Rada Pokoju Donalda Trumpa to prowokacja czy poważna propozycja?
Do tego potrzeba znacznie więcej informacji: czym dokładnie miałaby być ta Rada i jak miałaby funkcjonować. Z tego, co dziś wiemy, inicjatywa wygląda co najmniej dziwacznie, a w niektórych elementach wręcz prowokacyjnie. Zaproszenie do Rady Pokoju Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki – których „pokojowa” działalność jest powszechnie znana – samo w sobie ma charakter prowokacji. Podobnie jak pomysł, który w istocie podważałby sens istnienia Organizacji Narodów Zjednoczonych. Być może w trakcie rozmów, które – jak rozumiem – będą prowadzone z prezydentem Trumpem, coś się jeszcze wyjaśni. Na dziś jednak ta propozycja stawia zaproszonych w bardzo trudnej sytuacji: z jednej strony nikt nie chce złych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, z drugiej – trudno zaakceptować inicjatywę, w której miałoby się zasiadać obok Putina i Łukaszenki. To nie jest łatwy wybór.
Czytaj więcej
– Stoję na stanowisku, że Donald Trump nie jest w stanie przewidzieć skutków swojego działania i...
Konkurencja czy wsparcie dla ONZ?
To na pewno nie będzie wsparcie dla ONZ. Wystarczy spojrzeć na dotychczasowe wypowiedzi Donalda Trumpa i decyzje jego administracji – wycofywanie Stanów Zjednoczonych z kilkudziesięciu agend ONZ, ograniczanie finansowania. To są działania zmierzające raczej do osłabienia, a nawet unicestwienia Organizacji Narodów Zjednoczonych. A mimo licznych wad – o których sam wielokrotnie mówiłem – ONZ pozostaje ważnym forum dialogu, poszukiwania rozwiązań i zapobiegania najpoważniejszym konfliktom.
Czy ta propozycja nie wbija klina w jedność europejską?
Oczywiście, że wbija. I to bardzo głęboko. Sama propozycja już jest klinem, ale dodatkowo pogłębiają to zapowiedzi sankcji czy ceł wobec państw, które dziś wspierają Danię w sprawie Grenlandii. Mówienie o 10 czy 25 procentach (cła) to już nie jest klin – to raczej łom i siekiera.