Publicystyka

Po diabła narody

Polska, która nie dorasta do marzeń, jakie o niej mamy, nie jest warta nie tylko, by za nią umierać, ale i w niej żyć. Tak najkrócej można podsumować credo polskich narodowych nihilistów
Rzeczywistość skrzeczy, sondaże wciąż dowodzą, że "reżim kaczystowski" prędko do przeszłości nie przejdzie, a badania potwierdzają widoczny gołym okiem proces konserwatywnego skrętu polskiego społeczeństwa (z przerażeniem i zgrozą konstatuje to w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" prof. Janusz Czapliński). Wielu intelektualistom czy niezależnym publicystom nie pozostaje w tej sytuacji nic innego niż - by posłużyć się obrazem z piosenki Jacka Kaczmarskiego "Rejtan" - "odwrócić się, wołając? "Fu!"". Oczywiście, jak przystało na ludzi pióra i słowa, to krótkie "fu" jednej z dam przydzielonych ambasadorowi przybiera w tekstach i wypowiedziach o wiele barwniejszy wyraz. Młodzi intelektualiści przekonują, że "patriotyzm jest jak rasizm" (Tomasz Żuradzki "GW" z 17.08.2007); artyści, jak Katarzyna Nosowska, zaznaczają, że nie są patriotami, bo "Polska to nie jest jakieś arcyfajne miejsce", więc "nie warto za nie umierać" ("Wysokie Obcasy" z 8.09.2007 r.), a publicyści podkreślają, że choć nie mają nic przeciwko uczuciom narodowym, to w Polsce Kaczyńskich przestali je manifestować, by nie wpisywać się w"polityczny podtekst" i nie ulegać "narzędziom władzy" (Aleksandra Pawlicka, "Ich patriotyzm, mój patriotyzm" "Przekrój" 34/2007). Destylacja patriotyzmu Oczywiście w tych wypowiedziach -oprócz tak idiotycznej wypowiedzi Żuradzkiego, że polemizowała z nią, na łamach zresztą "Gazety Wyborczej", Agnieszka Graff - nie ma oczywiście wprost mowy o odrzuceniu patriotyzmu, o niechęci do własnego narodu czy apoteozy kosmopolityzmu. Zamiast tego proponuje się wypracowywanie nowych form patriotyzmu, dzięki którym Polska będzie wreszcie pełnoprawnym członkiem klubu państw demokratycznych, a jej patriotyzm nabierze cech obywatelsko-liberalnych, prawdziwie nowoczesnych i pozbawionych spadku po nieodpowiednich przodkach.
Budowa takiego nowego, lepszego polskiego patriotyzmu powinna się rozpocząć od porzucenia "patriotyzmu klęski", bo on "tylko do klęski może prowadzić" (J. Surdykowski, "GW" z 1.09.2007 r.). Trzeba zatem zapomnieć, a przynajmniej przemilczeć, rocznice klęsk, odrzucić rozdrapywanie ran i porzucić mit "Chrystusa narodów", który tak śmieszyć ma naszych sąsiadów. Konieczne w procesie tworzenia nowego patriotyzmu wydaje się również odrzucenie (albo, by posłużyć się językiem intelektualistów, zdekonstruowanie i przeformułowanie) innych mitów narodowych, ze szczególnym uwzględnieniem "mitu polskości jako Matki Bożej" (co postuluje w wywiadzie dla "Przekroju" z 1.03.2007 r. Agnieszka Graff). W zamian proponuje się (np. wspomniany już Surdykowski) budowanie dumy z wielkich osiągnięć Polski. Problem polega tylko na tym, że gdy ktoś zaczyna świętować wielkie sukcesy, np. powstrzymanie naporu wojsk sowieckich - to natychmiast zostaje zganiony za kultywowanie przekonania obyciu "przedmurzem cywilizacji zachodniej". Próba budowania tożsamości zbiorowej za pomocą rocznic triumfów oręża polskiego określana jest mianem militaryzmu, nacjonalizmu czy porównywana jest do zwyczajów białoruskich i rosyjskich. Tak wydestylowany z jakichkolwiek konkretnych, partykularnych cech narodu patriotyzm staje się już całkowicie akceptowalny. Agnieszka Graff za wzór (nie ma co ukrywać jakoś wymarzony) stawia patriotyzm kanadyjski i amerykański, które opierają się nie tyle na jedności kultury (co akurat w przypadku Stanów Zjednoczonych jest twierdzeniem bzdurnym, bowiem jego podstawą jest konkretnie kultura białych purytanów), ile na głębokim przywiązaniu "ludzi o rozmaitych rodowodach etnicznych do pewnego projektu politycznego". Tyle tylko, że to, co ma treść w Stanach Zjednoczonych, w Polsce pozostaje pustym "byle trwaniem" - by posłużyć się określeniem Jacka Kaczmarskiego z piosenki "Tradycja". Nie konstruować Ojczyzny Nie jest to zresztą pomysł nowy. Od początku lat 90. Adam Michnik i jego środowisko konsekwentniezajmowało się oczyszczaniem polskiej myśl z pozostałości ludowego i narodowego katolicyzmu czy ślepego antykomunizmu. Powracające co jakiś czas na łamy "Gazety Wyborczej" rozprawki na temat Józefa Mackiewicza, Andrzeja Trzebińskiego czy Romana Dmowskiego, w których całkowicie odrzuca się ich racje polityczne i określa bez większego skrępowania przeszkodami wbudowaniu demokracji i liberalizmu, są tego doskonałym przykładem. Nurt narodowo-prawicowy powinien być wyparty ze świadomości Polaków i zastąpiony czymś zupełnie innym.
I, niestety, ten proces "czyszczenia pamięci" (sięgający zresztą korzeniami komunizmu) przynosiskutki. Niemal wszyscy uczestnicy debaty publicznej zaczęli powtarzać fałszywe historycznie przekonanie o odwiecznej dominacji wartości lewicowych w myśleniu polskiej inteligencji i potępianiu przez nią myśli endeckiej. Wymuszona przez komunistów, a później postkomunistyczny układ mentalny nieobecność wielkich przedstawicieli literatury i publicystyki o poglądach odmiennych od PPS tylko wzmacnia to wrażenie. I nikt (no, prawie nikt, pomijając krakowskie Arcanaczy Ośrodek Myśli Politycznej) nie robił nic, by pamięć o Goetzu, Mackiewiczach czy Kossak-Szczuckiej przywrócić. Odpowiedzią na jednostronność pamięci zbiorowej nie powinien się stać "patriotyczny konstruktywizm" zaproponowany przez Romana Giertycha. Pomysł, by z kanonu lektur wyrzucić tych autorów, których postawa jest niezgodna z jedynie słuszną wizją polskości, ma być bowiem jedynie odwróceniem pomysłu środowiska Michnika, a nie próbą autentycznego budowania pełnego patriotyzmu, szanującego wszystkie strony dyskursu publicznego w przeszłości i teraźniejszości. Obie te próby (tak liberalno-laicka, jak i katolicko-narodowa) opierają się bowiem na fałszywym założeniu, iż wspólnota narodowa (albo społeczeństwo) jest plasteliną, którą można dowolnie modelować, a służyć do tego mają państwo i instytucje kulturalne opierające się na jakimś idealnym wzorcu, który trzeba narzucić wszystkim. Wspólnota realna, a nie wirtualna Odrzucenie konstruktywizmu związane jest z uznaniem, że tym, co kształtuje patriotyzm, nie jest idea intelektualistów ani wyobrażenie artystów, ale konkret historycznego, społecznego i kulturalnego bytupartykularnej wspólnoty. "Patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste? umiłowanie tradycji, języka czy samego krajobrazu ojczystego. Jest to miłość, która obejmuje także dzieła rodaków i owoce ich geniuszu" -notuje Jan Paweł II w ostatnim swoim dziele "Pamięć i tożsamość". Podobnie Roman Dmowski stwierdza w "Myślach nowoczesnego Polaka": "wszystko, co polskie, jest moje, niczego wyrzec się nie mogę". Doświadczenie patriotyzmu oznacza przyjęcie i akceptację zarówno sukcesów, jak i porażek, zarówno wielkości, jak i ludzkiej małości własnego narodu. Tak rozumiany patriotyzm wyrasta z antropologii zawartej w Księdze Rodzaju i starotestamentowych nakazach miłości rodziców i rodu. W pierwotnym doświadczeniu bycia zakorzenionym w konkretnej rodzinie, rodzie, plemieniu czy narodzie - szukać należy źródeł współczesnego patriotyzmu. Rodu, rodziny człowiek nie wybiera, ale w niej się rodzi i poprzez nią staje człowiekiem. I podobnie jest z narodem. Więź, o której mowa, daje człowiekowi nie tylko poczucie przynależności, ale również - co nie mniej istotne - umożliwia mu moralne funkcjonowanie. Poza wspólnotą - jak wykazuje Alasdair MacIntyre -tak naprawdę trudno w ogóle mówić o moralności. "Potrzebuję (...) tych, którzy mnie otaczają, do wzmocnienia moich sił moralnych i do zaradzenia mojej słabości moralnej. Ogólnie rzecz biorąc, tylko w obrębie wspólnoty jednostki stają się zdolne do moralności, są w tej zdolności podtrzymywane i stają się moralnymi podmiotami działania" -wskazuje MacIntyre. Odrzucenie tych darowanych (a nie narzucanych - jak chcieliby liberalni krytycy patriotyzmu) więzów prowadzi nieuchronnie do nostalgii i poczucia beznadziejnej bezdomności. "Zobowiązanie, wzięcie odpowiedzialności za ojczyznę wynika z poczucia własności - tej dziedziczonej po ojcu, którą przekazać trzeba dalej dzieciom, następnym generacjom. Wyzuci z tej własności stajemy się w łańcuchu pokoleń nikim" - podkreśla prof. Andrzej Nowak. Wyrwani zatem z więzów relacji międzyludzkich i międzypokoleniowych, które w istocie fundują patriotyzm, skazani zostajemy na determinizm miejsca. Ojczyzna to wówczas, jak w wierszu Różewicza, "miasto, miasteczko, wieś, ulica, dom, podwórko, pierwsza miłość, las na horyzoncie, groby". Trudno jednak poświęcać się dla miasteczka czy lasu na horyzoncie. Jedyne, co mogą one wywołać, to tęsknota za utraconymi krajobrazami, nostalgia za tym, co przeminęło i co nie powróci. Jednak jeśli rzeczywiście fundamentem prawdziwie przeżywanego patriotyzmu jest wdzięczność, to nostalgia jest tylko jej parodią albo - delikatniej - nietwórczą, pozbawioną potencjału jej wersją. O ile wdzięczność wyraża się w pietas czci, o tyle nostalgia nie przekłada się na działania. Najlepszym ze znanych mi opisów takiego stanu nostalgii za miejscami dzieciństwa jest "Fado" Andrzeja Stasiuka. Determinizm miejsca zastępujący coraz częściej patriotyzm może jednak łatwo się przekształcić z ciepłego wspomnienia w niechęć do ograniczeń "narzucanych" jednostce przez język, miejsce urodzenia czy społeczność, w której przyszło nam żyć. Ta niechęć staje się szczególnie intensywna, gdy "rzeczywistość" nie dostaje do"wyobrażeń", gdy świat zastany rozmija się z marzeniami, gdy wymarzeni Polacy-katolicy wybierają na prezydenta kłamczuszka i agnostyka lub gdy światła większość narodu głosuje na "prześladujących mniejszości" i "ośmieszających nas w oczach Zachodu" "kaczystów". Wtedy najprostsza wydaje się ucieczka wmyślenie życzeniowe lub swoisty nihilizm, w którym odrzucona zostaje sama idea narodu i zanegowana cnota patriotyzmu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL