W samorządach powstaje coraz więcej komisji tzw. problemowych. Radni tłumaczą to wymogiem czasów. A może to sposób na podratowanie ich kieszeni?
Komisje tzw. problemowe to ciała wyłaniane do opiniowania bieżących i strategicznych działań samorządów, m.in. projektów uchwał. Z założenia ich kształt i liczba wynikają z realnych potrzeb monitorowania najważniejszych dziedzin życia, za które samorząd odpowiada. Jak to wygląda w praktyce?
Zobacz »
»
»
W Szczecinie w tej kadencji pracuje 11 tzw. stałych komisji problemowych (w poprzedniej było dziewięć). Kultura i sport wzięły rozbrat, dodatkowo powołano komisję inicjatyw społecznych. – Tę ostatnią po to, by ułatwić mieszkańcom stawianie inicjatyw na forum. A przecież jest komisja porządku publicznego, która mogłaby się tym zajmować – mówi Małgorzata Jacyna-Witt, radna niezależna.
W efekcie tylko pięciu spośród 31 radnych nie ma jakiejś ważnej funkcji w radzie. Czwórka z nich to przewodniczący rady i jego zastępcy, a pozostałych 22 to albo przewodniczący komisji, albo ich zastępcy.
W poznańskiej radzie miasta przy 37 radnych liczba komisji wzrosła do 12, bo komisja ochrony środowiska i rewitalizacji podzieliła się na dwie. W Krakowie, przy 43 radnych, działa 17 komisji plus dwie nadzwyczajne (cztery lata temu było ich 15). W Toruniu 25 radnych poprzedniej kadencji radziło sobie z sześcioma komisjami. W tej kadencji potrzebowali ich już siedmiu, bo okazało się, że oświatę, politykę społeczną i bezpieczeństwo trzeba podzielić.
O co może chodzić? Praca w komisjach jest płatna, a przewodniczący i ich zastępcy otrzymują ekstradodatki do diet w wysokości nawet do kilkuset złotych. Coraz częściej też liczba komisji zależy od liczby politycznych graczy, których trzeba dopieścić funkcjami. – Przy takiej liczbie komisji nikt już poważnie ich nie traktuje – utyskuje Małgorzata Jacyna-Witt. – Dziesięć lat temu w Szczecinie komisji było osiem. Też niemało, ale wtedy to miało sens, bo radni mieli realną władzę. Teraz, gdy rządzą prezydenci (ich władza pochodzi z wyborów bezpośrednich – red.), radni mnożą komisje chyba tylko dla prestiżu własnego i swojej formacji.
– To małostkowe podejście, nie można się sugerować ilością, tylko jakością pracy komisji – protestuje Bogusław Kośmider, przewodniczący Rady Miasta Krakowa. – U nas najaktywniejszą komisją jest akurat ta nowo powstała, rozwoju i innowacji. Dzięki niej np. gościliśmy komisarzy z UE, to posiedzenie tej komisji ściągnęło rektorów wszystkich krakowskich uczelni. Świat się zmienia, zmieniają się wyzwania, a my idziemy z duchem czasu.
Kośmider podkreśla, że jeśli już, to trzeba by się zastanowić nad starymi komisjami. – Nie wykluczam, że w przyszłości będziemy je redukować.
Ale Jędrzej Wijas, szczeciński radny SLD i szef komisji kultury (uwolnionej od sportu), broni idei dzielenia komisji. – Kultura łączona ze sportem zawsze stała na gorszej pozycji – mówi. – Teraz jest inaczej.
A koszty takiego pączkowania? Szef krakowskiej Rady Miasta twierdzi, że są niewielkie. – Rocznie na diety wydamy o jakieś 20 tys. zł więcej. Jest się o co sprzeczać?
– Biorąc pod uwagę to, ile mamy w kraju samorządów, w grę mogą jednak wchodzić poważne pieniądze – oponuje Małgorzata Jacyna-Witt. – Poza tym nie można narzekać na cięcia i jednocześnie pozwalać sobie na rozrzutność.
Ale jest i druga strona medalu. Radni w gminach, gdzie komisji przybyło, już narzekają, że natłok posiedzeń tych ciał czyni ich pracę coraz bardziej iluzoryczną. W Szczecinie część radnych postuluje, by ograniczyć liczbę posiedzeń w miesiącu z sześciu do dwóch, bo nie tylko nie mogą porządnie się do nich przygotować, ale i w nich uczestniczyć.