Pracowałem kiedyś nad analizami do opracowań amerykańskiego zespołu think tanków w 2009 r. Wysłali wówczas szanowanego analityka w podróż od Morza Czarnego do Bałtyckiego – miał przygotować analizę głównych zagrożeń dla amerykańskich interesów w Europie.
Co pokazała ta analiza?
Spędził on prawie rok, podróżując nie tylko od Morza Czarnego do Bałtyckiego, ale też do Skandynawii. Nie spotykał się jedynie z władzami czy wielkimi firmami, ale głównie z ludźmi – zwykłymi obywatelami. Podstawą jego wniosków było to, że największym zagrożeniem dla amerykańskich interesów jest wspomniane wcześniej połączenie niemieckiego know-how z rosyjskimi zasobami. Historyczne przykłady jasno pokazały, że za każdym razem, gdy takie połączenie zaistniało, następował niewiarygodny wzrost potencjału prowadzący bardzo szybko do wojny.
Teoretycznie Ameryka podczas I wojny światowej robiła świetne interesy, sprzedając amunicję, broń i inne produkty do walczącej Europy i utrwalając swoją pozycję jako potęgi światowej, tzw. Great Power. Dzięki temu rosła w siłę gospodarczo, ekonomicznie. Ale w szerszej perspektywie konsekwencje takiej wojny i zniszczenia w Europie jednak się nie opłacają Amerykanom – zniszczenie Starego Kontynentu byłoby szokiem dla globalnego porządku o niemożliwych do przewidzenia konsekwencjach. To jednak historia, a obecnie nie tylko stare zależności i prawa rządzące Europą, ale nowe zagrożenia, np. wynikające z układu rosyjsko-chińskiego czy chińskich ambicji, powinny wpływać na amerykańskie plany i działania wobec Europy.
Jak ocenia pan amerykańską strategię wobec wielowektorowych zagrożeń?
Żyjemy w globalnym świecie, więc staram się patrzeć bardziej globalnie. Gdyby nie było tego rosyjsko-chińskiego oportunistycznego małżeństwa z rozsądku, odbierałbym zagrożenie ze strony samej Rosji jako znacznie mniejsze. Rosjanie, planując swoje działania wobec Zachodu, musieli zdać sobie sprawę, że największym problemem dla świata zachodniego byłyby zagrożenia wielowektorowe. Wracając do pana wcześniejszych pytań o to, czy powinniśmy się bać w perspektywie trzech, pięciu, dziesięciu lat – nie podam dat, nie będę patrzeć na kalendarz. Patrzę na sytuację i warunki. Co się dzieje z Tajwanem? Co na granicy indyjsko-chińskiej? Co na Bliskim Wschodzie? Co wokół Serbii? Co w Mołdawii, Naddniestrzu? Takich miejsc, będących swoistymi wskaźnikami albo znakami ostrzegawczymi, jest wiele. To nie „kiedy”, ale „co się dzieje i gdzie” jest dla mnie najważniejszym wyznacznikiem. Dopóki widzę, że te miejsca są tym, czym są i nie zmieniają właściciela albo statusu, będę spać względnie spokojnie. Dla mnie jest nierozłączne to, co dzieje się między Rosją a Chinami i w tym rosyjsko-chińskim układzie, oraz jakie są wyzwania, które stają przed światem zachodnim.
A jak traktować ten chińsko-rosyjski sojusz?
Widzę taki paradoks – zarówno Rosja, jak i Chiny w swojej kulturze, w swojej tradycji, nie pozwalają sobie na prawdziwe sojusze. Wchodzenie w sojusz to znak słabości. Zarówno w kulturze rosyjskiej, jak i chińskiej musisz być wystarczająco silny, żeby móc skutecznie realizować swoje cele. Dlatego to, co my uważamy za największe wartości czy podstawę siły, czyli na przykład sojusz, w rozumieniu naszych adwersarzy ma zasadniczo inne znaczenie.
Jak będą wyglądały przyszłe konflikty? Czy to będzie wojna dronów?
Jestem racjonalnym sceptykiem w kwestii dronów i jestem daleki od demonizowania tego środka walki. Po pierwszych sukcesach na Ukrainie, gdy drony działały bardziej bezkarnie, bo żadna strona nie zorganizowała solidnej obrony powietrznej, sytuacja się zmieniła. Trzeba też pamiętać, że w stanie wojny nasze państwo czy NATO dysponowałoby skuteczniejszymi procedurami i narzędziami, które nie funkcjonują w pełni w czasie pokoju. Na razie nadal skupiałbym wysiłki na opracowaniu rozwiązań skutecznie neutralizujących działania dronów, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem doświadczeń z wojny na Ukrainie.
A kwestia kosztów nowoczesnego uzbrojenia? To może być ograniczający czynnik?
Na szczęście dla nas coraz więcej generałów i przedstawicieli przemysłu ostrzega, że nasze sposoby na zwalczanie dronów są za drogie. A wojna z Rosją nie byłaby pięciodniowa czy tygodniowa, ale najprawdopodobniej trwałaby miesiące, może lata. Jak długo możemy utrzymać poziom użycia pocisków, które kosztują miliony, żeby strzelać do rosyjskich dronów? Powinniśmy być świadomi, że wojna na Ukrainie jest nie tylko bacznie obserwowana przez nas i że tzw. lessons identified & lessons learned z tego konfliktu są bardzo intensywnie gromadzone również przez drugą stronę. Kto wie, jak dalece np. Chińczycy przeanalizowali nasze zdolności. Bardzo polecam książkę „Unrestricted Warfare”, napisaną przez dwóch chińskich pułkowników w połowie lat 90. Opisują w niej, jak wygrać wojnę z Zachodem i z USA.
Jakie możemy wyciągać wnioski z historycznych przykładów?
Gdy Japończycy zaatakowali USA w czasie II wojny światowej, na początku Amerykanie przegrywali, nawet mając przewagę w ilości czy jakości sprzętu. Ale to się zmieniło, gdy zmienili sposób myślenia i dostosowali go do przeciwnika. W tym miejscu można polecić inną książkę – „Starship Troopers”, która w sposób znacznie bliższy myśleniu świata zachodniego pokazuje, jak ważne jest dobranie właściwego sposobu myślenia i działania, aby pokonać nawet najbardziej niespotykanego przeciwnika.
Tak wyglądała sytuacja na froncie w 1432 dniu wojny
Foto: PAP
Podobnie było z niemieckimi czołgami w czasie II wojny. Gdy pierwsza kopia Tygrysa została przejęta w Afryce Północnej i przetransportowana do USA na testy, Amerykanie mieli dylemat – było jasne, że nie mieli pojazdów zdolnych do w miarę równej walki z tym czołgiem. Opracowali więc taktykę, w myśl której potrzeba było co najmniej pięć Shermanów na jednego Tygrysa – dwa robiły za „wabik” od przodu, a pozostałe trzy szły objechać Tygrysa z tyłu. I zdecydowali się kontynuować produkcję Shermana. To wielki paradoks – przez lata mówiono nam, że jakość wygrywa, a nie ilość. Ale wiele przykładów z II wojny i nie tylko pokazało, że niestety, ale bardzo często ilość dominuje i decyduje.
Na co powinniśmy zwrócić szczególną uwagę w najbliższych latach?
Jeśli chcemy poważnie myśleć o powodach do strachu w Polsce, powinniśmy patrzeć znacznie szerzej niż tylko na Moskwę i wschodnią granicę. W dzisiejszych warunkach jest to znacznie bardziej złożone. Kluczowa w moich oczach jest współpraca rosyjsko-chińska przeciwko światu zachodniemu.
Jaka jest rola Polski w tym globalnym układzie sił?
Międzymorze – obszar między Morzem Bałtyckim, Czarnym i Śródziemnym – jest dla mnie kluczowy dla utrzymania amerykańskiego wpływu w Europie. Rejon ten zyskał też nowy wymiar wobec wielkiego chińskiego planu. Amerykanie powinni się skupić na obronie tego ostatniego bastionu – Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, gdzie chińska dominacja zaczyna być coraz bardziej widoczna, ale gdzie wciąż jeszcze Waszyngton mógłby powstrzymać macki ośmiornicy przed osiągnięciem celu.
Co powinno być zatem naszym priorytetem w najbliższych latach?
Kluczowa jest świadomość, że działamy w świecie wielowektorowych zagrożeń. Nie ma już pojedynczych przeciwników – jest rosyjsko-chiński system przeciwstawny światu zachodniemu. I my jako Polska jesteśmy w samym centrum tego starcia. Dlatego tak ważne jest nasze strategiczne partnerstwo z Ameryką, jeśli nadal chcemy być częścią świata opartego na kulturze zachodniej, ale też budowanie silnych więzi z sąsiadami – szczególnie z krajami Międzymorza. To jest nasza przestrzeń geopolityczna, nasza szansa na odgrywanie istotnej roli w kształtowaniu przyszłości nie tylko własnej, ale i Europy.
Czy jest pan optymistą, czy pesymistą co do przyszłości naszego bezpieczeństwa?
Jestem realistą. Widzę zagrożenia, ale widzę też szanse. NATO się budzi, kraje inwestują w obronność, świadomość zagrożeń rośnie. Kluczowe jest to, żebyśmy nie popełniali błędów z przeszłości – żebyśmy nie dawali się zaskoczyć, żebyśmy reagowali zdecydowanie, a nie tylko analizowali.
Wojna już się toczy – w cyberprzestrzeni, w sferze informacyjnej, ekonomicznej. Kto zrozumie zagrożenia i możliwości pierwszy i zareaguje adekwatnie, ten będzie miał przewagę. A my jako Polska mamy doświadczenie historyczne, które pozwala nam rozumieć naturę tych zagrożeń lepiej niż potrafi to wielu naszych zachodnich partnerów.
Płk Maciej Zaborowski
Foto: mat. prywatne
Rozmówca
Płk Maciej Zaborowski
Polski oficer pełniący służbę w strukturach wojskowych NATO