fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czy lefebryści wyjdą ze szklarni

W obradach Soboru Watykańskiego II rozpoczętego w 1962 roku uczestniczył także abp Lefebvre
AP
Papieski dokument jest wielkim sprawdzianem dla Bractwa św. Piusa X: czy bardziej zależy im na realnej obecności we współczesnym Kościele, czy też wszystkich katolików poza sobą spisali na straty – analizuje publicysta
Ilekroć w ostatnich latach natrafiałem w polskiej prasie (niestety, również tej katolickiej) na jakąkolwiek wzmiankę o Bractwie Kapłańskim św. Piusa X (łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, stąd skrót FSSPX) czy o arcybiskupie Marcelu Lefebvre, odnosiłem wrażenie, że czytam relacje bajarzy, którzy od podróżników i marynarzy słyszeli o dziwnym plemieniu.
Plemię to żyje gdzieś za siedmioma górami (we Francji), jego członkowie mają po dwie głowy i trzy ręce (odprawiają msze tyłem do wiernych i po łacinie) i podobno zjadają czteroletnie dziewczynki (sprzeciwiali się Janowi Pawłowi II). Tak więc, żeby zejść z poziomu podań i bajek na poziom faktów, warto na początek przypomnieć podstawowe informacje.
[srodtytul]Uczestnik soboru[/srodtytul]
W roku 1960 papież Jan XXIII powołuje arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, byłego arcybiskupa Dakaru, do Centralnej Komisji Przygotowawczej przed mającym rozpocząć się w 1962 r. Soborem Watykańskim II. Abp Lefebvre bierze udział w przygotowaniu projektów dokumentów, którymi ma zająć się sobór. Chce, by sobór stał się Trydentem XX w., potępił błędy zagrażające współczesnemu człowiekowi (zwłaszcza zależy mu na uroczystym potępieniu komunizmu), jasno wyłożył naukę Kościoła katolickiego, wzmocnił dyscyplinę w szeregach duchowieństwa.
Szybko okazuje się jednak, że te zamierzenia nie zostaną spełnione. Najbardziej wpływową częścią uczestników soboru staje się grupa biskupów, którą historyk ks. Ralph Wiltgen (SDV) nazwie grupą reńską. Biskupi ci nie chcą wojny ze światem, ale raczej dostosowania do niego. Kościół ma dokonać „aggiornamento”, czyli „udzisiejszenia”. Według nich jest to jedyna droga, żeby nie utracić wiernych: Kościół ma współczesnemu człowiekowi raczej towarzyszyć, niż go prowadzić.
Kardynał Alfredo Ottaviani, sekretarz Kongregacji św. Officjum, abp Lefebvre i inni biskupi zaniepokojeni kierunkiem, w jakim – ich zdaniem – zmierzają obrady Vaticanum II, tworzą tzw. Coetus Internationalis Patrum, starającą się zrównoważyć wpływy grupy reńskiej. Efektem ścierania się obu grup jest niejasny i ogólny język niektórych dokumentów soborowych.
Choć abp Lefebvre głosował przeciwko niektórym dokumentom, m.in. przeciwko „Deklaracji o wolności religijnej”, to w rezultacie podpisuje wszystkie.
[srodtytul]Wszystko od nowa[/srodtytul]
O ile treść dokumentów soboru była owocem kompromisu, o tyle wpływ na ich interpretację i wprowadzenie w życie uzyskują zwolennicy rewolucji w Kościele. Faktyczna treść dekretów soborowych idzie w zapomnienie, a bożkiem staje się „duch soboru”, którym można uzasadnić wszystko. Abp Lefebvre, przyglądając się posoborowym reformom, staje się im wrogi. Co ciekawe, najpóźniej zaczyna protestować przeciwko reformie liturgii. Pierwsze zmiany, m.in. częściowe wprowadzenie języków narodowych do liturgii, budzą nawet jego zadowolenie i nadzieje. Punktem zwrotnym staje się dla niego dopiero wprowadzenie w 1969 r. przez Watykan tzw. Nowego Porządku Mszy (czyli tej mszy, którą znamy dzisiaj z naszych kościołów).
W ciągu kilku lat wprowadzono nową mszę i nowy rytuał sakramentów. Nowe konstytucje przyjęły prawie wszystkie zgromadzenia zakonne. Teolodzy zaczęli mówić o posoborowej mariologii, posoborowej sakramentologii, posoborowej eklezjologii. Wszystko, co w Kościele działo się do czasu Vaticanum II, wydaje się unieważnione i schowane w magazynie historii.
Pod hasłem odnowy soborowej można powiedzieć i zrobić wszystko. Co gorsza, znaczna część księży uważa, że zmiany są zbyt wolne i nie idą wystarczająco daleko – wprowadzają je więc, nie oglądając się na Stolicę Apostolską. Świetnym przykładem jest komunia na rękę, która rozpowszechniła się mimo zakazów Watykanu. Nagle okazuje się, że papieże reformatorzy, tacy jak Paweł VI czy Jan Paweł II, zaczynają być postrzegani przez najbardziej progresistowskie środowiska w Kościele jako wrogowie prawdziwej zmiany.
W 1970 r. Lefebvre zakłada Bractwo Kapłańskie św. Piusa X i seminarium duchowne w Econe w Szwajcarii mające kształcić księży odprawiających tradycyjną liturgię.
Zarówno bractwo, jak i seminarium uzyskały wstępną akceptację Kongregacji Duchowieństwa oraz biskupa Fryburga, na terenie którego znajduje się Econe. Równocześnie ściągnęły na siebie skrajną wrogość francuskich biskupów, którzy w latach 60. i 70. znajdują się w awangardzie zmian. Gdy na przykład Paweł VI w 1968 r. przypomina w encyklice „Humanae vitae” katolicką naukę o antykoncepcji, Episkopat Francji publicznie się od niego odcina.
Od samego początku istnienia FSSPX biskupi francuscy dążą do likwidacji bractwa bądź usunięcia go z Kościoła. Kapłani bractwa nie mogą legalnie pełnić we Francji posługi, sprawowanie mszy według starego mszału jest powodem najcięższych sankcji, jakie mogą spaść na księży.
W 1975 roku biskup Fryburga informuje papieża, że wycofuje zgodę na działalność seminarium bractwa na terenie swojej diecezji. Ponieważ arcybiskup Lefebvre nie podporządkowuje się tej decyzji, zostaje przez Watykan zawieszony w czynnościach kapłańskich. FSSPX i seminarium w Econe tracą prawne podstawy działania.
[srodtytul]Mapa drogowa[/srodtytul]
W 1988 r. Marcel Lefebvre miał już 83 lata. Biskupi francuscy tylko czekali na jego śmierć, wiedząc, że bez niego bractwo i seminarium nie będą miały racji bytu. Nie będzie miał kto wyświęcać nowych kapłanów. Problem rozwiąże czas.
Mając tego pełną świadomość, arcybiskup zapowiada, że wyświęci kilku kapłanów FSSPX na biskupów pomimo braku zgody Jana Pawła II. Uważa, że działa w stanie wyższej konieczności, który według prawa kanonicznego wyklucza nałożenie kary za taki czyn. Podjęta wówczas przez nowego prefekta Kongregacji Nauki Wiary Josefa Ratzingera próba porozumienia z abp. Lefebvre’m spełza na niczym. Arcybiskup przystępuje do święceń. W odpowiedzi zarówno on, jak i czterej wyświęceni przez niego biskupi popadają w ekskomunikę wiążącą mocą samego prawa. Arcybiskup umarł w 1991 r.
Do końca pontyfikatu Jana Pawła II nie udało się doprowadzić do pojednania z bractwem, choć było to wielkim pragnieniem papieża. Dał temu wyraz m.in. spotykając się z bp. Bernardem Felleyem, następcą abp. Lefebvre’a. To także Jan Paweł II zezwolił na szersze odprawianie mszy łacińskiej.
Gdy w roku 2005 kardynał Ratzinger został wybrany na papieża, od razu przystąpił do zaleczenia rany. W roku 2006 spotyka się z bp. Bernardem Felleyem, przełożonym generalnym FSSPX, jednym z ekskomunikowanych biskupów. Według nieoficjalnych informacji ustalają mapę drogową, czyli plan uregulowania sytuacji bractwa.
Zakłada on cztery etapy: 1. uwolnienie mszy według mszału sprzed reformy posoborowej (ten punkt został zrealizowany w lipcu 2007 r. w motu proprio „Summorum Pontificum”), 2. anulowanie deklaracji ekskomuniki dla biskupów bractwa (co miało miejsce 24 stycznia), 3. uzgodnienie takiej interpretacji tekstów Vaticanum II, która byłaby zgodna z poprzednim nauczaniem Kościoła (realizacją tego punktu jest w zasadzie cała działalność Ratzingera tak jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary, jak i papieża) wreszcie 4. uzgodnienie statusu kanonicznego FSSPX, co jest jeszcze kwestią przyszłości.
Ten długi passus historyczny, pokazujący, jak abp Lefebvre został właściwie wepchnięty w nieposłuszeństwo, był konieczny, żeby to, co napiszę poniżej, nie zabrzmiało fałszywie i niesprawiedliwie.
[srodtytul]Skończyć z partyzantką[/srodtytul]
Nigdy nie udawałem, że jestem entuzjastą reform posoborowych w Kościele. Za szczególnie szkodliwą uważam reformę liturgii – jej tragiczne owoce Kościół będzie zbierał jeszcze długo. Zdecydowanie bliżej mi do dramatycznych wyborów abp. Lefebvre’a niż do decyzji niektórych biskupów, bezrefleksyjnie odcinających się od wszystkiego, czym Kościół był do połowy XX wieku.
Jednak 20 lat pozostawania bractwa poza normalnymi strukturami Kościoła nie mogło pozostać bez negatywnego wpływu na kapłanów do niego należących i świeckich pozostających pod ich opieką duszpasterską. Jeśli miałbym znaleźć jakieś porównanie ilustrujące najważniejsze zło, jakie – moim zdaniem – stało się udziałem FSSPX, to byłoby to porównanie do partyzantki. Jakkolwiek słuszna i święta jest sprawa, o którą walczą oddziały partyzanckie, to walka taka na dłuższą metę musi prowadzić do swego rodzaju zdziczenia i demoralizacji. Mniej ważny staje się cel, o jaki się walczy, a bardziej zaczyna się cenić sam fakt swobody i nieskrępowanej wolności działań.
[wyimek]Benedykt XVI zaczyna uzdrowienie Kościoła od fundamentów – od doktryny. Oczyszcza posoborowy Kościół z tego, co z katolicyzmem nie ma nic wspólnego, a umacnia to, co w nim najlepsze[/wyimek]
Jak niebezpieczne dla sumienia katolickiego kapłana musi być przekonanie, że jest uprawniony do oceniania, które zarządzenia dyscyplinarne papieża go obowiązują, a które nie. Jak niszczące musi być przekonanie, że jedne kanonizacje dokonane przez posoborowych papieży można uznawać, a inne podawać w wątpliwość? Czy katolicki kapłan ma prawo uznawać nowy ryt mszy (zatwierdzony przez Stolicę Apostolską) za tak bardzo zagrażający wierze tych, którzy go celebrują i na niego uczęszczają, że lepiej nie uczestniczyć w niedzielnej mszy wcale, niż udać się na mszę zreformowaną? Czy to wszystko nie doprowadzi z czasem do przekonania, że w sumie wcale nam na zgodzie z Watykanem nie zależy, bo dobrze nam z taką nieskrępowaną swobodą, jaką dysponujemy?
Papieski dokument jest wielkim sprawdzianem dla biskupów i kapłanów FSSPX: czy bardziej zależy im na realnej, nie tylko formalnej obecności we współczesnym Kościele (bo tylko wtedy walka z nadużyciami reform posoborowych może być skuteczna), czy też wszystkich katolików poza sobą spisali na straty i interesuje ich jedynie nienaruszone trwanie w szklarni, w której się schronili i która pozwoliła przetrwać im mroźną zimę?
[srodtytul]Kierunek Benedykta XVI[/srodtytul]
Ale zniesienie kar ciążących na kapłanach FSSPX i ich przyszły pełny powrót do struktur Kościoła jest większym chyba sprawdzianem dla tych biskupów i kapłanów, którzy posoborowe reformy traktują jako najważniejsze wydarzenie w dziejach chrześcijaństwa. Czy ich przedefiniowanie i inna interpretacja przez Watykan niż ta, do której są przywiązani, zostanie przez nich przyjęta w duchu posłuszeństwa? Czy bardziej będą się utożsamiali z niezmiennymi prawdami katolickiej wiary, tak jak je Kościół zawsze definiował, czy raczej z pewnymi nurtami w Kościele mającymi zaledwie kilkadziesiąt lat historii?
Jestem przekonany, że w obu grupach zwycięży miłość i przywiązanie do Kościoła. Choćby dlatego, że kierunek, w którym Benedykt XVI prowadzi wspólnotę katolicką, nie wydaje się chwilową zmianą kursu, ale nabiera cech trwałości. Choćby dlatego, że Benedykt XVI zaczyna uzdrowienie Kościoła od fundamentów – od doktryny. Oczyszcza posoborowy Kościół z tego, co z katolicyzmem nie ma nic wspólnego (ekumenizm polegający na dialogu z pominięciem głoszenia prawdy, niektóre aspekty zreformowanej liturgii zaciemniające przekaz wiary), a zachowuje i umacnia to, co w nim najlepsze – aktywność i samodzielność świeckich, radykalizm ewangeliczny niektórych posoborowych ruchów liturgicznych.
Im bardziej trwałość dokonywanych przez papieża posunięć będzie docierać do świadomości biskupów, kapłanów i świeckich i im lepiej będą one rozumiane, tym mniejsze niebezpieczeństwo, że jakaś część kapłanów i wiernych związanych z FSSPX postanowi nie przyjąć oferty papieża – włączenia się w jego dzieło prawdziwej odnowy Kościoła.
[i]Autor jest historykiem. Publikuje w dwumiesięczniku „Christianitas”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA