Jest pan prezesem Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów od dwóch miesięcy i od razu trafił pan na czas rewolucji.

Rewolucją bym tego nie nazwał, to po prostu głęboka reforma. Ja się w niej czuję bardzo dobrze, bo podnoszenie ciężarów jest w grupie sportów z największym dofinansowaniem. Poza tym, nie obejmuje nas program pilotażowy, więc mam rok, żeby się do tego wszystkiego wdrożyć.

Rozmawiał pan już z kolegami, którzy będą w programie pilotażowym? Przekazywali jakieś ostrzeżenia?

Słucham, rozmawiam, zastanawiam się, ale nie skupiam się na zagrożeniach. Rozmawiałem już z Otylią Jędrzejczak, będę wszystko monitorował, ale nie widzę jakichś specjalnych pułapek. Napiszemy dobrą strategię rozwoju dyscypliny i zaczniemy ją wdrażać. Mogę tylko powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, że nie jesteśmy objęci pilotażem. Będziemy mieć więcej czasu.

Ministerstwo stawia na sporty, które dają medale i można je masowo uprawiać. Masowość wam nie grozi, nikt sztangi na trawniku przed blokiem nie zacznie podnosić, więc musicie zdobywać medale.

Zastanawiam się, co tak naprawdę oznacza sport masowy, to, że uprawia go kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Czy to, że jest pokazywany w telewizji i ma dużo wielkich imprez? Oczywiście, nigdy nie będzie tak, że ktoś zacznie trenować podnoszenie ciężarów dla przyjemności, bo lepiej wziąć piłkę i sobie pokopać, ale w ciężarach wykonujemy wiele ćwiczeń, które potem mogliby powielać instruktorzy fitness. Nasz sport to nie tylko chore kręgosłupy i rozsypujące się kolana.

Na taki właśnie program będziecie chcieli zdobyć dodatkowe pieniądze z rezerwy ministerstwa?

Nie, raczej myślę o wspieraniu rywalizacji wśród dzieci w wieku 9-12 lat. Oczywiście, one nie mogą dźwigać ciężarów, ale możemy im zorganizować wielobój atletyczny. Niech robią przysiady z lekką sztangą, rzucają piłką lekarską, skaczą w dal. W ten sposób znajdziemy grupę dzieci, które będziemy mogli zacząć szkolić. Zresztą, lokalnie już tak robimy. Jestem jednocześnie prezesem klubu "Ciechan" w Ciechanowie, który współpracuje ze szkołą podstawową nr 5. Oni dają nam bazę, a my organizujemy zawody i w ten sposób wybieramy dzieci. Ale to nie wszystko, co chcemy zmienić. Od 30 lat nie rozwijamy polskiej myśli szkoleniowej, dlatego chcemy stworzyć w ramach PZPC szkołę trenerów. Planujemy zmienić zasady funkcjonowania kadry żeńskiej, żeby nie była cały czas skoszarowana w ośrodku w Siedlcach. Opracowujemy nową strategię komunikacji, na którą chcemy dostać grant z ministerstwa sportu. Mógłbym tak wymieniać do wieczora.

Pieniądze, które teraz da resort, wystarczą? Ministerstwo będzie uważać, że jesteście uprzywilejowani i zacznie więcej wymagać.

Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś postawił cele, których nie da się zrealizować. Nie wiem jeszcze dokładnie, ile będziemy mieli pieniędzy. Napisaliśmy wniosek do ministerstwa o przyznanie 11 milionów złotych, mamy dostać 6 mln, ale to normalna procedura, więc się nie przejmuję. Teraz rozpiszemy, na co przeznaczymy każdą złotówkę i spotkamy się z grupą roboczą z ministerstwa, która powie, czego będzie oczekiwać.

Część tych pieniędzy przeznaczycie też na organizację mistrzostw świata na Torwarze?

Nie, to są dotacje tylko na szkolenie. Rozmawiamy z ministerstwem sportu, żeby też nas wsparli, ale na razie sami musimy pokazać, że działamy i znajdujemy fundusze. Mam sygnały, że dostaniemy wsparcie, ale jak usiądziemy z założonymi rękami, to nikt nam nic nie da. Jak przyjdę do ministerstwa i powiem, że mam dobrą umowę sponsorską, że mam korzystny kontrakt z telewizją, to spojrzą na mnie przychylnie.

Sponsora dla związku już pan znalazł?

Jeszcze nie, dopiero dwa dni temu skończyliśmy przygotowywać ofertę dla sponsora mistrzostw świata, bo musimy mieć konkretne propozycje dla firm. Teraz zajmiemy się ofertą dla sponsora strategicznego PZPC. Niedługo jadę na Śląsk i będę rozmawiał z dwiema firmami.

A w perspektywie ma pan jeszcze igrzyska olimpijskie. Im szybciej kadra zacznie się przygotowywać, tym lepiej.

Najpóźniej w lutym albo marcu przyszłego roku, po mistrzostwach świata, wybierzemy grupę 5-7 zawodniczek i zawodników, na których postawimy w kontekście Rio de Janeiro. Plan przygotowań trzeba wdrożyć jak najszybciej, żeby liczyć na sukces. To nie może być ostatnich kilka miesięcy, ale praca przez ponad dwa lata.