5 sierpnia 1772 r. w Petersburgu podpisano traktat pomiędzy Rosją, Prusami i Austrią rozdzielający część terytorium Królestwa Polskiego i wyznaczający nowe granice między tymi trzema zaborcami. Nie rozumiem, dlaczego w historiografii polskiej i europejskiej wyrażamy się z szacunkiem o władcach tych trzech przestępczych państw. Trzeba rzeczy nazywać po imieniu. Kradzież to kradzież; gwałt to gwałt; kłamstwo to kłamstwo.

Rosja pod panowaniem niemieckiej księżnej Zofii Fryderyki Augusty von Anhalt-Zerbst, morderczyni własnego męża i prawowitego cara Rosji Piotra III, nazywanej przez poddanych Katarzyną Wielką, pokierowała międzynarodowym spiskiem, do którego przystąpił pruski władca Fryderyk II Hohenzollern i austriacki cesarz Józef II von Habsburg. Jeżeli w przypadku cesarza Austrii możemy podjąć się bardzo mizernej próby usprawiedliwienia jego udziału w tym przestępstwie, to już w przypadku dwojga Niemców na rosyjskim i pruskim tronie nic na ich obronę się nie znajdzie.

Możemy oczywiście wymieniać całą listę wad Rzeczypospolitej sarmackiej, jej monarchii elekcyjnej, liberum veto, powszechnej korupcji, bałaganu i warcholstwa magnaterii, lecz nic nie usprawiedliwia początku długiej drogiej drogi do całkowitego wymazania tego państwa z mapy świata i narzucenia poddanym polskiego króla ruskiego i teutońskiego kagańca.

Dzisiaj, 5 sierpnia 2022 r., w 250. rocznicę pierwszego rozbioru Polski, powinny zawyć syreny w polskich miastach i miasteczkach. Bicie dzwonów powinno upamiętnić naszą narodową tragedię, która zaczęła się ćwierć tysiąca lat temu. 5 sierpnia 1772 r. wbito nóż w plecy ludu miłującego wolność. Po tych 250 latach możemy z dumą powiedzieć, że to my mieliśmy rację, tworząc system elekcyjnego wyboru głowy państwa. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wówczas ten przywilej przysługiwał tylko niewielkiej części tego narodu, ale mamy prawo przypuszczać, że demokracja szlachecka wcześniej czy później ewoluowałaby w kierunku demokracji powszechnej. Przywileje feudalne mogły w ciągu dwóch pokoleń przeobrazić się w system równości i sprawiedliwości społecznej, tak jak stało się to w krajach anglosaskich. Nasze problemy, nasze kłopoty i nasze przywary były zresztą naszymi sprawami, a nie dewiantki, która dzisiaj jest gloryfikowana przez putinowską propagandę.

Skończmy z emisjami tych fałszywych, zakłamanych, nomen omen „potiomkinowskich” seriali o tzw. Katarzynie Wielkiej. Tyle w niej wielkości, co w koniu, pod którym skonała. Na rosyjskim tronie zasiadali przyzwoici cudzoziemcy, w tym dwie Polki, które ruskiego ludu nie krzywdziły. Natomiast niemiecka uzurpatorka, która patronowała zamachowi na własnego męża, nie jest godna szacunku ani w Polsce, ani także w Rosji. Tę kobietę cechowała szczególna obłuda, która przypadła do gustu wyjątkowo łajdackiej koterii, która się wokół niej zebrała, aby czerpać garściami przywileje i budować fortuny ze zbójeckiego procederu.

Ten sam mechanizm eksploatowania milionów poddanych przez nielicznych uprzywilejowanych nadal obowiązuje w Rosji. Wtedy życie żołnierza nic nie znaczyło. Być może dzisiaj ma jeszcze mniejszą wartość. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy niejaki Grigorij Potiomkin, rosyjski feldmarszałek i kochanek Katarzyny, wymyślił dla jej uciechy i samozadowolenia słynne ruchome makiety pięknych wiosek, w których „szczęśliwa” ludność manifestowała swoje uwielbienie dla przejeżdżającej w powozie monarchini.

Fałsz, malwersacje, rabunek i zamordyzm to tylko klika z określeń, którymi moglibyśmy opisać imperium Niemki na rosyjskim tronie. Choć nazywają ją „Wielką”, nie zasługiwała na ten przydomek. Za jej panowania ugruntowały się najgorsze wady i ułomności wielkoruskiej autarchii. Dla tej kobiety na wskroś nowoczesna Konstytucja 3 maja była jedynie polską fanaberią występującą przeciw najbardziej skrajnej formie despotyzmu, w którym władca jest właścicielem swojego państwa i panem życia i śmierci swoich poddanych. Reforma Królestwa Polskiego paliła ją jak woda święcona diabła. Należy zadać sobie pytanie: czy coś zmieniło się po jej śmierci?