fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Aleksandra Sewerynik: Prawo autorskie czy copyright?

123RF
W dyskusjach o kształcie prawa autorskiego często można znaleźć odwołania do amerykańskich autorów lub orzecznictwa amerykańskich sądów.

To zupełnie naturalne w dzisiejszym globalnym świecie. Internetowi giganci, tacy jak Google, Spotify czy Facebook, to firmy amerykańskie. Ich usługi są chyba najważniejszym obszarem korzystania z twórczości.

W dyskusjach trzeba jednak pamiętać, że anglosaski i kontynentalny system prawa autorskiego mają zupełnie inne korzenie aksjologiczne. Zrozumienie tych różnic może pomóc uporządkować dyskusję oraz dostrzec głębokie przyczyny problemów na styku globalizacji rynku korzystania z twórczości i kontynentalnego systemu prawa autorskiego.

Aby omówić te różnice, trzeba najpierw nieco cofnąć się w czasie.

Impulsem dla prawnej ochrony twórczości było wynalezienie druku i związana z tym ekonomiczna potrzeba zabezpieczenia inwestycji wydawcy, który ponosił koszty przygotowania książki do druku oraz wytworzenia jej egzemplarzy. Potrzeba ta przerodziła się w ustanawianie tak zwanych przywilejów drukarskich. Pionierami były tu państwa włoskie - Wenecja i Mediolan. Przywilej zapewniał wyłączność na wydawanie i sprzedawanie danego dzieła przez określony czas. I właśnie na tym gruncie, podparty dodatkowo ideami utylitarystycznymi, został wprowadzony w Anglii w 1709 r. Statut Anny, uważany za pierwszą regulację prawnoautorską.

Prawo angielskie u swoich podstaw odwoływało się zatem przede wszystkim do kryteriów ekonomicznych (zwrot inwestycji wydawcy) oraz idei użyteczności publicznej. W preambule Statutu Anny napisano, że ma „zachęcać uczonych do tworzenia i spisywania ksiąg pożytecznych". Idee te zostały później uwzględnione w Konstytucji USA, w której zapisano, że „Kongres ma prawo: (...) — popierać rozwój nauki i użyteczne umiejętności przez zapewnienie na określony czas Autorom i Wynalazcom wyłącznych praw do ich Dzieł czy Wynalazków". Dlatego właśnie prawo to nazwano „Copyright", co można tłumaczyć jako „prawo do wytwarzania kopii".

Kontynentalne ustawy przyjęły jednak całkiem inny aksjologiczny punkt wyjścia. Idee prawa naturalnego oraz personalizmu zostały wyrażone w pierwszych francuskich ustawach z 1791 r. Opierają się one na idei, że twórczość jest efektem duchowej, intelektualnej pracy autora, któremu przysługuje niezbywalna godność i prawo właności do efektów jego pracy twórczej. Nieprzypadkowo zatem w systemie kontynentalnym twórczość chronią „prawa autorskie", czyli prawa wywodzące się od autora.

Polskie prawo autorskie jest oparte na tych właśnie ideach. Miało to odzwierciedlenie w pierwszej polskiej ustawie z 1926 r., w której znalazła się pierwsza na świecie syntetyczna definicja utworu jako „każdego przejawu działalności duchowej, noszącego cechę osobistej twórczości".

W skrócie można zatem powiedzieć, że anglosaskie „copyright" skupia się na aspekcie ekonomicznym (zwrot inwestycji) oraz utylitarnym (zachęta do tworzenia). Zaś kontynentalne „droit d'auteur" koncentruje się na prawie autora do dysponowania efektami swojej pracy twórczej.

Można zauważyć, że w dzisiejszym globalnym świecie kontynentalne idee monopolu autorskiego, pielęgnowane w doktrynie i orzecznictwie, w praktyce ustępują kapitalistycznym „prawom rynku". Twórcy najczęściej przenoszą swoje wyłączne prawa autorskie na posiadających znaczną przewagę ekonomiczną wydawców, prym zaś wiodą wszelacy pośrednicy na linii autor (wydawca) – odbiorca, czyli wspomniane serwisy, np. YouTube. Mam zaś wrażenie, że dominacja tych ostatnich tak samo boli autorów jak i wydawców.

Dlatego można zauważyć, że najbardziej wyraźną tendencją dzisiejszego świata nie jest oddawanie twórczości w ręce wydawców, ale raczej coraz większa utrata kontroli nad aktami korzystania z utworów, a zatem także monetyzacji twórczości, zarówno przez wydawców, jak i przez autorów.

Ta realna sytuacja w praktyce znacznie utrudnia wcielanie w życie ideii monopolu autorskiego, zabezpieczanego przez majątkowe prawa wyłączne, ale także modelu copyright. Często to prowadzi do braku zwrotu inwestycji włożonej w wydanie dzieła.

Może czas zatem na całkiem nowy model prawa autorskiego i wprowadzenie instrumentów zabezpieczających ekonomicznie twórcę kosztem monopolu autorskiego i praw wyłącznych? Wydaje mi się, że czas na model stanowiący swoisty (re)miks droit d'auteur i copyright, oparty na częściowo niezbywalnym prawie do wynagrodzenia oraz kontynuujący zakorzenioną w kontynentalnej tradycji ochronę autorskich praw osobistych.

Autorka jest prawnikiem, dyrygentem chóralnym. Współpracuje z kancelarią Hasik i Partnerzy

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA