Wreszcie można było popatrzeć w telewizji na pani przejazdy w slalomie gigancie...

Slalom gigant to moja wiodąca konkurencja. Wiele zawodniczek prezentuje wysoki poziom i trudno jest przebić się do czołowej trzydziestki, której przejazdy są transmitowane. Dlatego nie zawsze było mnie widać w relacjach z zawodów, a jeszcze przed kontuzją pojawiałam się w drugich przejazdach.

Jak się stało na ściance lidera po drugim przejeździe w Courchevel? Wierzyła pani, że po złamaniu nogi może być tak dobrze?

Ciężko pracowałam, żeby wrócić do formy. Marzyłam, by prezentować przynajmniej taki poziom, na jakim byłam przed urazem. Wszyscy mnie wspierali, pomagali mi, pracowali nad moim powrotem i proszę – jeżdżę nawet lepiej niż przed kontuzją. Na szczęście operacja i rehabilitacja przebiegły wzorowo. Mogę dziękować Bogu za to, że mam wokół siebie wspaniałych ludzi.

Podobno w zeszłym roku na gwiazdkę prezentem było to, że stanęła pani na własnych nogach?

To prawda. Po operacji długo nie mogłam chodzić, dopiero po trzech miesiącach zaczęłam stawać na kontuzjowanej nodze. Stopniowo dodawałam coraz więcej obciążeń, marszu. To było dosyć szybkie tempo. Narty biegowe sprawiały mi mniej problemów niż chodzenie ze względu na poślizg na śniegu. Około 20 stycznia pierwszy raz spróbowałam jazdy na nartach, na początku delikatnie, ześlizgowo.

W połowie lutego ruszyłam na zgrupowanie.

Była blokada psychiczna na początku?

Noga bardzo dobrze się goiła, ale dawała o sobie znać co jakiś czas. Nie blokowało mnie to, bo nie musiałam się spieszyć, wracać na konkretny termin. Wiadomo było, że tamten sezon Pucharu Świata już mi przepadł. Staraliśmy się nie przeciążać nogi. Jeśli protestowała, to dawaliśmy jej odetchnąć.

W pani teamie są trzy osoby. To dużo czy mało na tle innych zawodniczek?

Razem jest nas czwórka. Głównym trenerem jest Marcin Orłowski, który pracuje ze mną już od kilku lat. Drugim trenerem, a jednocześnie fizjoterapeutą Przemek Buczyński. Jest też serwismen Sagastume Pinedo German. Ciężko się porównywać z innymi, którzy mają większe reprezentacje, więc siłą rzeczy pracuje tam więcej osób.

Nie brakuje pani większego polskiego towarzystwa na treningu?

Ta sytuacja ma swoje plusy i minusy. W większych kadrach dziewczyny mogą rywalizować. W reprezentacji Włoch liderki są na najwyższym, światowym poziomie, a młodsze je gonią. Zaczyna się robić drabinka. W trakcie zawodów mogą sobie przekazywać informacje o trasie, a presja rozkłada się na więcej osób. Logistyka jest z kolei łatwiejsza w małej drużynie. Mogę się podłączyć do innego teamu na treningu, a w zamian my pomagamy przygotować trasę. Czasami też ktoś się oddziela od swojej reprezentacji, próbuje czegoś nowego.

Ja nie mam innego wyjścia.

W czasach koronawirusa logistyka to dodatkowe wyzwanie?

Mamy dużo szczęścia, że możemy w ogóle jeździć i trenować. Przechodzimy dużo testów, a hotele są pozamykane dla postronnych gości. Nie da się teraz zmieniać planów z dnia na dzień. Trzeba pilnować dat, przyjeżdżać wtedy, kiedy się zapowiedziało, i nie można zostać dzień dłużej, bo hotele i wyciągi otwierają się tylko na czas zawodów. Z drugiej strony, nie musimy specjalnie się izolować, bo w górach jest raczej pusto, nie ma turystów.

Od roku działa w Polsce program rozwoju narciarstwa alpejskiego. Jest szansa na więcej treningów w kraju?

Cały czas jestem za granicą. Ciężko jest nam wracać do Polski na jeden czy dwa dni między zawodami. Teraz przyjeżdżam na Boże Narodzenie i mam nadzieję, że w styczniu trochę potrenuję na miejscu. Będę mogła wyskoczyć sobie na kilka przejazdów i wrócić do domu. W Polsce mogą być świetne warunki do narciarstwa alpejskiego. Już teraz na stokach jest dobrze. Trenerzy klubowi cieszą się, że nie jechali do Włoch. Pogoda dopisuje: mrozi w nocy, a w dzień jest ładnie.

Plany na najbliższą przyszłość?

W tym roku celem są mistrzostwa świata. Potem na horyzoncie pojawią się igrzyska olimpijskie w Pekinie.