Historia

Marco Polo i jego dzieło

Archiwum „Mówią Wieki"
Według późnej i trudnej do zweryfikowania tradycji rodzina Polo pochodziła z okolic Szibeniku w Dalmacji. Jednak już od wielu pokoleń mieszkała w Wenecji.
W tamtejszych archiwach i bibliotekach zachowało się wiele dokumentów, które nie pozwalają wątpić w autentyczność samego podróżnika oraz jego najbliższych krewnych. Zachował się między innymi testament Marco oraz jego stryja Maffeo. Niestety, dokumenty te nie oświetlają losów XIII-wiecznych podróżników.
W tym przypadku jedynym bezpośrednim źródłem informacji pozostaje „Opisanie świata”. Wiele anegdotycznych szczegółów z życia rodziny weneckiego podróżnika przekazał dopiero XVI-wieczny geograf i księgarz Giovanni Battista Ramusio. Twierdzi on, że Marco Polo, który w 1295 roku powrócił do rodzinnej Wenecji z trwającej ponad 20 lat podróży do dalekiej Azji, kilka lat później dostał się do genueńskiej niewoli. Miało się to zdarzyć w 1298 roku w bitwie pod Curzolą (Korčulą) u wybrzeży Dalmacji. Nie wydaje się to możliwe: Marco Polo bowiem został uwolniony w lecie 1299 roku i żadną miarą w tak krótkim czasie nie zdążyłby przygotować – to znaczy opowiedzieć i zredagować – swego dzieła. Do genueńskiej niewoli musiał dostać się w innej, wcześniejszej potyczce. Ale takim szczegółem nie warto łamać sobie głowy. Istotne jest to, że w więzieniu spotkał przebywającego parę lat dłużej literata z Pizy o imieniu Rusticello, autora przeróbek cyklów romansów rycerskich. Kiedy Marco Polo z nudów lub innych powodów zaczął w celi opowiadać o swoich podróżach, zachwycony Rusticello znalazł gotowy materiał na nową książkę. Za jego namową Wenecjanin zaczął systematycznie opowiadać o swoich przygodach, a Pizańczyk skrzętnie to notował. Tak w ciągu kilku miesięcy miało powstać jedno z najsłynniejszych dzieł podróżniczych – „Opisanie świata”, znane też pod innymi tytułami: „Księga cudów” lub „Milion” (od liczby często powtarzanej przez narratora). Do dziś zachowało się około 150 rękopisów w 12 językach. Świadczy to o niezwykłej popularności tej książki w późnym średniowieczu. Zresztą już podczas więziennych opowiadań przybywało słuchaczy, także Genueńczyków, którzy przychodzili z prezentami. Z czasem w więziennej celi „przesiadywało całe miasto”. Tak w każdym razie pisał o tym Ramusio.
Historia pierwszej podróży do Chiny przedsięwziętej przez weneckich kupców zaczęła się około 1250 roku. Marco Polo nie przejmował się dokładną chronologią, w jego opowiadaniu występują nieprecyzyjne, a niekiedy i wątpliwe daty. Najprawdopodobniej w 1253 lub 1254 roku dwaj kupcy, bracia Niccolo i Maffeo Polo, opuścili rodzinną Wenecję i udali się w interesach do Lewantu. Niccolo Polo zostawił brzemienną żonę, która niebawem urodziła syna Marco. Przedsiębiorcy wybrali się do miejsc doskonale znanych weneckim kupcom i po części strzeżonych przez Najjaśniejszą Republikę. Najpierw więc bracia Polo dotarli do Konstantynopola, który wciąż znajdował się w strefie wpływów weneckiego imperium, i tam sprzedali swoje towary. Za uzyskaną gotówkę zakupili drogocenne kamienie i popłynęli do Sudaku na Krymie. Znajdował się on co prawda w granicach Złotej Ordy, jednak Genueńczycy i Wenecjanie cieszyli się tam swobodą działania i prowadzili rozległe interesy z kupcami przybywającymi ze Wschodu i z Północy. Wiemy, że swój dom handlowy posiadała tam również rodzina Polo. I właśnie w Sudaku bracia Polo podjęli śmiałą decyzję udania się na dwór Berke, chana Złotej Ordy. Dotarli do Bułgaru nad Wołgą, niegdyś stolicy państwa Bułgarów nadwołżańskich, zdobytej przez Mongołów i zamienionej w jedną z siedzib chana Złotej Ordy. Weneccy kupcy dokonali tam udanej transakcji, wykazując się znajomością – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – różnic kulturowych. Zakupione wcześniej klejnoty – na podstawie wspomnień Marco Polo możemy sądzić, że jego rodzina znała się na tym drogocennym towarze – ofiarowali chanowi Berke. Ów zrewanżował się dwakroć cenniejszymi upominkami, a następnie otrzymane w darze klejnoty sprzedał z zyskiem. Bracia Polo już jakiś czas bawili w Złotej Ordzie, między innymi odwiedzili główną stolicę tego władztwa, Saraj nad dolną Wołgą, kiedy zaskoczyła ich wojna z założonym również przez potomków Czyngis-chana perskim państwem Ilchanów. Działania wrogich armii odcięły kupcom drogę powrotną do Konstantynopola i Wenecji. Ruszyli zatem na wschód w poszukiwaniu drogi okrężnej, tak by nie dać się schwytać przez żądnych zysku wojowników. Dotarli aż do Buchary! Marco Polo zrelacjonował ten epizod dość oględnie. Możemy się tylko domyślać, że bracia Polo niepostrzeżenie z wędrownych kupców przemienili się w wędrowców i poszukiwaczy nowych szlaków i kontaktów handlowych. Po trzech latach pobytu w Bucharze znalazł ich tam przypadkiem poseł chana Hulagu, który panował w Iranie, i zachęcił do dalszej wspólnej podróży aż do Chanbałyku (dzisiejszy Pekin). Po roku uciążliwej wędrówki przybyli wraz z posłem na dwór wielkiego chana Kubilaja, gdzie – zgodnie z zapewnieniami usłyszanymi w Bucharze – zostali przyjęci hojnie i życzliwie. Obyty i ciekawy nowin władca mongolskiego imperium powierzył niecodziennym przybyszom osobistą misję. Mieli zawieźć papieżowi oficjalny list i wrócić z odpowiedzią w towarzystwie stuosobowego kolegium chrześcijańskich uczonych przysposobionych do poważnych dyskusji oraz z oliwą z lampki palącej się w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie (to dla matki chana, która była chrześcijanką – zapewne wyznania nestoriańskiego). Chociaż zostali zaopatrzeni w złotą tablicę z pieczęcią wielkiego chana, która gwarantowała bezpieczeństwo i przywilej korzystania z wszelkich udogodnień podczas podróży, droga powrotna przez Azję zajęła włoskim kupcom aż trzy lata. Marco Polo tłumaczył, że jego ojca i stryja powstrzymywała niesprzyjająca aura. A może włoscy kupcy przeobrazili się już po części w turystów obieżyświatów i dlatego się nie spieszyli? Dopiero w kwietniu 1269 roku dotarli do Akki, tętniącego życiem portu, ośrodka handlowego oraz potężnej twierdzy, która była ostatnim bastionem krzyżowców na Bliskim Wschodzie. Tam dowiedzieli się o śmierci papieża Klemensa IV i o skłóconym kolegium kardynalskim niezdolnym do wyboru nowego papieża. Opowiedział im o tym legat papieski Tebaldo Visconti z Piacenzy i zalecił czekać. W tej sytuacji podróżnicy po kilkunastu latach wrócili do rodzinnej Wenecji: Niccolo zobaczył po raz pierwszy swego syna Marco. Wakat na tronie papieskim przedłużał się i wiosną 1271 roku bracia Polo stracili cierpliwość: postanowili wrócić na dwór Kubilaja, choć nie wypełnili misji w całości. Wraz z nimi w swoją wielką życiową podróż wyruszył 17-letni Marco. Podróżnicy dopłynęli do Akki i otrzymali od legata Viscontiego upoważnienie do zabrania odrobiny oliwy z lampki w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Zaopatrzywszy się w cenną substancję, ruszyli do Chin. Pierwszym znaczącym przystankiem w podróży był Lajas w Małej Armenii (założonej w XI wieku przez ormiańskich uchodźców na południu Anatolii). W tym ośrodku kupieckim kończył się szlak karawan z Azji Środkowej i Persji: „Wszystkie korzenie – relacjonował Marco Polo – i tkaniny jedwabne, złotem przetykane i wełniane oraz inne kosztowne rzeczy zwożone są z głębi lądu do miasta. Bawełny jest też dużo, a kupcy z Wenecji, Pizy i Genui oraz ze wszech stron przybywają tu, aby czynić zakupy i sprzedawać swe własne towary; mają swe składy w mieście”. W Lajas dogoniła Wenecjan niespodziewana nowina: ich protektor Tebaldo Visconti został nowym papieżem (przyjął imię Grzegorza X) i zalecił im powrót. Raz jeszcze ugościł ich w Akce, zaopatrzył w oficjalne listy do chana, przydzielił dwóch dominikanów, brata Mikołaja z Vicenzy i brata Gwilema z Trypolisu (którzy jednak dość szybko przelękli się niebezpieczeństw i zawrócili), oraz wyprawił w drogę. Wenecjanie przemierzyli Anatolię. Jak przystało na potomka weneckich kupców, Marco Polo wszędzie zwracał uwagę na najciekawsze produkty i towary. Tam jego oczy cieszył widok „najdelikatniejszych i najpiękniejszych dywanów”, a w Wielkiej Armenii zauważył „bukaran” (czyli bukram: cenioną w średniowieczu tkaninę z bawełny, której nazwa wskazywała, że wytwarzana była pierwotnie w Bucharze). Dłużej niż dwa dni objeżdżali majestatyczną górę Ararat, podziwiali jej pokryty śniegiem wierzchołek, na którym osiadła po potopie arka Noego (dlatego Marco Polo nazywał ją Górą Arki). Na granicy z Gruzją (Żorżania) podróżnicy natrafili na osobliwe źródło, z którego „płynie olej w tak wielkiej obfitości, że napełnić nim można by naraz sto okrętów; nie nadaje się do jedzenia, lecz dobry jest do palenia i do smarowania ludzi i zwierząt chorych na świerzb oraz wielbłądów chorych na parchy i krosty. Ludzie z odległych stron przybywają po ten olej i cała okolica pali tym olejem tylko”. Marco Polo był pierwszym europejskim podróżnikiem, który opisał występowanie i zalety nafty. Na Kaukazie zdumiał go wąski przesmyk Derbent między łańcuchem gór a Morzem Kaspijskim (w dzisiejszym Dagestanie). Znajdowały się tam obwarowania, czyli legendarne Żelazne Wrota, którymi Aleksander Wielki odgrodził niegdyś swoje imperium przed straszliwymi koczownikami z Północy, może samymi ludami Goga i Magoga. Weneccy podróżnicy skierowali się na południe, na ziemie dzisiejszego Iraku. Ich szlak prowadził przez Mosul i Bagdad do Zatoki Perskiej. Marco Polo stale zbierał ciekawe i zarazem praktyczne dla wędrownych kupców informacje o ludach, ich religii i zwyczajach: „W górach tego kraju mieszka lud zwany Kurdami. […] Jest to lud wojowniczy, ale zbójecki. Chętnie łupią kupców, jeśli ci zapuszczą się z towarami w kraj przez nich zamieszkany”. Wszędzie oceniał walory gospodarcze poznawanych krajów. I tak zapamiętał, że Mosul słynął z produkcji jedwabnych tkanin przetykanych złotymi nićmi, czyli muślinu (nazwa pochodzi od miejsca wyrobu). Bagdad widział jako bogaty ośrodek wyrobu doskonałych tkanin i kosztowności, a przy okazji przytoczył ponurą anegdotę o śmierci ostatniego bagdadzkiego kalifa z dynastii Abbasydów al Mustasima. Po zdobyciu Bagdadu w 1258 roku chan Hulagu – brat Kubilaja – miał zdumiewać się wieżą pełną złota i innych kosztowności, a jeszcze bardziej zadziwił się głupotą kalifa, który nie użył swoich skarbów do zorganizowania obrony lub nie przeznaczył ich na okup. Zdobywca udzielił swemu chciwemu i skąpemu jeńcowi okrutnej lekcji: zamknął go w wieży i kazał mu się żywić skarbami, czym doprowadził go do śmierci głodowej. „Zaiste lepiej byłoby dlań rozdać skarb ludziom, aby bronili ziemi jego i ludu, niż zginąć wydziedziczonym wraz z całym narodem” – tak sentencjonalnie zakończył tę historię Marco Polo. Z Iraku trójka Wenecjan przepłynęła do cieśniny Ormuz. Być może pierwotnie planowała dotrzeć do Chin drogą morską, szlakiem doskonale znanym arabskim żeglarzom? Ostatecznie zdecydowali się jednak wyruszyć drogą lądową, skręcając na północ i maszerując skrajem Persji ku Afganistanowi. Być może skłoniły ich do tego przestrogi o czyhających niebezpieczeństwach, może wieści o nieprzyjaznym nastawieniu władcy i ludności na południu Chin: dogorywała tam chińska dynastia Sung, która wkrótce miała ulec Mongołom. Zauważmy, że wielki chan Kubilaj miał swoje siedziby w północnych Chinach. Tak czy inaczej ten etap wędrówki Wenecjanie rozpoczęli od miasta Taurus (czyli Tebriz), które dzięki korzystnemu położeniu było wielkim targowiskiem. Przyjeżdżali tam kupcy z Iraku, Indii oraz z Włoch. Marco Polo zapamiętał, że w perskich miastach rzemieślnicy wyrabiali cenne złotogłowy i inne tkaniny jedwabne oraz bawełniane i że kupcy musieli wędrować z dobrze uzbrojoną strażą. Od rozmaitych ludzi usłyszał nieodległą historię Starca z Gór, jego zamku i wspaniałego ogrodu oraz wyrachowanego sposobu werbowania do sekty assasynów młodzieńców gotowych popełnić na jego rozkaz każdą najśmielszą zbrodnię. Starzec z Gór czynił to tak: odurzonych opium młodzieńców kazał przenosić do swego ogrodu, następnie pozwalał im rozkoszować się jadłem i urodziwymi dziewczętami, po przebudzeniu zaś wmawiał im, że przebywali w raju, do którego z pewnością wrócą po śmierci. Kres ich terrorystycznej działalności położyły dopiero wojska chana Hulagu, które po trzyletnim oblężeniu zdobyły i zniszczyły górską twierdzę assasynów (w 1256 roku). Weneccy kupcy wędrowali dalej przez pustynie, oazy i miasta. Napotykali rozmaite wspólnoty: „czcicieli ognia”, czyli zaratustrian, nestorian, jakobitów oraz inne grupy chrześcijan, także muzułmanów, którzy gotowali wino, a następnie raczyli się słodkim skondensowanym napojem i tym sposobem chytrze obchodzili zakaz nałożony na nich przez Proroka. Wędrowcy dostrzegali często ślady zniszczeń dokonanych przez najazdy mongolskie, ale i odradzającą się wspaniałość mijanych osad. Trudy wędrówki wyostrzały apetyt: zapamiętali smak najsłodszych na świecie melonów, krojonych w cienkie plastry i suszonych na słońcu. Skosztowali ich w Sapurgan (dzisiejszy Szibargan w północnym Afganistanie). Kiedy po trzech dniach wędrówki przez bezludzie dotarli do Badachszanu, ich największą ciekawość wzbudziły informacje o kopalniach okazałych rubinów. Jako kupcy łatwo zrozumieli zapobiegliwe postępowanie lokalnego władcy, który zmonopolizował obrót szlachetnymi kamieniami. Marco Polo wspominał po latach: Postępuje tak król, aby rubiny jego zachowały cenę i wartość, jaką mają. Zaś gdyby pozwolił, aby inni ludzie kopali je i rozwozili po świecie, wydobywano by je w tak wielkiej ilości, że straciłyby wartość i spadłyby w cenie. Panowała w tej krainie dziwnie żywa pamięć o Aleksandrze Macedońskim. Od niego wywodzili władcy Badachszanu swe szczytne pochodzenie, a rasa koni królewskich brała początek od rumaka Aleksandra Macedońskiego Bucefała. Podróż przez północny Afganistan niespodzianie się przedłużyła. Obłożnie zachorował Marco Polo. O przymusowym postoju wspomniał mimochodem, zachwalając walory górskiej przyrody, a zwłaszcza ozdrowieńcze właściwości świeżego i rześkiego powietrza górskiego. Potrzebował kilku dni podróży przez góry, by odzyskać siły. Z tego nowego etapu wędrówki zdumiewają – i przekonują zarazem o autentyczności opisu – szczegóły opisu drogi z Afganistanu do Chin prowadzącej do dziś najdogodniejszym pieszym szlakiem, wzdłuż rzeki Wachan rozdzielającej niebotyczne góry Pamiru („wznoszą się tak wysoko, że uważają to miejsce za najwyższe na świecie”). Marco Polo zachwycił się widokiem dużego jeziora Zor-köl w kotlinie otoczonej górami, gdzie pasły się ogromne dzikie owce. W uznaniu dla Marco Polo, który opisał ich imponujące kształty i rogi, otrzymały łacińską nazwę Ovis Poli, czyli owce Polo. 12 dni wędrowali podróżnicy przez wyżynę Pamir, a ponad 40 dni schodzili na niziny Turkiestanu Wschodniego. Pierwszym godnym wzmianki przystankiem w Chinach był Kasgar (Kaszgar). Okoliczna ludność nie wzbudziła u podróżnych sympatii: „są chciwym i nędznym narodem, gdyż źle jedzą i źle piją”. Podróżni zapuszczali się w bezkresne obszary pustynne – największym wyzwaniem było przejście przez pustynię Gobi. Może to ono powodowało rozdrażnienie i posępne nastroje? Marco Polo wspominał z trwogą o głosach duchów, które wabiły nieroztropnych ludzi odłączających się od karawan, oraz o dźwiękach trąb, bębnów, a nawet zbrojnych hufców. Dzisiaj „śpiewające wydmy” na chińskiej pustyni Takla Makan, czyli przypominające zawodzenie dźwięki wydawane przez poruszane przez wiatr i toczące się po zboczach ziarenka piasku już nie budzą grozy, za to ściągają tłumy hałaśliwych turystów. Dalej weneccy wędrowcy przemierzali krainę Tangut, którą zamieszkiwali tybetańscy buddyści. Marco Polo nazywał ich bałwochwalcami i dziwił się ich religijnym zwyczajom: ofiarom składanym z barana oraz paleniu zwłok podczas uroczystości pogrzebowych. Później mijali kraj Ujgurów, z ludnością nestoriańską, buddyjską i mahometańską. Według podania pierwszy władca Ujgurów narodził się z huby rosnącej na drzewie. W miarę zapuszczania się w terytorium Chin relacja Marco Polo gęstniała od szczegółów i dygresji. Między innymi znalazła się niewiarygodna dla czytelników opowieść o krainie Gingintalas (dziś niełatwej do zlokalizowania), w której kobiety wyrabiały odzież z materii odpornej na ogień i dlatego zwanej salamandrą. Nie musiały prać swoich ubrań, lecz ubrudzone czyściły, wkładając do ognia. Oczywiście tą materią był azbest. W prowincji Kamul (część krainy Tangut) weneckich podróżnych wielce zdumiała gościnność mieszkańców, którzy niemal we wszystkim dogadzali przybyszom, zostawiali im nawet swoje żony i opuszczali na kilka dni domostwa, wierząc, że taka była wola ich bogów, którzy pomnażali gościnnym gospodarzom majątki i potomstwo (warto zauważyć, że tzw. prostytucja gościnna jest doskonale znana etnografom, pisał o niej już w V wieku p.n.e. Herodot). Relacjonując pobyt w niedawnej stolicy Mongołów Karakorum, Marco Polo sporządził obszerną dygresję o dziejach i obyczajach tego ludu. Pomieszał w niej rzetelne informacje z legendarnymi przekazami, chociażby o Księdzu Janie, który panował nad Tatarami i którego pokonanie otworzyło Czyngis-chanowi drogę do władzy i potęgi. Zdziwienie budzi krótki opis samego Karakorum jako rozległej metropolii, który nie odpowiadał rzeczywistości. Wcześniejsze relacje Jana z Pian di Carpine i Wilhelma z Rubruk również przedstawiały mongolską stolicę jako małą osadę. Wreszcie Polowie zakończyli swoją wędrówkę, docierając do Szandu (czyli Szang-tu), letniej rezydencji wzniesionej dla wielkiego chana Kubilaja. Marco Polo opisywał wspaniałe życie jej domowników z niekłamanym zachwytem. Tworzył ją rozległy kompleks ogrodzony długim na 16 mil (ponad 25 km) murem. Wewnątrz znajdowały się „źródła i rzeki, i łąki piękne”, na których żyła zwierzyna łowna. Wielki chan Kubilaj polował tam z sokołami oraz z oswojonym lampartem. Do murów przylegał ogromny pałac kamienny, przepysznie ozdobiony. Jednak chan chętniej przebywał w drugim, równie wspaniale ozdobionym i rozległym pałacu, który znajdował się w środku kompleksu, zbudowanym z trzciny (palmy), rozkładanym i składanym zgodnie z rytmem pobytów monarchy. Marco Polo pełen uznania opisywał tę konstrukcję, której dach był przytrzymywany przez 200 jedwabnych sznurków. Wielki chan Kubilaj – tak wspominał Marco Polo – powitał Wenecjan serdecznie i uradował się z darów. Szczególnie przypadł mu do gustu rezolutny młodzian, którego włączył do swojej świty. Marco Polo „poznał dobrze zwyczaje Tatarów, język ich i pismo, i sztukę wojenną, nauczył się posługiwać czterema językami”. Został zaufanym urzędnikiem do specjalnych poruczeń. Niech to nie dziwi: wielki chan Kubilaj sam był w Chinach zwycięskim najeźdźcą, panował w rozległym i wieloetnicznym imperium, rozciągającym się od Persji aż po Koreę, i do rządzenia zatrudniał rzesze obcych dla lokalnych ludów funkcjonariuszy. Marco Polo mógł być jednym z nich. Choć w to, że – jak zapewniał – przez trzy lata zarządzał miastem Jandżu (Jang–czou, Yangzhou) nad Wielkim Kanałem, budzi już poważne wątpliwości. Gwoli ścisłości bowiem trzeba podkreślić, że jak dotąd chińskie źródła nie potwierdziły pobytu i działalności Marco Polo na dworze Kubilaja. Wnioskując z „Opisania świata”, można przypuszczać, że weneccy przybysze spędzili na dworze wielkiego chana i w jego imperium wiele lat. W tym czasie ojciec i stryj pomnażali majątek, skupując klejnoty oraz szlachetne kamienie, Marco Polo zaś w sprawach urzędowych podróżował do najdalszych prowincji, zbierał informacje oraz wypełniał inne misje, a przy okazji poznawał osobliwości geograficzne i historyczne, o których opowiadał po latach. Między innymi opisywał letnią stolicę wielkiego chana Chanbałyk (dzisiejszy Pekin), jej niewyobrażalną wielkość (ponad milion mieszkańców), porządek panujący w tej metropolii, rozległą działalność handlową (z samym jedwabiem miało wjeżdżać dziennie ponad tysiąc wozów). Wrażliwy na wszystko, co dotyczyło sfery kupieckiej, Wenecjanin opisał posługiwanie się banknotami. W Chanbałyku bowiem za towary płacono małymi papierowymi pieniędzmi wyrabianymi z łyka morwy. Pochodziły one z mennicy wielkiego chana, opatrzone były jego pieczęcią i zadrukowane czerwonymi znakami informującymi o wartości. Gwarantował ją monarcha, który kupował za banknoty luksusowe towary i tym sposobem puszczał je w obieg. Próby fałszerstwa były karane śmiercią. Marco Polo potrafił też docenić infrastrukturę drogową i sprawny system poczty, bez którego kontynentalne imperium nie mogłoby istnieć. Ze stolicy rozchodziły się we wszystkich kierunkach drogi, każda z nich posiadała nazwę prowincji, do której wiodła. Co 25 mil (ok. 40 km) znajdowały się stacje, w których wypoczywali i zmieniali konie posłańcy wielkiego chana. Marco Polo nieraz musiał korzystać z tych udogodnień i wspominał po latach pełen uznania: „jest to największy dowód wspaniałości i wielkości, jakiej nie znał żaden cesarz ani król […]. Gdyż wiedzcie, że ponad 200 tysięcy koni stoi na owych miejscach postoju w pogotowiu dla wysłańców wielkiego chana. Zaś gospody te są w liczbie ponad 10 tysięcy, wszystkie tak bogato zaopatrzone w sprzęt wszelki”. Opis rozmaitych miejsc w imperium wielkiego chana Kubilaja oraz jego rządów zajmuje najwięcej miejsca w dziele Marco Polo i nie sposób go w tym miejscu streścić. Mimo że rodzinie Polo dobrze się wiodło na dalekiej obczyźnie, to jednak zaczęła ich dręczyć tęsknota za ojczystą Wenecją. Powrót nie był łatwy, sprzeciwiał się temu wielki chan Kubilaj, który cenił sobie współpracę z obrotnymi Włochami. Dopiero po 17 latach pobytu nadarzyła się okazja do ucieczki. Oto wyruszało poselstwo, które odprowadzało do Persji mongolską księżniczkę przeznaczoną na żonę dla chana Arguna. Do orszaku przyłączyli się Wenecjanie, a według „Opisania świata” to oni mieli prowadzić tę misję i wskazać – jako najlepszą – drogę morską do portu Ormuz. Tego już jednak inne źródła nie potwierdzają. Flota, składająca się z 14 chińskich dżonek, wypłynęła na początku 1292 roku. Opłynęła Półwysep Indochiński, zatrzymała się na Sumatrze, przepłynęła cieśninę Malakka, dalszą trasę wyznaczały postoje na Cejlonie i na zachodnim wybrzeżu Indii. Do portu Ormuz dopłynęła tylko jedna ocalała dżonka i zaledwie 18 marynarzy (reszta padła ofiarą szalejących sztormów lub ataków piratów). Wenecjanie ruszyli dalej, opuścili Persję, dotarli do Trapezuntu nad Morzem Czarnym, wsiedli na okręt i mijając Konstantynopol, w 1295 roku powrócili do rodzinnego miasta. Zatoczyli koło, przemierzając niemal cały Wschód, o którym ówcześni Europejczycy mieli co najwyżej mgliste wyobrażenie. Marco Polo roztoczył niezwykle barwną i kompletną – wydawałoby się – panoramę Chin. Zajmuje ona w jego dziele najwięcej miejsca i nie sposób jej tutaj streścić. A jednak już wiele pokoleń niepokoi brak istotnych szczegółów, które wręcz symbolizują odrębność chińskiej cywilizacji. I tak wenecki podróżnik nie uznał za wartą wspomnienia monumentalnej budowli, jaką jest do dziś Wieki Mur, mimo że przemierzył północną część Chin. Bywał w misjach służbowych na południu Chin i nie zaobserwował uprawy krzewu herbacianego i zwyczaju picia herbaty. Nie zauważył też, że Chińczycy jedzą, posługując się pałeczkami. Interesował się chińskimi kobietami, często zachwalał ich walory, a jednak nie wspomniał o szokującym zwyczaju krępowania w dzieciństwie i deformowania stóp kobiecych. Wreszcie kupiec, urzędnik i poliglota, który z pewnością trzymał w dłoniach papierowe pieniądze z wydrukowanymi znakami, nie opowiedział o technice drukarskiej ani o oryginalnej chińskiej kaligrafii. Nadto entuzjastom podróżnikom, którzy próbowali przejść tę samą trasę co Marco Polo, nigdy nie udało się dotrzymać tempa, jakie dla poszczególnych etapów znaleźli w „Opisaniu świata”. Te luki i nieścisłości dla części czytelników są dowodem, że Marco Polo nigdy nie był w Chinach. Przed kilkunastu laty tego typu zarzuty zestawiła w sążnistej rozprawie brytyjska sinolog Francis Wood. Według jej wywodu Marco Polo nigdy nie był w Chinach. Być może dotarł do Persji – do tego momentu jego relacja nie budzi większych wątpliwości, ale też podróż do Persji nie stanowiła już w środowisku włoskich kupców w drugiej połowie XIII wieku nadzwyczajnego wyczynu. Niewykluczone jednak, że odwiedził jedynie Sudak na Krymie, gdzie placówkę handlową posiadała jego rodzina. Skąd zatem Marco Polo czerpał informacje, które wykorzystał do snucia swoich anegdotycznych opowieści o egzotycznej wyprawie? Po pierwsze, mógł zapamiętać relacje swego ojca i stryja, którzy – tu nikt nie zgłasza wątpliwości – w wyniku niespodziewanego splotu okoliczności dotarli na dwór wielkiego chana Kubilaja i powrócili do Wenecji. Po drugie, mógł też zdobyć informacje od innych kupców, którzy zapuszczali się w tej epoce w coraz odleglejsze kraje i wymieniali się pożyteczną wiedzą. Po trzecie, w tej epoce zaczęły się pojawiać pierwsze spisane relacje o podróżach na Wschód. Po czwarte, przypuszcza, że autorem „Opisania świata” był nie tyle Marco Polo, ile erudyta i literat z Pizy Rusticello, który na przełomie XIII i XIV wieku równie dobrze mógł skompilować własną redakcję romansu o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, co zredagować fabułę o rzekomej wyprawie i pobycie w Chinach. Jednak ten ostatni argument można z powodzeniem odwrócić na korzyść podejrzanego Marco Polo. Snuł on swoje wspomnienia w dość niecodziennych okolicznościach, nie jest pewne, w jakim stopniu korzystał ze skąpych notatek, jakie sporządzał podczas dalekich wojaży. Usprawiedliwiał się, że pisałby je znacznie obszerniej, gdyby nie stracił nadziei, że kiedykolwiek wyrwie się spod władzy wielkiego chana i znajdzie sposobność do opowiedzenia o swoich przygodach „i dlatego zapisał w swoich pamiętnikach tylko to trochę, co w pamięci zachował”. Jego opowieść nie miała być dokładną relacją z podróży ani tym bardziej spójnym wykładem geograficznym lub etnograficznym. Opowiadał anegdotycznie o wydarzeniach, które rozgrywały się w ciągu kilkudziesięciu lat oraz o zasłyszanych egzotycznych osobliwościach. Wreszcie nie potrafimy ocenić, w jakim stopniu Rusticello, a po nim inni kopiści, fabularyzował i poprawiał relację Marco Polo. Jest faktem, że wiele z ok. 150 rękopisów „Opisania świata” różni się w szczegółach treścią i objętością. Wiemy, że Marco Polo miał w rękach rękopis „swego” dzieła, który podarował w 1307 roku Thibaultowi de Chepoy, wysłannikowi Karola Walezjusza. Ale oryginał tego dzieła zaginął. Już współcześni słuchacze i czytelnicy nie dowierzali nieprawdopodobnym w ich przekonaniu opowieściom Marco Polo. Według Ramusio mieli go przedrzeźniać i nadać mu przydomek pan Milion, a to z powodu często występujących w jego opowieściach o imperium mongolskim wielkości i ilości liczonych w milionach. Jednak niewzruszony autor stawiał czoło tym zarzutom i zapewniał, że nasza księga była uczciwa i prawdziwa, bez żadnego kłamstwa. Większość krytycznych czytelników „Opisania świata” wierzy, że Marco Polo przewędrował niemal cały ówczesny świat, nawet jeśli swoją opowieść w wielu fragmentach cokolwiek ubarwił. Krzysztof Kowalewski - historyk średniowiecza, doktor w Instytucie Slawistyki PAN
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL