Dlaczego politycy wolą nie być przy stole, niż złożyć deklarację o udziale polskich żołnierzy w misji stabilizacyjnej, która miałaby się rozpocząć po zakończeniu wojny w Ukrainie? Albo inaczej: dlaczego opinia publiczna nie zaakceptowałaby wysłania choćby jednego oficera na Grenlandię? Chodzi o to, co nazywane jest realizmem?
Nie zawsze warto angażować środki w działania, które nie mają dużych szans na przyniesienie korzyści. Czy korzyści z wysłania symbolicznego kontyngentu na Grenlandię przeważałyby nad kosztami – nie wiem. Ale pewien umiar, wstrzemięźliwość lub samoograniczanie swoich działań w polityce zagranicznej są zwykle korzystne. Szczególny czas, w którym żyjemy – czas radykalnej przebudowy struktury stosunków międzynarodowych, skłania do ostrożnego gospodarowania zasobami militarnymi i zobowiązaniami międzynarodowymi. Jesteśmy w czasie przyspieszenia interakcji międzynarodowych i pojawiania się nowych pól rywalizacji i konfliktów. Polska jest państwem średnim i nasze zasoby pozwalają jedynie na ograniczone, miejscowe i punktowe wpływanie na bieg spraw. Stąd konieczność budowania zasobów militarnych, dyplomatycznych i w domenie soft power oraz strategicznego ich użycia we właściwym miejscu i czasie.
Politykę w ostatniej dekadzie zdominowali charyzmatyczni narcyzi
Wraz z rozwojem Polski przyszła refleksja na temat militarnego zaangażowania w przeszłości, kiedy koszty przeważały nad korzyściami. W poprzednich latach Polska i inne europejskie państwa średnie angażowały się w działania militarne w południowym sąsiedztwie Europy, chcąc z jednej strony stabilizować ten region, a z drugiej wzmacniać więzy z USA. Interwencje na Bliskim Wschodzie były kosztowne zarówno dla mocarstwa amerykańskiego, jak i jego sojuszników. Jednak cechą mocarstw jest większy margines błędu w polityce zagranicznej. Mocarstwa stać na decyzje, które przebudowują system, a pozostali – w tym Polska – koncentrują się na swoich rdzeniowych interesach.
Czy znaleźliśmy się w sytuacji, w której musimy wybrać: Stany Zjednoczone albo Europa?
Jeszcze nie, choć USA zaczęły być rywalem Europy, jednocześnie pozostając gwarantem jej bezpieczeństwa. To trudna i niestabilna relacja. Dlatego zapytałbym raczej o to, co może się wydarzyć w najbliższych miesiącach. Czy rywalizacja może przekształcić się we wrogość. A wprost: czy wybuchnie wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Danią i Unią Europejską.
Jak brzmi odpowiedź?
Teoria demokratycznego pokoju, najsolidniejsza z koncepcji, jakie mamy w politologii, mówi, że demokracje nie toczą ze sobą wojen. Zatem mogę odpowiedzieć, że wojna nie wybuchnie, jak długo jeszcze Stany Zjednoczone i Dania będą demokracjami. Jednak nie należy nadinterpretować ustaleń teorii demokratycznego pokoju. Demokracje toczą ze sobą konflikty na płaszczyznach politycznych, ekonomicznych czy działań służb specjalnych. Znamy takie bardzo wrogie działania jak np. interwencja Stanów Zjednoczonych w Chile przeciwko rządowi Salvadora Allende. Waszyngton sięgnął wówczas po metody poniżej progu wojny. Jednak jest szereg mechanizmów bardzo utrudniających dwóm demokracjom prowadzenie wojny ze sobą.