fbTrack

Służby mundurowe

Gawron – marzenie admirałów zatonęło, nim wypłynęło

ROL
Plany były wielkie – korwet miało powstać aż siedem. Umowa ze stocznią była jednak niekorzystna dla marynarki
Nie ma chętnych na kupno od Polski kadłuba korwety Gawron. – Zainteresowanie na świecie jest zerowe – usłyszeliśmy w MON. Za brnięcie latami w bezsensowny projekt, który kosztował ponad 400 mln złotych, odpowiadają kolejne ekipy z SLD, PiS i Platformy.
Jeszcze w tym miesiącu ministrowie obrony narodowej i skarbu przedstawią koncepcję, co dalej z polską Marynarką Wojenną i przywiązaną do niej stocznią w Gdyni. Sztab Generalny, jak się dowiadujemy, został w styczniu zobowiązany do przygotowania planów dla marynarki do 2030 r. Na dniach mają być gotowe. Wszystko jest oczywiście związane z odejściem od nieudanego i trwającego ponad dziesięć lat projektu budowania korwety Gawron. W którą stronę idą nowe rozwiązania? Pomysł ma polegać na budowaniu trzech garnizonów rakietowych na Wybrzeżu. – Rakiety są uniwersalne. Zawsze można je przeprogramować i walczyć z  ich użyciem z agresorem wdzierającym się drogą lądową – opisuje rozmówca z MON. Drugi element to zrezygnowanie ze stawiania na efektowne, mocno uzbrojone, lecz drogie okręty. Priorytetem będą trałowce do szukania min przeciwnika i stawiania własnych.
400 mln zł Pochłonęła do tej pory budowa wielozadaniowej korwety dla polskiej marynarki Donald Tusk, jak wynika z naszych informacji, zaakceptował plany, wedle których marynarka dostawałaby 900 mln złotych rocznie na przeprogramowanie działalności. Co dalej z będącą na skraju przepaści Stocznią Marynarki Wojennej w Gdyni? Z informacji, które docierają z MON i resortu skarbu, wynika, że pole jej działania ma zostać ograniczone. Ma być zakładem odpowiedzialnym za remonty jednostek, które pływają pod wojskową banderą. Ale już nie za budowę okrętów. Jak widać, w marynarce szykuje się zmiana kursu. Pytanie, dlaczego następuje dopiero teraz?

Ambicje pacyfistyczne

Lotnictwo ma swoje F-16, Wojska Lądowe zagraniczne misje. NATO-wskie wymagania i procedury. A marynarka? Urzędnik MON: – Z punktu widzenia NATO Bałtyk jest akwenem bez znaczenia. Krótko mówiąc, przekaz od NATO-wców był jasny: „marynarkę sobie organizujcie, jak chcecie. Tu wam na ręce patrzeć nie będziemy". Polska admiralicja to najbardziej konserwatywna, skostniała grupa w armii. Opowiada generał z Wojsk Lądowych: – Oni mają ambicje pacyficzne. Chcą pływać po oceanach, konwojować statki z Afryki. Trap, wysoko wywieszona bandera, gwizdek, galowy mundur z wykrochmalonym rondem od marynarskiej czapki. Gdzieś zgubili sprawę najważniejszą: zadanie, jakie ma spełniać ten rodzaj wojsk, czyli skutecznie bronić wybrzeża. Klasycznym przykładem był własnie „Gawron" – korwety służą do osłaniania konwojów, niszczenia łodzi podwodnych, ataków rakietowych. Do czego miał służyć „Gawron" do końca nie wiadomo – bo nie było ostatecznej decyzji w sprawie uzbrojenia. Profilaktycznie więc „Gwaron" funkcjonował jako okręt wielozadaniowy. Polska admiralicja to najbardziej konserwatywna, skostniała grupa w armii O mentalności dowództwa marynarki sporo mówi poniższa sytuacja, która rozegrała się niedawno. Burza mózgów w MON dotycząca przyszłości marynarki. Admirałowie dostają pytanie: jaki jest plan B, C i D, jeśli państwo zrezygnuje z planu A, czyli budowania korwety Gawron? Odpowiedź admiralicji sprowadzała się do wniosków: plan B – gawron, C – gawron, D – gawron. Urzędnik MON: – Żyją w poczuciu żalu, że od początku swego istnienia III RP nie ufundowała im żadnej nowej jednostki. Inni mają myśliwce, rosomaki, a oni nic. W ich ocenie, jeśli nie ma dużego okrętu, to nie ma Marynarki Wojennej.

Patron? Słońce Wybrzeża

2001 rok. Marynarką dowodzi admirał Ryszard Łukasik – elokwentny, oczytany, świetnie się prezentuje i jest koneserem owoców morza. Wyróżnia się na tle ówczesnej generalicji. Politycy go lubią, jest faworytem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Panowie mają okazję do częstych spotkań, bo głowa państwa sporo czasu spędza w pięknie odremontowanym ośrodku Mewa na Helu. To właśnie Łukasik, nazywany wśród wojskowych Słońcem Wybrzeża, jest ojcem chrzestnym i patronem projektu „Gawron". Uwiedziony ideą zostaje też zaczynający urzędowanie premier Leszek Miller – były marynarz łodzi podwodnej. W listopadzie 2001 r. w Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni odbywa się impreza z wielką pompą. Pierwsze nity w kadłub okrętu wbijają Leszek Miller oraz Marek Siwiec, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, prawa ręka prezydenta Kwaśniewskiego. Plany są mocarstwowe. Korwet ma być aż siedem! Niewidzialne dla radarów i uzbrojone po zęby. Decydenci zawierzyli admirałom wedle zasady: „to są fachowcy, którzy przecież najlepiej wiedzą, czego im trzeba". Środowisko związane z marynarką triumfowało. – Admiralicję i ludzi ze Stoczni Marynarki Wojennej łączyły silne więzi towarzyskie, w niektórych przypadkach również rodzinne. To jeden organizm. Byli zachwyceni. My będziemy mieli korwety, wy kontrakt na długie lata. Być może specyficzne relacje między dowództwem a stocznią zaważyły na formie kontraktu, jaki zawarto między stronami. Z analiz MON wynika, że umowa jest skrajnie niekorzystna dla marynarki. To jeden z wątków, którymi dziś zajmuje się prokuratura – opowiada nasz rozmówca z ministerstwa.

Kac Sikorskiego

Częściowe otrzeźwienie przychodzi zaraz po rozpoczęciu projektu. Rząd Millera zasypuje dziurę budżetową, którą zostawiła ekipa AWS. Już na początku wyhamowano z planami – z siedmiu gawronów wybudowane mają zostać dwa, za chwilę projekt kurczy się do jednej korwety. Na dalszy plan schodzi fakt, że program przestaje się spinać ekonomicznie. Stocznia za ciężkie pieniądze kupiła maszyny do budowy okrętów. Biznesplan miał się dla niej domykać przy zwodowaniu kilku jednostek, a nie jednej. Ale nikt nie alarmuje. Lepiej budować dwa okręty niż żadnego. Pieniądze płyną nie tak szerokim strumieniem, jak się spodziewano, ale jednak płyną. Gdy premierem zostaje Marek Belka, faworyt prezydenta Kwaśniewskiego, projekt dostaje mocny zastrzyk finansowy. Kolejny aplikuje Radosław Sikorski, minister obrony w PiS-owskim rządzie. Za jego czasów na projekt idzie 100 mln złotych. Urzędnik z Kancelarii Premiera Tuska: – Sikorski ma kaca związanego ze swym udziałem w projekcie. Dziś jest jednym z najgorętszych orędowników szybkiego sprzedania za granicę kadłuba gawrona. Jesienią nawet zaoferował MON pomoc MSZ przy szukaniu chętnych do zakupu. Tyle że chętnych nie ma. Następna duża kwota na projekt poszła, gdy ministrem był Aleksander Szczygło. Wydanie pieniędzy rekomendowała mu Rada ds. Uzbrojenia działająca przy szefie MON. Zwolennikiem budowania korwety był Bogdan Klich, minister w pierwszym rządzie Tuska. Kasa na projekt została przycięta dopiero na początku 2009 roku, gdy premier szukał oszczędności w związku z kryzysem gospodarczym. Jeden z członków rządu: – Tusk jeździł po tej inwestycji na posiedzeniach Rady Ministrów niemiłosiernie. Uważał ją za symbol MON-owskiego wyrzucania milionów w błoto. Tyle że nie miał odwagi, by zdecydować o definitywnym zamknięciu projektu. Potem był 10 kwietnia 2010 r. Po tej dacie Klich stracił zdolność do podjęcia działań w którąkolwiek stronę. Dryfował, walczył o polityczne przeżycie, a jego relacje z Tuskiem układały się fatalnie. Żadne decyzje nie zapadały. Najbardziej dziwi fakt, że kolejne ekipy wchodziły w projekt, który z wojskowo-strategicznego punktu widzenia jest bezsensowny.

Okręt nie miałby gdzie się schować

Od co najmniej dekady dla wszystkich zajmujących się obronnością jest jasne, że przez najbliższych 20 lat najpewniej nie będziemy odpierać nawały Szwedów lub Brytyjczyków. Założenie jest takie, że zagrożenie może nadejść ze Wschodu. Jak wyglądałby konflikt w rejonie Bałtyku? – O ile Rosjanie chcieliby stosować taki manewr, bo przecież prostszym jest agresja lądowa przez Białoruś lub okręg kaliningradzki – zastrzega polityk zajmujący się obronnością. Załóżmy jednak, że atak idzie również drogą morską. Trwałby raptem kilka dni. Realia są takie, że rosyjskie myśliwce nawet bez przekraczania polskiej strefy powietrznej są w stanie rakietami zniszczyć wszystko, co stoi w porcie w Gdyni czy Gdańsku. Kwadrans po rozpoczęciu konfliktu gawron byłby na dnie. Na Bałtyku nawet nie ma gdzie ukryć takiego okrętu przed atakiem. Generał zajmujący się strategią wojskową: – Dalej wyglądałoby to tak, że podpływają duże okręty i ostrzeliwują brzeg, następnie na szybkich łodziach podpływa desant. Przed tym się mamy bronić. Jak? Trzeba budować obronę rakietową na Wybrzeżu i minować ewentualne podejścia desantu, inwestować w trałowce, które oczyszczają morze z min i stawiają pułapki na marynarkę przeciwnika. Trafia mnie szlag, gdy słyszę admirałów, którzy mówią: „gawron jest nam potrzebny, żeby utrzymywać szlaki żeglugowe na przykład do gazoportu, gdy dojdzie do konfliktu". Nadlatuje bombowiec wroga, zrzuca 150 min i szlaku nie ma. Żaden gawron temu nie zaradzi. Do oczyszczania szlaków są potrzebne małe trałowce, a nie korwety.

Nie chcemy waszego kadłuba

Nieprzemyślany projekt zablokował na lata myślenie o nowoczesnej obronie nad Bałtykiem. Admirałów mamy więcej niż pływających jednostek, Akademia Marynarki Wojennej wypuszcza coraz to nowych absolwentów, dla których nie ma zajęcia. Z czym zostajemy? Z kadłubem, na który wydaliśmy 400 mln zł. Ataszaty wojskowe dostały polecenie wysondowania, czy są chętni na kupno niedokończonego okrętu. Odzew jest mizerny. W związku z kryzysem większość armii tnie koszty. Tną Brytyjczycy, Niemcy, Szwedom brakuje pieniędzy na dokończenie własnych okrętów. O krajach południa Europy pogrążonych w kryzysie nawet nie ma co myśleć. Na zakupy wybierają się Wietnamczycy, ale szukają okrętów rakietowych, a nie korwet. Zgłosili się Holendrzy, lecz ich oferta wygląda słabo. Proponują: kupimy od was kadłub, ale wy od nas trzy korwety. Pomysł nie do zaakceptowania. Czy w tej sytuacji nie lepiej byłoby dokończyć korwetę i podnieść na niej banderę? Za takim rozwiązaniem lobbowali w polskim rządzie Francuzi, których firma Tales miała wyposażyć okręt w uzbrojenie i elektronikę. Na zachętę rzucali, że gotowi są wejść kapitałowo w Stocznię Marynarki Wojennej, jeśli tylko polski rząd nie skreśli gawrona. Problem w tym, że dokończenie korwety to nie są drobne sumy. Trzeba byłoby wyłożyć na stół co najmniej 700 milionów złotych. Za chwilę zrodziłby się kolejny problem. Stocznia Marynarki Wojennej technologicznie tkwi w PRL. Ogromne wątpliwości budzi to, czy byłaby w stanie wyposażyć okręt, zamontować na nim najnowocześniejszą technologię. Fakty są takie, że gawron zatonął, zanim wypłynął. Gorzko podsumował to Tusk w niedawnej kuluarowej rozmowie: – Korweta osiągnęła zadanie. Jest absolutnie niewidzialna dla radarów przeciwnika. Szkoda, że mówi to dopiero w piątym roku swych rządów. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorów m.majewski@rp.pl p.reszka@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL