo statusu, będę spać względnie spokojnie. Dla mnie jest nierozłączne to, co dzieje się między Rosją a Chinami i w tym rosyjsko-chińskim układzie, oraz jakie są wyzwania, które stają przed światem zachodnim.

Czytaj więcej

Ppłk Maciej Korowaj: Rosyjska rakieta Oresznik nie jest niewidzialna. Jak ją wykryć?

A jak traktować ten chińsko-rosyjski sojusz?

Widzę taki paradoks – zarówno Rosja, jak i Chiny w swojej kulturze, w swojej tradycji, nie pozwalają sobie na prawdziwe sojusze. Wchodzenie w sojusz to znak słabości. Zarówno w kulturze rosyjskiej, jak i chińskiej musisz być wystarczająco silny, żeby móc skutecznie realizować swoje cele. Dlatego to, co my uważamy za największe wartości czy podstawę siły, czyli na przykład sojusz, w rozumieniu naszych adwersarzy ma zasadniczo inne znaczenie. 

Jak będą wyglądały przyszłe konflikty? Czy to będzie wojna dronów?

Jestem racjonalnym sceptykiem w kwestii dronów i jestem daleki od demonizowania tego środka walki. Po pierwszych sukcesach na Ukrainie, gdy drony działały bardziej bezkarnie, bo żadna strona nie zorganizowała solidnej obrony powietrznej, sytuacja się zmieniła. Trzeba też pamiętać, że w stanie wojny nasze państwo czy NATO dysponowałoby skuteczniejszymi procedurami i narzędziami, które nie funkcjonują w pełni w czasie pokoju. Na razie nadal skupiałbym wysiłki na opracowaniu rozwiązań skutecznie neutralizujących działania dronów, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem doświadczeń z wojny na Ukrainie. 

A kwestia kosztów nowoczesnego uzbrojenia? To może być ograniczający czynnik?

Na szczęście dla nas coraz więcej generałów i przedstawicieli przemysłu ostrzega, że nasze sposoby na zwalczanie dronów są za drogie. A wojna z Rosją nie byłaby pięciodniowa czy tygodniowa, ale najprawdopodobniej trwałaby miesiące, może lata. Jak długo możemy utrzymać poziom użycia pocisków, które kosztują miliony, żeby strzelać do rosyjskich dronów? Powinniśmy być świadomi, że wojna na Ukrainie jest nie tylko bacznie obserwowana przez nas i że tzw. lessons identified & lessons learned z tego konfliktu są bardzo intensywnie gromadzone również przez drugą stronę. Kto wie, jak dalece np. Chińczycy przeanalizowali nasze zdolności. Bardzo polecam książkę „Unrestricted Warfare”, napisaną przez dwóch chińskich pułkowników w połowie lat 90. Opisują w niej, jak wygrać wojnę z Zachodem i z USA.

Jakie możemy wyciągać wnioski z historycznych przykładów?

Gdy Japończycy zaatakowali USA w czasie II wojny światowej, na początku Amerykanie przegrywali, nawet mając przewagę w ilości czy jakości sprzętu. Ale to się zmieniło, gdy zmienili sposób myślenia i dostosowali go do przeciwnika. W tym miejscu można polecić inną książkę – „Starship Troopers”, która w sposób znacznie bliższy myśleniu świata zachodniego pokazuje, jak ważne jest dobranie właściwego sposobu myślenia i działania, aby pokonać nawet najbardziej niespotykanego przeciwnika

Tak wyglądała sytuacja na froncie w 1432 dniu wojny

Tak wyglądała sytuacja na froncie w 1432 dniu wojny

Foto: PAP

Podobnie było z niemieckimi czołgami w czasie II wojny. Gdy pierwsza kopia Tygrysa została przejęta w Afryce Północnej i przetransportowana do USA na testy, Amerykanie mieli dylemat – było jasne, że nie mieli pojazdów zdolnych do w miarę równej walki z tym czołgiem. Opracowali więc taktykę, w myśl której potrzeba było co najmniej pięć Shermanów na jednego Tygrysa – dwa robiły za „wabik” od przodu, a pozostałe trzy szły objechać Tygrysa z tyłu. I zdecydowali się kontynuować produkcję Shermana. To wielki paradoks – przez lata mówiono nam, że jakość wygrywa, a nie ilość. Ale wiele przykładów z II wojny i nie tylko pokazało, że niestety, ale bardzo często ilość dominuje i decyduje.

Na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę w najbliższych latach?

Jeśli chcemy poważnie myśleć o powodach do strachu w Polsce, powinniśmy patrzeć znacznie szerzej niż tylko na Moskwę i wschodnią granicę. W dzisiejszych warunkach jest to znacznie bardziej złożone. Kluczowa w moich oczach jest współpraca rosyjsko-chińska przeciwko światu zachodniemu.

Jaka jest rola Polski w tym globalnym układzie sił?

Międzymorze – obszar między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Śródziemnym – jest dla mnie kluczowy dla utrzymania amerykańskiego wpływu w Europie. Rejon ten zyskał też nowy wymiar wobec wielkiego chińskiego planu. Amerykanie powinni się skupić na obronie tego ostatniego bastionu – Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, gdzie chińska dominacja zaczyna być coraz bardziej widoczna, ale gdzie wciąż jeszcze Waszyngton mógłby powstrzymać macki ośmiornicy przed osiągnięciem celu.

Czytaj więcej

Marek Kozubal: Wiadro z folią nie zastąpi schronu, czyli rzecz o „Poradniku bezpieczeństwa”

Co powinno być zatem naszym priorytetem w najbliższych latach?

Kluczowa jest świadomość, że działamy w świecie wielowektorowych zagrożeń. Nie ma już pojedynczych przeciwników – jest rosyjsko-chiński system przeciwstawny światu zachodniemu. I my jako Polska jesteśmy w samym centrum tego starcia. Dlatego tak ważne jest nasze strategiczne partnerstwo z Ameryką, jeśli nadal chcemy być częścią świata opartego na kulturze zachodniej, ale też budowanie silnych więzi z sąsiadami – szczególnie z krajami Międzymorza. To jest nasza przestrzeń geopolityczna, nasza szansa na odgrywanie istotnej roli w kształtowaniu przyszłości nie tylko własnej, ale i Europy.

Czy jest pan optymistą, czy pesymistą co do przyszłości naszego bezpieczeństwa?

Jestem realistą. Widzę zagrożenia, ale widzę też szanse. NATO się budzi, kraje inwestują w obronność, świadomość zagrożeń rośnie. Kluczowe jest to, żebyśmy nie popełniali błędów z przeszłości – żebyśmy nie dawali się zaskoczyć, żebyśmy reagowali zdecydowanie, a nie tylko analizowali.

Wojna już się toczy – w cyberprzestrzeni, w sferze informacyjnej, ekonomicznej. Kto zrozumie zagrożenia i możliwości pierwszy i zareaguje adekwatnie, ten będzie miał przewagę. A my jako Polska mamy doświadczenie historyczne, które pozwala nam rozumieć naturę tych zagrożeń lepiej niż potrafi to wielu naszych zachodnich partnerów.

Płk Maciej Zaborowski

Płk Maciej Zaborowski

Foto: mat. prywatne

Rozmówca

Płk Maciej Zaborowski

Polski oficer pełniący służbę w strukturach wojskowych NATO

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Polityka
Ukraina nadal nie udostępnia Polsce danych sabotażystów. Dlaczego nowa umowa nie działa?
Polityka
Wybory w Polsce 2050. Szymon Hołownia: ta kampania strasznie nas podzieliła
Polityka
Polska ma za dużo gmin? Prof. Hausner ostrzega: Nie stać nas na to
Polityka
Dlaczego zawieszono szefa SOP? Ustalenia „Rzeczpospolitej”
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama