fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Diabeł globalizacji nie taki straszny

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Jeśli kategorię globalizacji oderwiemy od jej źródłosłowu i skupimy się na procesach, które zwykle się z nią wiąże, to historia tej formy uniwersalizacji świata ma dużo dłuższy ogon, niż nam się wydaje.

Encyklopedyści wiążą zazwyczaj narodziny globalizacji z wyprawami zamorskimi Hiszpanów i Portugalczyków w końcu XV wieku, z odkryciem morskiej drogi do Indii czy pierwszymi eksploracjami Nowego Świata. To wtedy miały się narodzić procesy postępującej współzależności i integracji państw, gospodarek, społeczeństw i kultur, wtedy miał zacząć się wyłaniać pajęczy system wzajemnych uwarunkowań, których efektem było zanikanie narodowych struktur państwowych, powstawanie imperiów czy transgranicznych organizacji gospodarczych.

Trudno się nie zgodzić, że w istocie, ten moment w cywilizacji Zachodu miał wyjątkowe znaczenie. Prostą ścieżką prowadził w nowoczesność, której następnymi etapami były morskie imperia, rewolucja przemysłowa, kapitalizm i kolonializm. Stąd już tylko skok w czasy współczesne, globalną dominację superpotęg, światowych koncernów i technologii. Owszem, tak narysowana ścieżka dziejów globalizacji ma sens, niemniej nasz europocentryzm, a nawet więcej, egoizm cywilizacyjny, zaciera pamięć o wcześniejszych eksperymentach globalizacyjnych, które jak paragnomen zwiastowały nieuchronną przyszłość dziejów ludzi i świata.

Poszukiwanie pierwszego z ojców globalizacji nie nastręcza specjalnych kłopotów. Był nim Aleksander Macedoński. Nie tylko wielki wódz i strateg, ale również wizjoner i praktyk globalizacji swoich czasów, człowiek marzący o twórczej syntezie Zachodu ze Wschodem. Co więcej, mimo krótkiej obecności w polityce (raptem 13 lat) wiele ze swoich planów zrealizował. Jego państwo objęło większość terenów znanego współczesnym świata. Przeprowadził udaną akcję osiedleńczą Greków na terenie dawnego imperium Achemenidów i zagwarantował językowi Hellenów status światowego lingua franca na kilkanaście stuleci. Właściwie dopiero XX wiek z arabizacją ostatnich ośrodków kultury greckiej na Bliskim Wschodzie starł dziedzictwo tej pierwszej globalizacji (w tym sensie ostatnim jej przedstawicielem i dzieckiem dokonań Aleksandra był aleksandryjski poeta Konstantinos Kawafis).

Świat Macedończyka przetrwał w formie mapy państw hellenistycznych do czasu autorów kolejnego projektu globalizacyjnego, jakimi byli Rzymianie. Ich globalizm był jeszcze bardziej konsekwentny od hellenizmu. Pax Romana był systemem ponadkontynentalnym, kompletnym w sensie politycznym, gospodarczym, kulturowym, a nawet językowym, i jest do dziś witalnym fundamentem naszej cywilizacji. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, winien się przyjrzeć kolejnemu globalizmowi, który niosło z sobą chrześcijaństwo. Do czasu inwazji islamu uniwersalizm chrześcijaństwa pokrywał się w rzymskim projektem politycznym, z którego wziął się Zachód i chrześcijańska część Wschodu, a więc ci, którzy władali światową polityką do połowy poprzedniego stulecia.

Żeby jednak nie przypisywać ambicji globalizacyjnych wyłącznie Europejczykom, wypada wspomnieć o wielkich planach światowej ekspansji Mongołów z czasów Czyngis-chana i Chińczyków dynastii Ming podjętych w 1421 roku przez cesarza Yongle. Pierwszym udało się zbudować największe (choć krótkotrwałe) imperium w historii świata. Drudzy podjęli niezwykle ambitny plan rozbudowania sieci zależności politycznych i handlowych w skali globu. Dokładnie 70 lat przed wyprawą Kolumba chiński cesarz wysłał w cztery strony świata flotylle wielkich dżonek, z ładowniami zapełnionymi jedwabiem i porcelaną. Dalekosiężne plany zakładały założenie na odwiedzanych kontynentach faktorii handlowych i nawiązanie relacji z lokalnymi władzami. Wyprawy trwały kilka lat i mimo zniszczenia ich dokumentacji trafiamy na ślady obecności Chińczyków w Australii i Afryce, brzegach obu Ameryk i wyspach Oceanii.

Gdyby ów plan był konsekwentnie realizowany, Chiny – jedyne wówczas państwo, które miało odpowiedni, światowy potencjał – wielki sen o „jednym pasie i jednej drodze" zrealizowałyby siedem wieków temu. Jednak w wyniku zmienionej doktryny już następca Yongle nakazał zniszczyć flotę, spalić dokumentację jej wypraw i zamknąć imperium w jego naturalnych granicach. W ten sposób cesarstwo popadło w izolację i zabójczą autarkię, z których zaczęło wychodzić dopiero w XX wieku.

Na tym skończę ten opis tradycji globalizacyjnych, z pełną świadomością, że pomijam tak ważne epizody, jak związek hanzeatycki czy inny związek – Radziecki, które też fundowały światu swoje własne modele globalizacji. Ale o nich przy innej okazji. Będzie ich pewnie sporo, by powrócić do spokojnego tłumaczenia, że multi- i monokulturalizm to odwrotne strony tej samej monety, a globalizacja nie zawsze polega na promowaniu LGBT, jak chcieliby niektórzy. I w ogóle, że nie taki diabeł straszny.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA