Reklama

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: Reforma PIP odpowiada na realne problemy rynku pracy

Reforma PIP jest dla wszystkich. W elektoracie prezydenta Nawrockiego także są ludzie wypychani na samozatrudnienie, są kobiety, które nie decydują się na dziecko, bo nie mają stabilnej pracy - mówi nam ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk

Foto: PAP/Piotr Polak

„Niespokojna bywa głowa, która nosi koronę” – czytamy u Szekspira.  Ustawa o reformie Państwowej Inspekcji Pracy – dziewięć miesięcy pracy, rollercoaster w rządzie, potężne napięcia – a obecnie znajduje się na biurku prezydenta. Było warto?

Tak. Zdecydowanie tak. Choć nie ma co się oszukiwać, nie zawsze było lekko. Ale zdecydowanie było warto – i mówię to jeszcze zanim ta ustawa wchodzi w życie, zanim uzyskuje podpis prezydenta i faktycznie staje się obowiązującym prawem. Sama debata wokół tego projektu już przyniosła realne zmiany. To po pierwsze, wzrost świadomości problemu. Główny inspektor pracy poinformował, że kilkakrotnie wzrosła liczba skarg dotyczących umów śmieciowych, do PIP napływają zgłoszenia potrzeby ich przekształcenia w umowy o pracę. To znak, że wzrosła świadomość wśród pracowników – że w tym, czego doświadczają, coś jest nie tak, że mają prawo do stabilnej pracy i że jest instytucja, która pomaga to prawo egzekwować, a państwo stoi na straży ich praw.

Praca nad projektem wywołała też działania po stronie pracodawców – w ciągu ostatnich kilku miesięcy wielokrotnie można było przeczytać nagłówki w mediach, że firmy i przedsiębiorcy przeprowadzają u siebie audyty dotyczące przestrzegania prawa pracy i sami dokonują korekt – sięgają po specjalistów, ekspertów od HR-u, żeby wyprostować to, co mogło wymagać wyprostowania i mieć pewność, że działają zgodnie z obowiązującym prawem. A to wszystko dzieje się jeszcze zanim nowa ustawa weszła w życie. Więc efekt społeczny już jest, a po wejściu w życie oczywiście będzie znacznie większy, bo ta ustawa to oprócz wyposażenia Państwowej Inspekcji Pracy w nowe uprawnienia, także wprowadzenie jej w XXI wiek – kontrole zdalne, wymiana danych, cyfryzacja, rozbudowa etatów.

Będzie pani rozmawiać o tym z prezydentem?

Jeżeli prezydent Karol Nawrocki miałby jakiekolwiek pytania, to oczywiście jestem do dyspozycji i na wszystkie odpowiem. Uważam, że każdy podmiot procesu legislacyjnego – czy to ze strony urzędowej, politycznej, czy strony społecznej – przy tak ważnej reformie ma prawo brać udział w dyskusji, a moim obowiązkiem jako ministra pracy, jako kogoś, kto przygotował tę ustawę, jest na wszystkie pytania udzielić odpowiedzi. Tak działam od początku tego procesu. Natomiast oczywiście sama decyzja co do tego, czy tę ustawę podpisać czy nie, to decyzja prezydenta. I jego odpowiedzialność.

Czytaj więcej

Czy prezydent podpisze reformę PIP? Są wątpliwości konstytucyjne

Mimo napięcia między Lewicą, marszałkiem Czarzastym a prezydentem – jest pani gotowa rozmawiać z prezydentem oficjalnie?

Oczywiście. Tak jak byłam w stanie rozmawiać ze wszystkimi uczestnikami tej debaty – zarówno z koalicjantami, jak i z opozycją, ze stroną społeczną, zarówno ze związkami zawodowymi, jak i z przedsiębiorcami, pracodawcami. Każdy, kto w tej debacie i w tym procesie uczestniczy, powinien mieć prawo głosu i dialogu.

Reklama
Reklama

Ta reforma jest oczywiście przygotowana w ministerstwie prowadzonym przez Lewicę, przyjęta jako projekt rządowy przez koalicję rządzącą, poparta przez parlamentarną większość. Ale jeśli spojrzymy szerzej, poza świat polityki – czyli na ludzi, o których chodzi w tej reformie, na pracowników – to oni przecież doświadczają pracy na umowach śmieciowych niezależnie od poglądów politycznych. Ich rodziny są pozbawiane pewności i stabilności niezależnie od tego, na kogo głosowały w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich. W elektoracie prezydenta Nawrockiego także są ludzie wypychani na samozatrudnienie, są kobiety, które nie decydują się na dziecko, bo nie mają stabilnej pracy, są mężczyźni, którzy bez żadnej umowy pracują na budowie – i problem pojawia się wtedy, kiedy ulegają wypadkowi przy pracy – wtedy albo nagle magicznie pojawia się jakaś trzymana przez szefa w szufladzie umowa, albo taki człowiek jest po prostu wyrzucany. Dla tych wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy są prawicowi, centrowi czy lewicowi, jest prawo pracy i jest ta reforma.

NSZZ „Solidarność” mówi, że ta reforma jest pozorna. Piotr Duda nazywa ją „pudrowaniem rzeczywistości”. Partia Razem z kolei zaznacza, że pani się ze wszystkiego wycofała. Liberałowie pomstują. Kto ma rację?

Prawda jest taka, że jest to największa systemowa zmiana od blisko 20 lat, jeżeli chodzi o Państwową Inspekcję Pracy. Jest prawdą to, że to de facto realizacja postulatu Solidarności – bo nie kto inny, a właśnie Solidarność i poseł Janusz Śniadek występowali swego czasu z podobnym projektem. Ta ustawa podąża kierunkiem wytyczonym przez ten związek. I nie ma w tym nic dziwnego – postulaty Solidarności i innych związków są mi i lewicy bliskie od lat, jeszcze będąc w opozycji zabiegałam, wspólnie z obecnymi na komisjach związkowcami, żeby były realizowane – i wspólnie z nimi cieszyłam się, kiedy się to udawało. Sukces ustawy o PIP także będzie wspólny.

Prawdą jest, że ustawa zwiększa zasoby kadrowe PIP – to jest blisko 300 nowych etatów, w tym sto inspektorskich, kilkadziesiąt etatów do obsługi interpretacji indywidualnych, kilkadziesiąt dla radców prawnych – to wielka jakościowa zmiana dla PIP.

Co do głosów polityków z różnych krańców sceny politycznej – jeśli jeden kraniec mówi, że to za dużo, drugi, że za mało, to znaczy, że udało się wypracować rozwiązania adekwatne do potrzeb szerokiej większości, która znajduje się pomiędzy.

Czytaj więcej

Marek Kobylański: Nowe uprawnienia PIP to straszak na przedsiębiorców

I pytanie, przed jakim dziś wszyscy stajemy – związki zawodowe, klasa polityczna, pałac prezydencki – to takie: czy pracownik będzie bezpieczniejszy w Polsce, jeżeli ta ustawa wejdzie w życie, czy jeżeli nie wejdzie w życie? Myślę, że odpowiedź jest jednoznaczna. To jest też ustawa o godności polskiego pracownika, który naprawdę nie powinien być gorzej traktowany, niż pracownik niemiecki czy hiszpański. Dzięki wzmocnieniu PIP i na serio egzekwowaniu prawa pracy niemiecka czy francuska firma prowadząca biznes w Polsce nie będzie mogła traktować polskich pracowników gorzej niż pracowników we własnym kraju.

Reklama
Reklama

Premier Donald Tusk w styczniu powiedział: sprawa zamknięta, mówił wtedy o ryzykach w tej reformie. Miał rację?

Rzeczywiście padły słowa, że sprawa jest zamknięta. Na szczęście udało się ją otworzyć. I tak to bywa w koalicji, która jest różnorodna – pewne sprawy i ich konkretna realizacja wymagają konfrontacji różnych perspektyw, różnych wrażliwości i takiego ucierania się, żeby uzyskać wspólne rozwiązanie. Tamten moment pozwolił także uchwycić nastroje społeczne – badanie opublikowane wówczas w Rzeczpospolitej pokazało, że zdecydowana większość, bo ponad 60 proc. Polaków popiera umożliwienie Państwowej Inspekcji Pracy przekształcanie nieprawidłowych umów cywilnoprawnych w legalne etaty.

Ustawa została uzupełniona o istotny komponent dotyczący wymiaru sprawiedliwości. I dzięki temu jest szersza. Wcześniej była to ustawa wzmacniająca Państwową Inspekcję Pracy, dziś jest to ustawa wzmacniająca Państwową Inspekcję Pracy i wzmacniająca sądy pracy. A wraz z jej wprowadzeniem rozpocznie się niezwykle ważny proces przywracania sądownictwa pracy, przywracania wydziałów pracy, odbudowywania sądów pracy.

A gdyby prezydent Nawrocki tę ustawę zawetował – co pani zrobi?

Ja nie przestanę walczyć o bezpieczeństwo pracowników i uczciwy rynek pracy, nie przestanę walczyć ze śmieciówkami. Ale jeśli będzie prezydenckie weto, to Państwowa Inspekcja Pracy nie będzie mogła aż tak skutecznie, jak dzięki tej ustawie, przeciwdziałać umowom śmieciowym. Pracownicy nie zyskają dodatkowej ochrony i dodatkowego wsparcia wynikającego z ustawy. Nie będzie dodatkowych etatów w Państwowej Inspekcji Pracy. Nie będzie możliwości wymiany danych pomiędzy instytucjami. Ale nie chcę wyprzedzać rzeczywistości. Poczekajmy na decyzję prezydenta, który ma jeszcze nieco czasu na jej podjęcie. Tak jak powiedziałam: to jest jego decyzja i jego odpowiedzialność.

W tym projekcie chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo pracowników. Oczywiście to także część Krajowego Planu Odbudowy – brak tej ustawy grozi utratą 11 miliardów zł. To są ogromne pieniądze. Ale tym nadrzędnym celem jest bezpieczeństwo polskiego pracownika – prawicowego, lewicowego, z mniejszej miejscowości, z większej, kobiety i mężczyzny. Ludzi, którzy czekają na te zmiany.

Z jednej strony moi znajomi prawnicy, praktycy prawa pracy, mówią mi, że nie nadążają ze zmianami, mówią: dużo, szybko. Z drugiej strony Adrian Zandberg powtarza, że nic się nie zmienia. Że używając metafory znanej na Lewicy – że łyżka jest za mała. Tak też mówi wielu analityków, komentatorów.

Trzeba robić swoje. Nie jestem w polityce, w ministerstwie, w rządzie, w Sejmie, żeby zadowalać tego czy innego polityka. Jestem tu po to, żeby wprowadzać zmiany. I te zmiany wprowadzam. Akurat w zakresie prawa pracy nawet nie wiem, czy to jest szybko działająca mała łyżeczka, czy jednak porządna chochla – bo rzeczywiście tych zmian w ciągu ostatnich dwóch lat było bardzo wiele.

Począwszy od wolnej Wigilii, przez ustawę stażową, podwyżki dla sektora budżetowego i pracowników samorządowych, którzy przez lata zarabiali płacę zasadniczą poniżej minimalnej, uregulowanie zawodu psychologa – na co środowisko czekało 20 lat, przez układy zbiorowe pracy, wzmocnienie roli związków zawodowych i dialogu społecznego, aż po ustawę o PIP. Zaraz ruszają w Sejmie prace nad ustawą o mobbingu, w konsultacjach są kolejne projekty. Z renty wdowiej skorzystało już milion sześćset tysięcy osób. Setki tysięcy złożonych wniosków o zaświadczenie stażowe. To są zmiany, które odczuwają konkretni ludzie.

Reklama
Reklama

Tymczasem Piotr Duda, lider Solidarności mówi, że dialog społeczny jest pozorny. Że ministrowie w Radzie Dialogu Społecznego się nie pojawiają. Co pani na to?

Dialog społeczny jest dla mnie jako ministra pracy niezwykle ważny, dlatego każdy taki głos przyjmuję z uwagą. We wzmacnianiu dialogu RDS ma we mnie sojuszniczkę. Uczestniczę w posiedzeniach RDS, zwykle osobiście, a jeśli naprawdę nie mogę, to zastępuje mnie wydelegowany przeze mnie wiceminister Sebastian Gajewski, też człowiek lewicy. Przedstawiciele ministerstwa biorą udział w zespołach problemowych. Nierzadko przedłużamy czas konsultacji i opiniowania projektów, wychodząc naprzeciw stronie społecznej. Konsultacje ustawy o PIP trwały 37 dni – dłużej niż przewiduje ustawa o Radzie Dialogu Społecznego. Oprócz tego był szereg spotkań dodatkowych – w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w Ministerstwie Pracy, dwukrotnie spotkała się Rada Ochrony Pracy, a nawet odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Prezydium RDS pomiędzy pierwszym a drugim czytaniem w Sejmie, żeby omówić potencjalne poprawki. Chcieliśmy, żeby każdy wątek był rzetelnie przedyskutowany. Co oczywiście nie zawsze oznacza, że wszystkie postulaty każdej ze stron są zrealizowane – to jest niemożliwe, bo oczekiwania strony pracodawców i strony związkowej są często, co zrozumiałe, sprzeczne.

Czytaj więcej

Nowy sondaż partyjny: Rośnie poparcie dla liderów. Kto zyskuje bardziej, KO czy PiS?

Gdy rozmawia się z kobietami, które mówią, że chcą mieć dzieci, to w ich głosach przebija obawa, że będą finansowo ukarane, gdy wrócą do pracy po urlopie macierzyńskim. Jeśli są na etacie – bo wiele z nich jest na fikcyjnym JDG. To duży, systemowy problem.

Oczywiście, w obecnej sytuacji demograficznej państwo musi chuchać i dmuchać na dzietność, na rodziny. Dlatego przywróciliśmy finansowanie in vitro z budżetu, dlatego wprowadziliśmy darmowe żłobki i cały program Aktywny Rodzic. Ale wymiar prodemograficzny mają także, a może przede wszystkim, reformy rynku pracy i większa stabilność zatrudnienia. Po to także wzmacniamy Państwową Inspekcję Pracy. Dlatego istotny akcent położyliśmy na ochronę macierzyństwa, ochronę rodzicielstwa, żeby zapewnić rodzicom pewność i stabilność – a nie zastanawianie się, czy po urlopie macierzyńskim mama będzie mogła wrócić do pracy, czy tata będzie mógł wziąć zwolnienie na chore dziecko.

Pracujemy też nad eliminowaniem ukrytych form dyskryminacji – nawet nieintencjonalnych. Odbyłam już szereg spotkań i przekazałam oczekiwania do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w sprawie kontroli urlopów i zasiłków macierzyńskich. Wdrażane są nowe rozwiązania, które mają w końcu rozwiązać absurdalny problem. Od wielu, wielu lat jest problem z tym, w jaki sposób ZUS sprawdza osoby korzystające ze świadczeń rodzicielskich i macierzyńskich. Moje oczekiwanie jest takie, żeby zawsze człowiek, a nie tylko system, oceniał konkretną sytuację i domyślnie chronił bezpieczeństwo pracownic, które są jednocześnie matkami – a nie z automatu zakładał złą wolę i próbował je karać.

Za trzy miesiące mija termin implementacji dyrektywy o równości wynagrodzeń – o jawności płac. Gdy rozmawialiśmy w 2024 r. w tym samym gabinecie, w którym teraz jesteśmy, krytykowała pani poprzedni rząd za opóźnienie implementacji dyrektywy o sygnalistach. Zdąży pani?

Pracujemy nad tą dyrektywą. Nad ustawą, która będzie ją wdrażała. Ona jest dużym wyzwaniem, głównie jeżeli chodzi o dialog społeczny – wprowadzanie mechanizmów ujawniania, raportowania, wartościowania stanowisk i raportowania kwestii płacowych budzi duże emocje. Z naszej strony wszystko dzieje się zgodnie z harmonogramem i terminami.

Reklama
Reklama

Natomiast jesteśmy otwarci i słyszymy głosy strony społecznej, która oczekuje nieco więcej czasu na wdrożenie, na przygotowanie się, na przekonsultowanie wszystkich elementów. Terminy wymagane przez Brukselę są oczywiście ważne, respektujemy je, ale to się nie może dziać kosztem dialogu społecznego. Dlatego staramy się pogodzić te dwa wymiary.

Klasa średnia – informatycy, prawnicy, specjaliści – czuje się zagrożona. AI zabiera miejsca pracy, jest poczucie, że reforma PIP uderza w B2B. Nie widzą i tak w Lewicy wielkiego sojusznika. Nie boi się pani, że ten gniew uderzy w Lewicę, gdy zacznie się na dużą skalę problem z pracą wycinaną przez AI?

Na technologie cyfrowe i sztuczną inteligencję w kontekście rynku pracy patrzymy z dwóch stron. Z całą pewnością rozwój AI odpowiednio moderowany i kontrolowany jest szansą na usprawnienia – na lepsze dopasowywanie, przekwalifikowanie się, ułatwienia. Także dla tych, które tego wsparcia szczególnie potrzebują – osób z niepełnosprawnościami, które chcą być aktywne zawodowo.

Ale musimy patrzeć także na ryzyka. Uczyniliśmy z tego tematu jeden z priorytetów polskiej prezydencji jako resort pracy – żeby wspólnie z innymi państwami UE rozmawiać o zapobieganiu ryzyku bezrobocia technologicznego. Pracujemy nad kilkoma kierunkami: kontrola algorytmów, zabezpieczenie dostępu strony pracowniczej do wiedzy o tym, jak one działają w zakładzie pracy, gwarancja czynnika ludzkiego w procesie oceny pracowników. A z drugiej strony już dziś przygotowujemy się do systemowej reakcji na zmiany. Temu między innymi służy pilotaż skróconego czasu pracy z zachowaniem wynagrodzenia. Jeśli w pewnych branżach pracy będzie mniej, trzeba zmienić zasady dystrybucji tej pracy, żeby zapobiegać bezrobociu technologicznemu.

To może pilotaż uniwersalnego dochodu podstawowego? Jeśli pracy będzie mniej, może trzeba całość systemu radykalnie przeorganizować?

Praca jest wartością samą w sobie – daje poczucie godności, sprawstwa, bycia potrzebnym. Widać to po osobach, które osiągnęły wiek emerytalny, a jednak pozostają aktywne zawodowo. W pierwszej kolejności chcemy więc rynek pracy dostosowywać do potrzeb pracowników – bo przez wiele lat to od pracownika oczekiwano, żeby miał kompetencje szyte na miarę potrzeb rynku. Dziś jest najwyższy czas zastanowić się, czy ten rynek nadąża za potrzebami i potencjałem tych, którzy na nim są. Nie wykluczając debaty o świadczeniach uniwersalnych, szykując się do ewentualnych przemian w czasie i podziale pracy – musimy pamiętać, że Polacy cenią i szanują pracę, że praca, tak jak rodzina, jest na wysokim miejscu w priorytetach i wartościach.

Pozostało ok. dwadzieścia miesięcy do wyborów. Co chce pani po sobie zostawić po 2027 r.?

Przyszłam do ministerstwa po to, żeby pracować i po to, żeby ta praca przyniosła efekty nie tylko na czas mojego tutaj urzędowania, ale już na zawsze. Żeby to były takie zmiany, których nikt nigdy nie odbierze – tak jak nikt nigdy nie odbierze wolnej wigilii, tak jak nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał odebrać rodzicom wcześniaków dłuższe urlopy.

Reklama
Reklama

Myślę, że każdy rząd i każdy minister powinien zostawiać po sobie coś trwałego, coś na zawsze. Pierwszy rząd Donalda Tuska zostawił po sobie infrastrukturę – drogi, autostrady, po których cały czas jeździmy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości zostawił po sobie 500+. Zarówno infrastruktura, jak i świadczenia ulegają oczywiście dalszym zmianom – ale tych impulsów nikt uczciwy tym rządom nie odbierze. Ja chcę po sobie pozostawić lepszą sytuację świata pracy i pracowników – dając im więcej czasu wolnego, gwarantując godne wynagrodzenia, większą ochronę ich praw, możliwość godzenia życia zawodowego z rodzinnym.

Przed nami na najbliższym posiedzeniu Sejmu pierwsze czytanie ustawy zmieniającej definicję mobbingu. Wdrożenie dyrektywy dotyczącej równości płac. Ustawa eliminująca zjawisko bezpłatnych staży – żeby dostęp do zdobywania doświadczenia nie zależał od grubości portfela. I dalsze wzmocnienie roli związków zawodowych.

Tu wraca sprawa pilotażu skróconego czasu pracy – czy będzie konkretna rekomendacja przed wyborami?

Od 1 stycznia ruszył pilotaż z zachowaniem wynagrodzenia – prawie 5000 pracowników bierze w nim udział. Pracodawcy sami zgłaszali się, sami wybierali, czy chcą testować czterodniowy tydzień pracy, czy skracać godzinowo dzień pracy, czy wydłużać urlopy. Wyciągniemy wnioski, będziemy wiedzieć, co się sprawdza w danej branży, co w większych, a co w mniejszych przedsiębiorstwach. Skracanie czasu pracy musi być procesem rozłożonym w czasie – we Francji taki proces trwał około siedmiu lat. Ale tak, po zakończeniu części praktycznej pilotażu, która będzie trwać do końca roku, przygotujemy raport i rekomendacje, jeszcze przed wyborami w 2027 r.

Czytaj więcej

Panel prawników

Firmy nie są gotowe na czterodniowy tydzień pracy? Panel prawników „Rzeczpospolitej”

Lewica ma dziś w sondażach ok. 7 proc. Model marszałka Czarzastego to zarządzanie powolną zmianą na bazie silnego partyjnego aparatu – jego współpracownicy mówią o „małej łyżce”. Pani model wydaje się nieco inny, skupiony na dużych reformach legislacyjnych. Który model wygrywa w 2027 r.?

To nie są konkurencyjne modele. Krok po kroku, konsekwencją i tą małą łyżeczką gromadzi się osiągnięcia na dużą chochlę i dużą zmianę. Nasze podejście jako Lewicy w rządzie jest takie, że praca popłaca. Wysiłek, zaangażowanie, konsekwencja, umiejętność dogadywania się, umiejętność chodzenia na kompromisy przy nietraceniu celu z oczu – to nasze cechy. Jeżeli coś jest doprowadzone do końca, to przynosi efekty. I 2027 r. będzie takim momentem, w którym będzie można podsumować i pokazać, co się dzięki Lewicy zmieniło w rządzie. A już dziś jest tego niemało. I co najważniejsze – to zostanie. Na dużo dłużej niż do 2027 r.

Reklama
Reklama

Bierze pani pod uwagę wariant, że cała koalicja rządowa startuje w 2027 r. z jednej listy?

Nie, nie sądzę, żeby coś takiego miało się wydarzyć. Lewica to dzisiaj szerokie porozumienie Nowej Lewicy, Unii Pracy, PPS-u i Wspólnego Jutra, stowarzyszenia Darii Gosek-Popiołek i Magdy Biejat. Bardzo blisko współpracujemy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych, z innymi związkami zawodowymi i w tym lub szerszym lewicowym składzie będziemy chcieli tworzyć wspólny blok lewicowy. Bo mamy swoją odrębność, swoją podmiotowość, swój jasny program, który różni się od programów naszych koalicjantów. Jesteśmy lewicowym ugrupowaniem w lewicowo-liberalno-chadeckim rządzie. I dobrze, żeby każdy wyborca miał swoją reprezentację.

Ma pani takie poczucie grubo po półmetku kadencji, po tych wszystkich napięciach, że władza rzeczywiście odciska na sprawujących ją piętno, jest ciężarem, niesie odpowiedzialność?

Mam poczucie sensu. Myślę, że gdybym tego poczucia sensu nie miała, to byłoby to doświadczenie albo trudne, albo nudne, albo puste. A fakt, że milion sześćset tysięcy starszych osób każdego miesiąca otrzymuje średnio trzysta złotych dodatkowej renty wdowiej, że ludzie dzięki ustawie stażowej odzyskali lata pracy, której państwo wcześniej w ogóle nie widziało – tego by nie było, gdyby nie ta praca, ten wysiłek. To czasami zmęczenie, czasami trudne negocjacje, ale na końcu zawsze sens.

Właśnie dlatego „niespokojna jest głowa, która nosi koronę”. Szekspir żył setki lat przed erą technologii, ale naturę władzy rozumiał doskonale. Tak jak jej samotność.

Rozumiem metaforę, ale ja nie nazwałabym tego koroną. I mimo często indywidualnej odpowiedzialności, nie nazwałabym też tego samotnością. Nazwałabym to pracą i współpracą. Uważam, że zespół, współpracownicy, partnerzy w tym procesie są niezwykle istotni. Przed wyruszeniem w drogę zbierasz drużynę.

Jak w popularnej grze Baldur’s Gate.

Ta drużyna czasami jest bardziej widoczna, czasami mniej – ale jestem jej niezmiennie wdzięczna, że mogę z nią współpracować.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
Bank Pekao przyjął Plan Dekarbonizacji
Polityka
Ceny paliw na stacjach. Czy rząd Donalda Tuska powinien interweniować? [SONDAŻ]
analizy
Michał Kolanko: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz chce surfować na fali gniewu klasy średniej
Polityka
Sondaż: Co drugi Polak chce, aby Karol Nawrocki dokonał zaprzysiężenia sędziów TK
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama