Publicystyka

W wolnych krajach ludzie sami decydują, kiedy umierać

Fot. dinostock
copyright PhotoXpress.com
Zmiany w polskim prawie dotyczące eutanazji są niezbędne. Rząd nie może rozwiązywać za ludzi ich dylematów moralnych. Powinien bronić wolności wyboru i dbać, aby nikomu nie czyniono niczego wbrew jego woli - twierdzi filozof i bioetyk
Przypadek Janusza Świtaja pokazał po raz kolejny, że polska debata na temat eutanazji wciąż znajduje się w stadium ideologicznym, czyli przedprawnym. Oznacza to, że nie wynika z nich nic konkretnego z punktu widzenia państwa i procesu legislacyjnego. Wszyscy przedstawiają swoje racje i rozchodzą się do domu, praktyka zaś i prawo zostają bez zmian. Tymczasem w najbardziej rozwiniętych pod względem kultury prawnej państwach roszczenia osób domagających się eutanazji lub pomocy w samobójstwie wymuszają na organach państwowych zmiany i uściślenia prawne.
Niewiele jest jednak do uściślania, gdy stan prawny ogranicza się do zakazu. Dlatego logika procesu legislacyjnego przesądza o tym, że wzmocnienie kontroli państwa nad zjawiskiem eutanazji i prawna odpowiedź na żądania pacjentów musi obejmować pewne przypadki, gdy nie będzie ona karana. Polskę też to czeka.  

Zabronione, ale nie karane

Pozbawienie życia dramatycznie cierpiącej osoby na jej usilną prośbę jest wszędzie na świecie zabronione. Zwykle jednak, gdy dochodzi już (a zdarza się to rzadko) do procesu sądowego, sędziowie odwołują się do możliwości odstąpienia od wymierzenia kary. Są na to różne sposoby, np. formuła "wyższej konieczności" albo "przestępstwa uprzywilejowanego". W kilku krajach jednakże uznano, że to nie wystarcza. W Holandii i Belgii uważa się, że nie wolno udawać, iż nie ma eutanazji, "bo jest zabroniona" albo że zdarza się wyjątkowo, bo niewiele jest spraw karnych na tym tle. Zdecydowano się poddać zjawisko kontroli, a ponadto odnieść się do żądań osób domagających się pomocy w zakończeniu życia oraz do żądań lekarzy domagających się w przypadku przeprowadzenia przez nich eutanazji lepszego immunitetu niż tylko hipotetyczne odstąpienie przez sąd od wymierzenia kary. Przełomem było wprowadzenie w Holandii (1 kwietnia 2002 r.) nowego prawa, które nakazało lekarzom szczegółowe raportowanie przypadków eutanazji. W zamian, jeśli lekarz przestrzega bardzo surowych procedur wykluczających nadużycia (eutanazja niedobrowolna, zastosowana wobec osoby mającej szanse poprawy zdrowia lub komfortu życia, przeprowadzona w niewłaściwy sposób), uniknie ścigania. Prawo to w pierwszym rzędzie chroni lekarzy chcących się angażować w eutanazję, a ponadto samych pacjentów - ułatwiając i legalizując dostęp do eutanazji oraz zmniejszając pole do nadużyć.  

W ryzach państwa

  Sukces legislacji holenderskiej jest dosłownie połowiczny. Jej główny cel bowiem, jakim było "wyciągnięcie z mroku" zjawiska eutanazji, został osiągnięty w ok. 50 proc. Jak wskazują badania socjologiczne, tylko około połowy przypadków eutanazji jest zgłaszanych. Jednak z badań wynika również, że zmniejszyła się liczba przypadków eutanazji niedobrowolnej. Oznacza to, że nowe prawo przynajmniej w jakimś stopniu ujęło eutanazję w ryzy państwowej kontroli. Przekłada się to na wzrost zaufania pacjentów do środowiska medycznego. To jednak dopiero początek drogi. A największym niebezpieczeństwem na tej drodze są rosnące naciski społeczne, aby rozszerzyć zakres przypadków, w których eutanazja jest dopuszczalna (np. na osoby cierpiące z powodu skrajnych stanów depresyjnych). Obawa przed owym efektem "równi pochyłej" jest jednak wśród polityków i prawników holenderskich tak silna, że zapewne dalszej liberalizacji nie będzie. Doświadczenia holenderskie prowadzą do interesujących wniosków. Otóż okazało się, że legalizacja eutanazji nie ma statystycznie uchwytnego wpływu na liczbę dokonanych aktów eutanatycznych. Rośnie ona powoli, niezależnie od zmian prawnych. W Holandii już ok. 3 procent zgonów jest następstwem eutanazji, co plasuje ją na drugim miejscu po Szwajcarii. Spośród (nielicznych zresztą) krajów, gdzie przeprowadzono badanie, najmniej dokonuje się jej we Włoszech (niecałe 0,5 procent zgonów). Jako że ostatnio nastąpił w Holandii ogromny postęp w zakresie opieki paliatywnej (np. hospicyjnej) i prezentuje tam ona najwyższy poziom, złudne okazały się nadzieje, iż poprawa opieki nad umierającymi wpłynie na zmniejszenie liczby próśb o eutanazję.  

Zaufanie do obywatela

  Najwidoczniej praktycyzm Holendrów oraz właściwy wielu z nich typ moralności przesądził o tym, że bardzo często wolą sami decydować o momencie swej śmierci. Trzeba przy tym zauważyć, że rząd holenderski nie śmie się wdawać w dyskusję o wyższości moralistyki chrześcijańskiej nad stoicką albo utylitarystycznej nad epikurejską i wprowadza nowe ustawodawstwo, nie przesądzając prymatu którejkolwiek z szacownych tradycji. W wolnych krajach o swoim losie decydują ludzie; nie czynią tego za nich posłowie i urzędnicy. Rząd broni wolności wyboru i dba, aby nikomu nie czyniono niczego wbrew jego woli. Nie rozwiązuje też za ludzi ich dylematów moralnych. Tym samym nie podejmuje się też rozstrzygać wielkiego dylematu lekarskiego: jak pogodzić obowiązek ochrony życia z obowiązkiem uśmierzania cierpienia w przypadkach, gdy wchodzą one ze sobą w kolizję? Pozostawia to obywatelom lekarzom. Prawo holenderskie opiera się bowiem na zaufaniu do obywatela, w tym do lekarza.  

Polska - konieczne szybkie zmiany

  W Polsce najprawdopodobniej eutanazja jest rzadka. Nie znaczy to, że jest w porządku, iż nikt nie bada tego zjawiska i nie próbuje go ucywilizować. Z różnych powodów nie dojdzie jednak do jej legalizacji w przewidywalnej przyszłości. O wiele bardziej prawdopodobne i o wiele pilniejsze jest lepsze niż dotychczas uregulowanie pozostałych kwestii związanych z decyzjami lekarskimi i procedurami odnoszącymi się do chorych umierających. Są to zagadnienia takie jak: warunki stosowania znieczulenia przedśmiertnego (sedacji), czyli medykamentacji wyłączającej świadomość, lecz mogącej przyśpieszyć śmierć; decyzje o podejmowaniu (bądź nie) akcji reanimacyjnej oraz wdrażania sztucznej wentylacji (respirator); decyzje o zaprzestawaniu uporczywego leczenia; "testament życia", czyli respektowanie wskazówek obywatela, jak należy postępować z nim w przypadku uszkodzenia wykluczającego świadome podejmowanie przez niego decyzji w sprawie leczenia (np. po wypadku). Tu muszą zajść zmiany najszybciej. Autor jest doktorem habilitowanym, szefem Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL