Mówił pan o tym, czego Prawo i Sprawiedliwość chciało za swoich rządów, ale wtedy premierem był Mateusz Morawiecki, a nie Przemysław Czarnek. Teraz jest nowe otwarcie. Kandydatem PiS-u na premiera jest Przemysław Czarnek, a nie Mateusz Morawiecki, co też ma zwiastować pewną zmianę. Wskazywać na to, że dzisiaj PiS wyciągnął wnioski z pewnych błędów przeszłości, dlatego nie wspomniany Morawiecki ma być przyszłym premierem.
Przyzna pan, że to jest paradoks. Mateusz Morawiecki był premierem desygnowanym przez Prawo i Sprawiedliwość, rządził krajem, jest jednym z najdłużej urzędujących premierów w RP, natomiast w tej chwili wokół niego, czy wokół jego sposobu sprawowania władzy taka cisza się zrobiła, ani nie jest specjalnie broniony, jest jest nawet krytykowany i to przyznam się, że z punktu widzenia politycznego jest dziwne. Albo się mówi, to był błąd, że zrobiono błąd personalny, Mateusz Morawiecki nie powinien być premierem i wyciąga się z tego wnioski polityczne, oddziela się, krytykuje się ten okres, zamyka się go w jakiś taki sposób, albo się mówi, to były znakomite rządy, mieliśmy sukcesy, Polacy czuli się dobrze, rósł dobrobyt w Polsce i wszystko było znakomicie. Z tego punktu widzenia to jest absolutna niekonsekwencja, a próba zamiany, że Przemysław Czarnek nie był przez cały okres rządów Mateusza Morawieckiego ministrem, no bo nie był, to jest takie rozważanie kawiarniano-gabinetowe, że może to, jak mówił jeden z prominentnych polityków PiS-u, „może ciemny lud to kupi”. Moim zdaniem w dobie internetu, w dobie jednak pluralizmu medialnego i dostępu do informacji, jaka jest jakość tych informacji, to osobny temat, ale w każdym razie generalnie każdy z nas może mieć dostęp do różnych informacji. Liczenie na to, że uda się zaklinać rzeczywistość i udawać, że tych wszystkich błędów nie było, to jest po prostu liczenie na to, że ciemny lud to kupi. Tak naprawdę, to Jarosław Kaczyński powinien posypać głowę popiołem i powinien rozliczyć się z tych kompletnie nieprzemyślanych pomysłów typu „Piątka dla zwierząt”, czy inne pomysły, które Prawo i Sprawiedliwość lansowało i w wyniku których systematycznie traciło kolejne segmenty elektoratu, cała polityka przeciwko przedsiębiorcom, zwłaszcza tym średnim i tym drobnym, którzy w znacznej mierze jeszcze 7 lat temu czy 5 lat temu przed Polskim Ładem jednak popierali Prawo i Sprawiedliwość. Z tego nie wyciągnięto wniosku.
Przemysław Czarnek 11 lutego w „Rzeczpospolitej” pytany, czy wyklucza koalicję Prawa i Sprawiedliwości z partią Grzegorza Brauna, powiedział, że wyklucza jedynie współpracę PiS-u z partią Donalda Tuska. Teraz zmienił zdanie i powiedział, że na 200 proc. nie z Grzegorzem Braunem. Któremu Przemysławowi Czarnkowi wierzyć?
Widać wyraźnie, że Przemysław Czarnek przyjął w tej chwili ujednoliconą linię partyjną. To jest linia Jarosława Kaczyńskiego i nawet jak nie ma do tego przekonania, to takie wygłasza opinie. Z punktu widzenia socjotechnicznego tych interesów, które stały za jego promocją na bycie kandydatem na urząd premiera RP po następnych wyborach, to jest deklaracja szkodliwa, dlatego, że ona utwierdza wyborców Grzegorza Brauna, którzy, zdaje się, w ponad połowie to są byli wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, że nie mogą przerzucić poparcia na Prawo i Sprawiedliwość, ponieważ PiS kordonem sanitarnym chce ogarnąć tego człowieka, który w przekonaniu tych wyborców mówi prawdę, działa w interesie narodowym. Czy tak jest, czy nie, to jest dyskusja, ale mówię o nastawieniu tej grupy wyborców. Z tego punktu widzenia to jest przeciwskuteczna deklaracja, z której później trudno będzie się wycofać, pomijając, że Grzegorz Braun, nie wiem, czy tak by ochoczo chciał wchodzić w koalicję z Prawem i Sprawiedliwością i tworzyć wspólny rząd. Niektórzy komentatorzy z automatu zakładają, że jakby się tak układały wyniki wyborów, to już jest właściwie przesądzone, że tak miałoby być. Tak moim zdaniem niekoniecznie miałoby być. I proszę zauważyć, że ta deklaracja Przemysława Czarnka, jak również nawet krytyka Grzegorza Brauna ze strony ambasadora Rose'a, jak również krytyka w niektórych środowiskach prawicowych, już nie mówię o krytyce ze strony Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i tych środowisk establishmentowych, wszystko to razem buduje Grzegorza Brauna. Nadaje mu wiarygodność, że za ten przekaz jest tępiony od lewa do prawa i z tego powodu jest wiarygodny. Jest grupa wyborców, nazwijmy to takich, którzy już mają dosyć tego modelu polityki, która jest w Polsce. Proszę zauważyć, bo czytałem niedawno analizy, że nawet część dawnych wyborców SLD popiera Grzegorza Brauna, więc on zbiera poparcie nie tylko takiego tradycyjnego elektoratu prawicy, który kiedyś głosował na ZHN, później może na LPR, później może na PiS i w tej chwili taki czuje się trochę porzucony, no i przerzuca swoje poparcie na Grzegorza Brauna.
Jeżeli chodzi o Grzegorza Brauna, myśli Pan, że on mógłby współtworzyć rząd z Prawem i Sprawiedliwością, jednak gdyby doszło do tego, że te dwa ugrupowania, może jeszcze z Konfederacją, miałyby większość w Sejmie?
Nie sądzę. Myślę, że raczej do takiej sytuacji by nie doszło. Chociaż z drugiej strony trzeba pamiętać, że Grzegorz Braun jest bardzo pragmatycznym i sprawnym politykiem. Proszę zauważyć, że między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich od razu poparł Karola Nawrockiego i zrobił to bezwarunkowo. Nie było żadnych spotkań. On jasnym, prostym tekstem powiedział: „Popieram Karola Nawrockiego” i dzięki między innymi tej deklaracji Karol Nawrocki o włos wygrał z Rafałem Trzaskowskim. Grzegorz Braun potrafi zaskakiwać takim realpolitik i takim sformułowaniem, że to w gruncie rzeczy w interesie Polski jest takie rozwiązanie, więc mimo wszystkich moich uwarunkowań, poglądów, programu jestem w stanie coś zrobić. Prawo i Sprawiedliwość nie będzie zdolne, żeby wejść w koalicję z Grzegorzem Braunem. Bardziej liczy na taką sytuację, że jeżeli będzie kilkunasto- czy kilkudziesięcioosobowy klub Grzegorza Brauna w przyszłym parlamencie, to Prawo i Sprawiedliwość myśli, że metodą korupcji politycznej (...) Wiemy, jak taka korupcja polityczna wygląda. Wtedy Prawo i Sprawiedliwość, jeżeli by brakowało tych kilku czy kilkunastu głosów, liczyłoby zapewne, że takimi metodami uda się wyłuskać tych ludzi od Grzegorza Brauna, bez oczywiście samego Grzegorza Brauna i tych, którzy najbliżej niego stoją. To jest dosyć złudna nadzieja, ponieważ środowisko Grzegorza Brauna jest po pierwsze ideowe, może się tam nie podobać opinii publicznej czy większości opinii ta ideowość, ale to są ludzie ideowi. Po drugie, to są ludzie, którzy za swoje poglądy, swoje wycierpieli i nie mają powodu i nie są tacy łasi na splendory władzy, jak ludzie w innych środowiskach politycznych. Metoda korupcji politycznej miałaby bardzo ograniczony zasięg. Z tego punktu widzenia sądzę, że ta strategia, jeżeli taka jest, a jak znam Prawo i Sprawiedliwość, to zapewne takie rozważania są snute, to ona by w tym wypadku się nie sprawdziła i prawdopodobnie, teoretycznie, może być taki scenariusz, że po następnych wyborach, załóżmy Koalicja Obywatelska i jej koalicjant czy koalicjanci, nie wiemy kto przejdzie próg i w jakiej konfiguracji to będzie, no miałaby, załóżmy, 220 mandatów, PiS i, załóżmy, Konfederacja 220, ale tym języczkiem u wagi byłaby Konfederacja Korony Polskiej. Może być taka sytuacja. I co wtedy? Scenariusze mogą być bardzo różne. Nie wydaje mi się, żeby mimo wszystko taki rząd składający się z dwóch Konfederacji i z Prawa i Sprawiedliwości by powstał.
Rozmawiam z przedstawicielami Pałacu Prezydenckiego, a również z politykami Prawa i Sprawiedliwości i oni w kuluarach mówią, że Prawo i Sprawiedliwość może wskazywać kandydata PiS na premiera, ale tak naprawdę po wyborach parlamentarnych to prezydent Karol Nawrocki wskaże, kto będzie premierem bez względu na to, kto te wybory wygra. Na ile myśli Pan, że to jest realny scenariusz?
Jeżeli miałby powstać rząd PiS-u z Konfederacją Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka, bez Konfederacji Korony Polskiej, załóżmy, że wyniki by się tak ułożyły, to jestem przekonany, że premierem w takim rządzie musiałby być, bo taka jest logika polityczna, przedstawiciel Konfederacji. Partia ta na innych zasadach nie zgodziłaby się na wchodzenie do rządu z Prawem i Sprawiedliwością, pomna na los LPR-u, pomna na los innych środowisk, które współpracowały politycznie z PiS-em. Ta świadomość jest u tych polityków wyjątkowo duża. Poza tym poczucie własnej siły. To są politycy, którzy mają między 30 a 40 lat, to są politycy, którzy w polityce chcą być przez najbliższe kilkadziesiąt lat i mają inny horyzont czasowy niż Jarosław Kaczyński, który ma prawie 80 lat. Z tego punktu widzenia z siłą rzeczy inny jest jego horyzont czasowy. Poza tym Jarosław Kaczyński jest w tej chwili w trudnej sytuacji swojej kariery politycznej, ponieważ z jednej strony obiektywnie miał sukcesy trzech prezydentów, a niektórzy mówią, że i Wałęsa, chociaż jego rola w tym nie była taka aż duża, jak się to teraz czasami mówi. Czyli trzech prezydentów wylansował, iluś premierów, przez wiele lat Prawo i Sprawiedliwość było u władzy, a w tej chwili nie ma pomysłu, co dalej. Ważne jest, jak środowisko polityczne zaczyna, ale też jak kończy. Z tego punktu widzenia to jest bardzo trudna sytuacja. W wyniku napięć i kordonu sanitarnego wokół Konfederacji może się okazać, że PSL zasilone przez część posłów byłej Polski 2050 w tej dawnej formule, Koalicja Obywatelska zasilona przez drugą część posłów Polski 2050 i Lewicy, która mimo animozji między Zandbergiem i Czarzastym dla ratowania demokracji, z niechęcią, ale pójdzie na wspólnych listach i może się okazać, że Donald Tusk będzie w wyniku tych wyborów nadal premierem. I co wtedy powie Jarosław Kaczyński swoim wyborcom?
Wydawało się, że PiS już w ogóle jest na fali w czerwcu, po drugiej turze wyborów prezydenckich, a w tej chwili ma kłopoty sondażowe w stosunku do swoich oczekiwań. To jest też taki trudny moment dla Jarosława Kaczyńskiego, ale w tej chwili przychodzi mu płacić za błędy, że się nie rozliczył. Brak wiarygodności, to, co mu jego przeciwnicy polityczni wyciągają i cały szereg innych błędów, które zostały popełnione.