fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Barbara Hollender poleca nowości na DVD

Cate Blanchett w filmie "Carol"
Filmweb
Dwa filmy w zupełnie innym stylu. „Carol” to wielki dramat Todda Haynesa o zauroczeniu i miłości dwóch kobiet. „Facet na miarę” Laurenta Tirarda – komedia, którą część francuskich recenzentów porównuje do „Nietykalnych”. Co je łączy? Oba są opowieściami o świecie, w którym inność wyrzuca ludzi na margines.

Carol, reż. Todd Haynes, wyd. Gutek Film

Wspaniała ekranizacja powieści „The Price of Salt” Patricii Highsmith. Opowieść o świecie, w którym człowiek wyłamujący się z ogólnie przyjętych norm, traktowany jest jak zagrożenie, upokarzany i pozbawiany prawa do bycia sobą.

Tytułowa bohaterka, osoba z wyższych sfer, zamożna matka kilkuletniej córki, jest w trakcie rozwodu z mężem. Od lat utrzymuje bliskie kontakty z inną kobietą, choć ten związek zdążył już zamienić się w przyjaźń. W nowojorskim domu handlowym zwraca uwagę na młodą ekspedientkę. Dzieli je wszystko: pozycja społeczna, wiek, doświadczenie, charakter. Carol jest pewną siebie, władczą kobietą w typie femme fatale. Therese – skromną dwudzestolatką, potrafiącą marzyć, ale nie widzącą przed sobą perspektyw. A jednak zbliżają się do siebie.

Carol żywi się świeżością Therese. Therese dzięki Carol zaczyna wierzyć, że jej marzenia o pracy fotografa mogą się spełnić. Obie są sobą zauroczone, rodzi się między nimi pożądanie, może powoli również uczucie. Ale ten niedozwolony romans wykorzystuje mąż Carol, by pozbawić ją prawa opieki nad dzieckiem, bo wszystko toczy się w Ameryce lat 50., gdzie nie jest akceptowany homoseksualizm.

I właśnie najciekawszy jest w filmie Haynesa obraz świata nie tolerującego inności, pilnującego swoich purytańskich wartości. To system, który terroryzuje obywateli, wchodzi w ich prywatność, narzucając im „jedyne słuszne” zachowania i sposoby na życie.

Dwie znakomite kreacje tworzą tu Cate Blanchett i Rooney Mara. Amerykę lat 50. wyczarowują na ekranie autor fantastycznych zdjęć Ed Lachman, scenografka Judy Becker i słynna kostiumolog Sandy Powell. W stworzonej przez nich przepięknej otoczce tym silniej uderza bezwzględność świata. Mocne kino.

 

Facet na miarę, reż. Laurent Tirard, wyd. Kino Świat

Ma na imię Alexandre. Jest wziętym architektem. Przystojny, zamożny, pełen fantazji, umie zabiegać o kobietę. Ma miły, głęboki głos, poczucie humoru, dystans do siebie. Z Diane umawia się przez telefon. Widział, jak w barze, po kłótni z jakimś mężczyzną, zostawiła aparat na stole. – Dlaczego od razu mi go nie oddałeś? – pyta dziewczyna. – Wtedy byś się ze mną nie umówiła – odpowiada. Bo Alexandre ma 136 cm wzrostu.

Kiedyś był żonaty, ale żona odeszła. Dorosły syn daje mu wiele miłości, traktuje nie tylko jak ojca, ale i przyjaciela. Mały mężczyzna jest popularny, ale tęskni za prawdziwą bliskością. Podrywa Diane najpiękniej jak umie. Ale co z tego? Diane wygląda przy nim jak olbrzymka, kupuje mu sweter w sklepie dla jedenastolatków. Ludzie oglądają się za dziwną parą, były mąż dziewczyny wydyma usta: – Jesteś z karłem?

„Facet na miarę” Laurenta Tirarda to komedia, którą część francuskich recenzentów porównuje do „Nietykalnych”. W obu filmach chodzi o to samo: niepełnosprawność i inność nie wykluczają szczęścia. Jednak Olivier Nakache i Eric Toledano opowiedzieli o prawdziwej tragedii i prawdziwej walce o barwy życia. Tirard bawi się kontrastami. Proponuje widzom coś w rodzaju komedii romantycznej.

Atutem tej błahej w gruncie rzeczy opowiastki jest Jean Dujardin. Przystojny bohater Oscarowego „Artysty” gra 136-centymetrowego faceta z wdziękiem, a reżyser bawi się perspektywą i stosuje rozmaite filmowe tricki, by wyglądał na liliputa. A poza tym - ma być śmiesznie, więc jest.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA