fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jak Jacek Maziarski szukał uczciwej pracy w stanie wojennym

W latach 1971–79 Jacek Maziarski był członkiem redakcji tygodnika „Polityka”. Na zdjęciu stoi obok Jerzego Urbana. Z lewej u góry Daniel Passent, z prawej Mieczysław Rakowski i Adam Krzemiński.
Forum, Erazm Ciołek
Podczas stanu wojennego czytelnik „Życia Warszawy" mógł natrafić na nietypowe ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy. Jacek Maziarski". Znany dziennikarz znalazł ją ostatecznie w antykwariacie.

Maziarski z wykształcenia był polonistą. Na czas jego studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim przypadły wydarzenia Października '56. Był wówczas związany z krakowskim środowiskiem studenckim, które tworzyło Polityczny Ośrodek Lewicy Akademickiej. Mogłoby to wskazywać, że bliskie były mu rewolucyjne poglądy marksistowskie (ale pozostające w kontrze do rzeczywistości PRL), bliskie rewizjonistom krytykujących praktykę systemu, a nie wyznawaną ideologię. Może jednak po prostu był w takim kręgu towarzyskim albo właśnie to środowisko dawało wówczas możliwość zaangażowania się na rzecz demokratyzacji systemu? Językiem polityki, z którego korzystała wówczas zbuntowana młodzież, na ogół był marksizm; inny język, jeżeli chciało się politykę w Polsce prowadzić oficjalnie, właściwie nie funkcjonował. Maziarski w 1957 r. brał udział w protestach przeciwko likwidacji „Po Prostu", czyli słynnego tygodnika zbuntowanej młodzieży. W tym samym roku zadebiutował na łamach „Tygodnika Powszechnego", którego konotacje ideowe były już zupełnie inne.

Po studiach kariera Maziarskiego biegła przez długi czas dwoma równoległymi ścieżkami: dziennikarską i naukową. W 1967 r. obronił doktorat z teorii literatury. Dotyczył on reportażu, który w latach 60. w Polsce przeżywał niezwykły rozkwit, być może największy w historii, niezależnie od ograniczeń cenzury. W tej i kolejnej dekadzie Maziarski prowadził wykłady na kilku uczelniach, głównie dla studentów dziennikarstwa, m.in. w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach, na Uniwersytecie Warszawskim i na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Jednocześnie realizował się jako reporter i publicysta. W latach 1959–1971 pracował w tygodniku „Panorama", Zachodniej Agencji Prasowej, „Dzienniku Zachodnim" oraz Zespole Informacji i Prasy Szkolenia Centralnego Komitetu Stronnictwa Demokratycznego. Zajmował coraz wyższe stanowiska; w tej ostatniej instytucji był kierownikiem, wcześniej kierował też działem publicystycznym „Panoramy". Na początku lat 70. trafił do „Polityki". Kariera Maziarskiego w kolejnych latach nabierała rozpędu. Świadczą o tym otrzymywane nagrody: im. Juliana Bruna (1964), SDP (1968 i 1974) i Klubu Sprawozdawców Parlamentarnych (1973) oraz kilka orderów państwowych. Świadczą one z jednej strony o tym, że był dobrze postrzegany przez rządzących, z drugiej o talencie dziennikarskim, dobrym piórze i uznaniu, jakim cieszył się wśród kolegów po fachu.

Polityczny realizm?

Trzeba pamiętać, czym była prasa w PRL. Władze traktowały ją przede wszystkim jako element „frontu ideologicznego" i angażowały dużą część dziennikarzy w kampanie propagandowe służące realizacji ich polityki. Bycie dziennikarzem w PRL często oznaczało wpisywanie się w obowiązującą ideologię czy pisanie tekstów atakujących środowiska opozycyjne czy państwa zachodnie. Jednocześnie wielu dziennikarzy znajdowało swoje nisze czy to w mniej poczytnych pismach, czy w bardziej „bezpiecznych" tematach gospodarczych lub kulturalnych.

Jak odnajdował się w tym Maziarski? Po 1957 r. nie miał związków ze środowiskami opozycyjnymi (kształtującymi się w środowiskach uniwersyteckich czy literackich). Przez pewien czas pisywał również do „Nowych Dróg", czyli głównego organu ideologicznego PZPR. W latach 60. należał do Stronnictwa Demokratycznego, czyli jednej z dwóch partii „sojuszniczych" PZPR. Aktywność w SD nie ograniczała się jednak tylko do samego członkostwa; można wręcz powiedzieć, że robił tam karierę. W 1969 r. został wybrany do Centralnego Komitetu tej partii (przeniósł się wtedy do Warszawy); wszedł nawet w skład sekretariatu CK SD. Tego rodzaju zaangażowanie polityczne z pewnością ułatwiało karierę i dawało pozycję w środowisku. Można to więc odczytywać jako przykład przystosowania czy nawet konformizmu.

Zaangażowanie w SD Maziarskiego można też interpretować jako przejaw szukania alternatywnej drogi od przynależności do „przewodniej siły narodu", jak wówczas pisano o rządzącej partii. Sam Maziarski po latach swoje zaangażowanie tłumaczył następująco: „dla mnie rok 1956 to był przełom, który otworzył mi oczy i pokazał, że w komunizmie da się wykorzystywać różnego rodzaju możliwości. Nikt wtedy nie wierzył w obalenie ustroju, ale reformy, osłabienie monopolu partii – tak, to się mogło udać".

Tematy, o których pisywał Maziarski, niekoniecznie należały do „bezpiecznych". Zajmowanie się przez niego problemami społecznymi czy tematyką niemiecką świadczyło o silnej pozycji, ale jednocześnie wymagało demonstrowania lojalności wobec władz – w publicystyce o polityce RFN nie było wszak zbytniego miejsca na niuanse. Przynależność do SD mogła pozwalać powiedzieć nieco więcej.

Szeregi SD Maziarski opuścił w 1971 r. Okoliczności podjęcia tej decyzji sam po latach opisywał w barwny sposób: „Po dwóch latach pracy we władzach SD w Warszawie zmieniłem coś tam w uchwale Stronnictwa. Chodziło po prostu o poprawki językowe – jako filolog nie mogłem patrzeć na takie błędy. Na to przerażeni ludzie mówią: »Kolego, co wy robicie? Przecież to zostało już zatwierdzone przez Wydział Organizacyjny KC!«. Wtedy mnie szlag trafił. Niby wiedziałem, że wszystko jest kontrolowane przez PZPR, ale żeby do tego stopnia?! Doszedłem do przekonania, że na dłuższą metę w tych warunkach nie da się nic zrobić i zrezygnowałem z SD". Trudno w jakikolwiek sposób zweryfikować tę relację.

W tym samym roku ukazał się słynny tekst Mieczysława Rakowskiego „Dobry fachowiec ale bezpartyjny" wskazujący właśnie na problem wpływania przez PZPR na niemal wszystkie dziedziny życia. Pewnie to przypadkowa zbieżność, ale właśnie wtedy Maziarski trafił do zespołu „Polityki". Z pewnością taki krok jak odejście z SD nie przynosił w warunkach PRL korzyści, natomiast patrząc na karierę Maziarskiego, nie wydaje się, żeby w czymkolwiek mu to zaszkodziło. Przykład ten pokazuje, że taki gest nie musiał oznaczać odejścia z zawodu i „przymierania głodem", jak wynikałoby z tłumaczeń wielu dziennikarzy z tamtych lat.

W latach 60. i 70. Maziarskim interesowała się Służba Bezpieczeństwa. Powodem było to, że w okresie pracy w „Dzienniku Zachodnim" i „Panoramie" miał głosić poglądy opozycyjne, negować kierowniczą rolę PZPR i „poddawać w wątpliwość istnienie prawdziwej demokracji w Polsce". Później, już po przenosinach do Warszawy, w czasie pracy w „Polityce", próbowano go podejść i – w dalszej perspektywie – podjąć próbę werbunku jako tajnego współpracownika. W jego aktach zachowała się notatka funkcjonariusza z rozmowy z Maziarskim w lutym 1973 r., przy czym nie wiadomo, czy dziennikarz zdawał sobie sprawę z tego, z kim rozmawiał.

Rozmowa dotyczyła ogólnej sytuacji mediów i środowiska dziennikarskiego. Nie pojawiały się w niej żadne szczegóły ani personalia, funkcjonariusz zresztą nie drążył, zapewne nie chcąc zrazić rozmówcy. Oprócz notatki w aktach zachowało się sporządzone w kolejnych tygodniach przez Maziarskiego opracowanie dotyczące nastrojów społecznych w środowiskach inteligenckich i robotniczych. Miało ono charakter ogólny; nie padały w nim żadne nazwiska ani bliższe informacje. Według funkcjonariusza, który przyjął dokument, Maziarski „został zobowiązany do dalszego śledzenia nastrojów i opinii związanych z krążącymi pogłoskami o podwyżkach cen niektórych artykułów". Jak tłumaczyć powstanie takiego dokumentu? Jest bardzo prawdopodobne, że był on elementem strategii Maziarskiego, który nie chciał podjąć współpracy, natomiast sądził, że musi przekazać funkcjonariuszowi jakiekolwiek informacje. Faktem jest, że z planów SB wobec dziennikarza nic nie wyszło. W kolejnej dekadzie natomiast policja polityczna inwigilowała go jako dziennikarza związanego z opozycją.

W „Polityce"

Maziarski przez większość lat 70. pracował w „Polityce". Cieszył się uznaniem czytelników. W pewnym momencie uznano go za jednego z pięciu najbardziej poczytnych autorów publikujących na łamach tygodnika. Jego publicystyka w tym czasie wpisywała się w generalną linię „Polityki" balansującą między umiarkowaną krytyką rzeczywistości (społecznej i gospodarczej) i oddawaniem władzy „serwitutów" oraz apelami o realizm. Na przykład późnym latem 1976 r. Maziarski w tekście „Nastroje i poglądy" apelował o spokojną pracę na rzecz stopniowego uzyskiwania przez społeczeństwo większego wpływu na sytuację w kraju. Z jednej strony tekst ów można odczytać jako krytyczny wobec aktów opozycyjnych, z drugiej – jako wskazanie (w warunkach cenzury), że wpływ Polaków na rzeczywistość jest zbyt mały.

Jednocześnie z pewnością nie był w niej postacią pierwszoplanową; nie należał do słynnej „bandy Rakowskiego", czyli grupy najbardziej zaufanych dziennikarzy mocno związanych towarzysko z redaktorem naczelnym. Był z nim na „ty", ale w tym kręgu to o niczym nie świadczyło. Tym bardziej zaskakuje przesłanie w czerwcu 1978 r. przebywającemu wówczas w USA Rakowskiemu obszernego listu. List ten rzuca światło na krytyczny stosunek Maziarskiego do funkcjonowania mediów w późnych latach 70. i ignorowania przez nie problemów społecznych, które ujawni się w kolejnych latach.

Ciekawe było też, co dziennikarz pisał Rakowskiemu o sytuacji w samej „Polityce": „Redakcja jakoś toczy się, choć w zwolnionym tempie, bo urlopy wykorzystują ludzie. Nastroje także i u nas niedobre, szczerze mówiąc, myślę, że brakuje Ciebie. To się czuje i wiele z tego co wydrukowaliśmy w 20-leciowej »Polityce« o Tobie pomyślane było jako żarto-komplementy. Nie idzie bez szefa, rozpiździajstwiajstwo się zaraz zakrada i w ogóle niemożność jakaś taka ogólna".

Zresztą nawet kiedy Rakowski był w kraju, poświęcał więcej czasu swojej aktywności politycznej niż kierowanej przez siebie gazecie, co denerwowało znaczną część zespołu. Nakładał się na to konflikt związany z linią „Polityki". Część dziennikarzy uważała, że w krytyce ówczesnej sytuacji powinna ona sobie pozwalać na więcej, niż chciał tego Rakowski i związana z nim część zespołu. Maziarski należał do zwolenników zmiany linii pisma na ostrzejszą. Ostatecznie w 1979 r. zdecydował się na zmianę miejsca pracy. Wchodzący również w skład redakcji Dariusz Fikus wspominał: „Jacek Maziarski nie wytrzymał tego napięcia i rzucił redakcję na rzecz »Kultury«, ale na jego miejsce pojawił się równie »gniewny« Ernest Skalski". Symptomatyczne, że trzy lata później cała ta trójka dziennikarzy związana była z opozycją i prasą podziemną, a Rakowski pełnił funkcję wicepremiera.

„Kultura" wówczas była pismem grupującym dziennikarzy nieco bardziej zbuntowanych niż „Polityka". Pod koniec dekady Maziarski zbliżył się do środowisk opozycyjnych. Pierwszą inicjatywą, z którą się związał, było stworzone przez innego dziennikarza, Stefana Bratkowskiego, Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Miało ono dość nietypowy charakter, bo na zebraniach spotykali się ludzie związani z opozycją oraz ci należący do PZPR i sympatyzujący z „liberalnym" nurtem w partii. Zaangażowanie w tej strukturze nie oznaczało bowiem jeszcze przejścia „na drugą stronę barykady". Było jednak sygnałem o poszukiwaniu możliwości działania politycznego poza oficjalnymi instytucjami.

Przełom

W życiu Maziarskiego przełomem był – tak jak w przypadku większości dziennikarzy kojarzonych później z opozycją – Sierpień '80 i powstanie „Solidarności". Jeszcze w 1980 r. dziennikarz warszawskiej „Kultury" otrzymał nagrodę dla dziennikarzy relacjonujących odbywający się w lutym tego roku zjazd PZPR. Na początku lipca 1980 r. Maziarski opublikował artykuł o podwyżce cen oraz wybuchu pierwszych protestów robotniczych. Był on mocno krytyczny wobec ówczesnej rzeczywistości. Maziarski wskazywał w nim na kiepski stan gospodarki oraz mylne wyobrażenia społeczeństwa na ten temat. Jego zdaniem żądania strajkujących wynikały właśnie z braku wiedzy na temat sytuacji kraju. Krytykował brak informacji na ten temat w mediach i apelował o podanie ich do wiadomości publicznej.

Biorąc pod uwagę, że kilka tygodni później powstała „Solidarność", te słowa wydawać się mogą zbyt umiarkowane – chociaż Maziarski krytykował politykę informacyjną władz, nadal patrzył na wydarzenia z ich perspektywy. Jednak na tle ówczesnej propagandy, obecnej w oficjalnych mediach, tezy Maziarskiego były dość odważne. Trzeba też pamiętać, że tekst ów musiał przejść przez cenzurę.

Krótko po powstaniu „Solidarności" Maziarski został jej członkiem, a nawet wiceprzewodniczącym komisji zakładowej w Wydawnictwie Współczesnym, które drukowało „Kulturę". Należała ona do tych pism, których zespoły w największym stopniu popierały rewolucję solidarnościową. Znajdowało to wyraz w tekstach samego Maziarskiego, w których podkreślał osiągnięcia 1980–1981 w porównaniu z bardzo krytycznie przez niego ocenianymi czasami gierkowskimi. Był jednym z przedstawicieli Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podczas rozmów z prezydium Radiokomitetu na temat przyznania „Solidarności" dostępu do oficjalnych mediów. Był autorem projektu zmian w RSW Prasa–Książka–Ruch. Jesienią 1981 r. pojawił się na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ „Solidarność".

Symptomatyczne dla przełomu, jaki przeszedł Jacek Maziarski w tym czasie, jest wspomnienie jego syna, Wojciecha, który studiował wówczas na Węgrzech. „(...) nawiązałem kontakt ze środowiskiem opozycji demokratycznej (...). W pierwszej połowie 1981 r. (a może nawet w końcu 1980 (...)) tata odwiedził mnie w Budapeszcie. Gdy węgierscy przyjaciele dowiedzieli się, że przyjeżdża dziennikarz z Polski, związany z „Solidarnością", poprosili, żeby zorganizować z nim spotkanie. Tata zgodził się i przeprowadził (...) wykład o sytuacji w Polsce, odpowiadał na ich pytania. Uczestnictwo w de facto nielegalnym przedsięwzięciu opozycji, i to w innym państwie bloku wschodniego, oznaczało, że w tym czasie mój tata już całkowicie przekroczył Rubikon i znalazł się w obozie przeciwników panującego ustroju".

Nic dziwnego, że Maziarski należał do najbardziej zaangażowanych dziennikarzy przeprowadzających „odnowę" w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, w którym część działaczy coraz mocniej sympatyzowała z Solidarnością. Kiedy w sierpniu 1981 r. ponad 40 dziennikarzy popierających władze PRL wystosowało list otwarty, w którym potępiali sprzyjające związkowi kierownictwo stowarzyszenia (wcześniej wystosowało ono oświadczenie potępiające dezinformację ze strony podległych władzy mediów), Maziarski sformułował list o przeciwnej treści, solidaryzujący się z kierownictwem SDP. „Powodowani troską o wiarygodność i rzetelność polskiego dziennikarstwa, my, niżej podpisani członkowie SDP, protestujemy przeciw nasilającym się zjawiskom dezinformowania społeczeństwa, jednostronnego i tendencyjnego przedstawiania faktów oraz manipulacyjnego wykorzystywania środków masowego przekazu". Odzew z pewnością przerósł oczekiwania Maziarskiego, bo pod dokumentem podpisało się około... 1,9 tys. dziennikarzy. W grudniu 1981 r. miał objąć stanowisko redaktora naczelnego w piśmie „Samorząd". Jednak z powodu stanu wojennego nie zdążyło już ono powstać.

Konspirator-antykwariusz

Pismo nie powstało, więc Maziarski został bez pracy. Wymyślił wówczas oryginalną formę protestu przeciwko pacyfikowaniu przez władze środowiska dziennikarskiego (trwała wtedy „akcja weryfikacyjna"), jaką było zamieszczenie w prasie ogłoszenia: „Szukam uczciwej pracy. Jacek Maziarski". „Zaniosłem je do »Życia Warszawy«, bez większego przekonania, bo wydawało mi się, że cenzura tego nie puści. A jednak puściła. To, co się działo potem, przeszło moje wyobrażenia. Przez parę dni telefon dzwonił niemal bez przerwy – zgłaszali się właściciele warsztatów samochodowych i gospodarstw rolniczych, jakieś życzliwe dusze z bibliotek i księża". Dziennikarz Maciej Łukasiewicz pod datą 12 marca 1982 r. odnotowywał „Było około 70 telefonów! Wszyscy się bardzo radują". Kolejnego dnia odnotował wypowiedź bp. Jerzego Dąbrowskiego, który mówił, że ogłoszenie było lepsze niż 50 artykułów w ówczesnej prasie.

Wśród osób, które się zgłosiły do Maziarskiego, był Jerzy Klinger z SDP, który miał informację o wolnym lokalu w pawilonach u zbiegu Marszałkowskiej i Królewskiej. Postanowili wspólnie założyć tam antykwariat. Miejsce to później regularnie wykorzystywano do działań konspiracyjnych. Telefony z propozycjami pracy, które dostał Maziarski, jak oceniał po latach, wpłynęły na jego postawę. „Po którejś z kolei rozmowie zrozumiałem, że jestem po drugiej stronie. Skończył się czas dwuznacznych kompromisów, teraz nie było już innego wyjścia, jak tylko jednoznaczne, przyzwoite zachowanie".

Cała sytuacja nabrała rozgłosu. Mówiła o nim Wolna Europa. Jego sąsiad, urzędnik z Ministerstwie Rolnictwa, powiedział do niego na klatce schodowej: „Jak pan mógł coś takiego zrobić generałowi?". Gest Maziarskiego został dostrzeżony również przez władze PRL. Zaatakowano go na łamach „Trybuny Ludu", której jeden z dziennikarzy pisał: „Od biedy bowiem można legitymować się w kawiarnianym towarzystwie takim ogłoszeniem jako namiastką internowania. Wątpię, czy ktoś grający tak nieuczciwą kartą może szukać uczciwej pracy".

Pomoc okazywaną Maziarskiemu w kwietniu 1982 r. w swoim stylu interpretował jeden z funkcjonariuszy SB: „Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że Jacek Maziarski – były redaktor »Polityki«, który poszukiwał pracy poprzez ogłoszenie w »Życiu Warszawy«, miał uzyskać prywatne stypendium w wysokości 50 tys. zł miesięcznie od bliżej nieznanego »badylarza«". Już wcześniej, od lutego 1982 r., SB inwigilowała go w ramach sprawy o kryptonimie „Skorpion". Prowadzono ją do 1989 r.

Z całej sytuacji drwił również (znający go z redakcji „Polityki") wicepremier Mieczysław Rakowski w wydanej jeszcze w latach 80. książce „Czasy nadziei i rozczarowań", przekręcając jednocześnie treść ogłoszenia. Rakowski jakby nie brał pod uwagę tego, że słowa o poszukiwaniu przez dziennikarza „uczciwej pracy" były celnym komentarzem do fali zwolnień niepokornych dziennikarzy i obecności w oficjalnych mediach antysolidarnościowej propagandy.

Od początku stanu wojennego Maziarski angażował się w różnego rodzaju przedsięwzięcia opozycyjne. Jeszcze w grudniu 1981 r. brał udział w akcji pomocy internowanym na warszawskiej Białołęce. Był jednym z głównych inicjatorów akcji samopomocy w środowiskach dziennikarskich, podejmowanych m.in. wokół warszawskiego kościoła św. Anny. Przez kolejne lata uczestniczył w spotkaniach podziemnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odbywających się najczęściej w kościołach. Jeździł po parafiach z różnego rodzaju odczytami. W 1982 r. redagował czasopismo podziemne „Druk"; wkrótce zaczął pisać dla „Tygodnika Wojennego". W 1984 r. założył Niezależną Agencję Informacyjną tworzącą biuletyn przekazywany podziemnym redakcjom. W drugim obiegu ukazało się kilka książek z jego publicystką, był też doradcą struktur podziemnej „Solidarności". Od 1987 r. Maziarski łączył dziennikarstwo podziemne z oficjalnym; został publicystą katolickiego czasopisma „Ład", które było koncesjonowane i cenzurowane, ale zachowywało pewien stopień niezależności, co pozwalało zatrudniać osoby znajdujące się „na indeksie". Na lamach tego tytułu ukazywał się stały felieton Maziarskiego – „W kółko to samo", za który otrzymał potem Nagrodę „Kisiela". W działania opozycyjne zaangażowany był również jego syn Wojciech Maziarski, związany m.in. z czasopismem „Obóz", utrzymujący kontakty z opozycją węgierską.

Publicysta podziemny

Jesienią 1984 r. Jacek Maziarski wraz z Andrzejem Federowiczem (wówczas szefem poligrafii „Tygodnika Wojennego") wpadli na pomysł nowej inicjatywy wydawniczej – „Przeglądu Wiadomości Agencyjnych", czyli podziemnego pisma informacyjnego. W listopadzie ukazał się jego pierwszy numer. Tytuł ten – redagowany przez pisarkę Stanisławę Domagalską i jej męża, badacza historii Żydów, Jana Doktóra – nie tylko utrzymał się aż do upadku PRL, ale też szybko stał się jednym z najpopularniejszych pism drugiego obiegu. Jego głównymi atutami były wysoka jakość techniczna oraz nieszablonowa publicystyka. Nie koncentrowano się w nim tylko na represjach i polityce krajowej; szeroko poruszano na jego łamach tematykę międzynarodową. Generalnie chodziło o to, by „Przegląd" nie był tylko „politycznie słuszny", ale również ciekawy.

Maziarski przez cały okres ukazywania się „PWA" pozostawał jego czołowym publicystą. Jego ogromne doświadczenie było wielkim atutem w tworzeniu podziemnego pisma. Pozostali członkowie zespołu uczyli się od niego metod zbierania informacji. Ryszard Holzer, który dołączył do redakcji pod koniec istnienia pisma, wymieniał Maziarskiego wśród osób imponujących mu szybkością przelewania swoich myśli na papier.

Spod pióra Maziarskiego wychodziła istotna część komentarzy „PWA" dotyczących bieżących wydarzeń politycznych. W grudniu 1987 r. z satysfakcją odnotował porażkę władz PRL w przeprowadzonym wówczas referendum dotyczącym polityki gospodarczej, podkreślając, że był to „pierwszy w historii reżimów komunistycznych przypadek, że władze w zorganizowanym przez siebie głosowaniu nie potrafiły uzyskać poparcia większości społeczeństwa. Nie trzeba być prorokiem, by potraktować referendum jako wstęp do ciężkiego kryzysu politycznego. Wchodzimy w sytuację, która będzie przypominała końcowe fazy panowania Gierka i Gomułki".

Jako oznaki nadchodzącego przełomu interpretował również dwie fale strajków, które nastąpiły w 1988 r., wiosną i latem. Kiedy druga z nich zaowocowała złożeniem przez władze Lechowi Wałęsie propozycji negocjacji, Maziarski sugerował ostrożność: „Rozmowy »okrągłego stołu« przewidziano na połowę października. Do tej pory wiele może się jeszcze zdarzyć, należałoby więc przestrzec optymistów, których nigdy u nas nie brakowało, przed wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków z pomyślnego początku dialogu między »Solidarnością« i władzą. Gra jest bowiem trudna i delikatna, a kłopot polega na tym, że każdy może się do niej wtrącić. Z góry można przewidzieć, że czeka nas nerwowy okres, napięć, prowokacji i gwałtownych wolt". W kolejnych miesiącach, pomimo sceptycyzmu, postulował danie Lechowi Wałęsie kredytu zaufania. Już po zakończeniu Okrągłego Stołu natomiast krytykował Konfederację Polski Niepodległej, która ogłosiła oddzielny start w wyborach czerwcowych, za dzielenie obozu opozycji demokratycznej, co – jego zdaniem – było na rękę władzom PRL.

Na politycznej i dziennikarskiej scenie III Rzeczypospolitej Jacek Maziarski znalazł się na prawicy. Stał się czołową postacią „Tygodnika Solidarność" (jako jego dziennikarz w 1990 r. komentował ostatni zjazd PZPR) i Porozumienia Centrum. Po jego śmierci w 2009 r. ustanowiona została nagroda jego imienia, przyznawana za osiągnięcia publicystyczne. Jej laureatami są głównie dziennikarze, pisarze i historycy związani ze środowiskami prawicowymi.

Droga życiowa Maziarskiego dobrze symbolizuje skalę przełomu, jaki dokonał się w środowiskach dziennikarskich w latach 1980–1982. Znaczna część elity tego zawodu, dotychczas niemająca związków z opozycją, przeszła na drugą stronę. Ludzie tacy jak Maziarski wnosili do podziemnej prasy – tworzonej często przez amatorów – profesjonalizm i doświadczenie oraz pasję. W dużej mierze wynikała ona z tego, że po latach peerelowskiej cenzury mogli wreszcie pisać to, co chcieli.

Autor jest doktorem historii i pracownikiem Biura Badań Historycznych IPN.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA