Polityka to nie tylko sztuka zdobywania i sprawowania władzy, ale też umiejętność nazywania rzeczywistości. Wygra ten, kto opisze główną oś sporu jako pierwszy albo wprowadzi do języka kluczowe pojęcie, które obywatele podłapią, uznając za swoje, na zasadzie: „dokładnie tak, świetnie to ujął”.
Donald Tusk przeszedł od Polski liberalnej do demokracji walczącej
Gdy w 2005 roku upadł Sojusz Lewicy Demokratycznej, co doprowadziło do końca podział na postkomunizm i postsolidarność, Jarosław Kaczyński zaproponował podział na Polskę solidarną i liberalną, który na kilka lat opisał rzeczywistość polityczną w Polsce. To PiS zapisał Donalda Tuska do tego obozu. Teraz zaś to on próbuje narzucić język i nową autoidentyfikację.
Czytaj więcej
- Co do ustroju, który w Polsce panuje, proszę być spokojnym, nic się nie zmieniło w ciągu 24 godzin, ani nawet w dłuższej perspektywie - mówił na...
Tak należy rozumieć słowa Donalda Tuska wypowiedziane we wtorek na konferencji na temat wyjścia z kryzysu konstytucyjnego. – Jeśli chcemy przywrócić ład konstytucyjny oraz fundamenty liberalnej demokracji, musimy działać w kategoriach demokracji walczącej – mówił. – Oznacza to, że prawdopodobnie nieraz popełnimy błędy lub podejmiemy działania, które według niektórych autorytetów prawnych mogą być nie do końca zgodne z literą prawa, ale nic nie zwalnia nas z obowiązku działania – wyjaśniał.
Demokracja walcząca w oczywisty sposób przenosi nas do sfery rozliczeń nazistowskich Niemiec i obejmuje koncepcję tworzenia kordonu sanitarnego wokół środowisk politycznych skupiających zwolenników sił niedemokratycznych. Według niej nowe lub świeżo odnowione demokracje nie mogą się opierać na normalnych zasadach, bo wrogowie demokracji je obalą, dlatego np. trzeba ograniczyć wolność słowa, wolność zrzeszania się itp. Pojęcie demokracji walczącej wróciło później w Europie Środkowej, po upadku Związku Sowieckiego, w dyskusjach na temat odbudowy liberalnej demokracji w krajach postkoministycznych.
Donald Tusk: porównanie do Norymbergi nie do końca fortunne
Co ciekawe, premier wycofał się z użytego w piątek odniesienia do Norymbergi. – Na naradzie z prawnikami użyłem nie do końca fortunnego porównania historycznego – mówił we wtorek Donald Tusk. Dlaczego więc używa pojęcia związanego z denazyfikacją, ale uważa swoje własne nawiązanie do procesów norymberskich za niefortunne? Bo nie chce przenosić tego pojęcia z podręczników filozofii prawa do dzisiejszej sytuacji pata ustrojowego, w którym znalazła się Polska po ośmiu latach rządów PiS. Chodzi o coś innego.
Tusk proponuje swoim wyborcom pojęcie do opisania własnej polityki. Sam w piątek przyznał, że zmiany w prokuraturze były zrobione na granicy prawa. O zmiany w TVP też spierali się prawnicy. Wycofanie kontrasygnaty pod nominacją dla neosędziego? Część prawników powie tak, część powie nie. A Tusk mówi swoim wyborcom: proces budowania nowego ładu konstytucyjnego po PiS nie będzie ani łatwy, ani przyjemny. Obiecywał, że będzie się kierował zasadą przyzwoitości, nawet jeśli nie wszystko będzie zgodne z prawem. To nie będą zawody w łyżwiarstwie figurowym, by użyć sformułowania ukutego niegdyś przez mego redakcyjnego kolegę Michała Kolankę. To będzie walka o demokrację.
Czytaj więcej
Czy jesteśmy gotowi bronić naszego systemu konstytucyjnego, gdy jest atakowany od wewnątrz? Czy pamięć o „Nigdy więcej” ma jeszcze jakieś znaczenie?
Dlatego Tusk mówi, że jego działania nie zawsze będą odpowiadały kryteriom prawnych „purystów”. Przygotowuje swoich wyborców na to, że jego ruchy będą budziły spory wśród prawników. Przez ostanie osiem lat to PiS jechał po bandzie i był krytykowany przez większość autorytetów prawnych, która trzymała kciuki za PO. Teraz premierem jest przewodniczący PO, a autorytety się podzieliły. Kolejne działania (m.in. dotyczące wytycznych dotyczących aborcji czy wycofania kontrasygnaty) krytykuje tak bezkompromisowy krytyk PiS jak prof. Andrzej Zoll, a wielu znanych prawników podało w wątpliwość możliwość wycofania kontrasygnaty.
A Tusk wychodzi i mówi: To dopiero początek. Witajcie w demokracji walczącej.