fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Europa nie radzi sobie z kryzysem

Fotorzepa
Europa nie radzi sobie z koordynacją działań w walce z kryzysem finansowym. Dlatego Stany Zjednoczone szybciej wyjdą z zapaści
Słabość Europy w porównaniu ze Stanami przy zarządzaniu kryzysem widać na każdym kroku. Ameryka nie patyczkuje się ze swoim kryzysem. Jak trzeba było dokapitalizować i znacjonalizować banki w pierwszej fazie kryzysu, to zrobiono to bez wahania. W Stanach nie ma też żadnych wątpliwości co do tego, czy władze publiczne mają pobudzać popyt w gospodarce czy nie? Zgodnie z oczekiwaniami po ogłoszeniu decyzji o utrzymaniu na niskim poziomie stóp procentowych do połowy 2013 roku Fed podjął kolejne działania mające na celu ożywienie amerykańskiej gospodarki. Administracja z kolei zapowiada co prawda cięcie deficytu w przyszłym roku o 2,6 proc. PKB, ale tak naprawdę nikt nie wierzy, że taka operacja „zdejmująca" z dynamiki PKB w krótkim czasie 1,7 pkt proc. zostanie przeprowadzona.
Kryzys zadłużeniowy na szczeblu rządowym może być rozwiązany wyłącznie na drodze warunkowej pomocy udzielanej niewypłacalnym krajom „Operation Twist", czyli zamiana w bilansie banku centralnego krótkich papierów rządowych na długie, ma dwa cele. Po pierwsze, chodzi o utrzymanie na możliwie niskim poziomie długich rynkowych stóp procentowych, od których wysokości zależą koszty obsługi wszystkich długoterminowych zobowiązań, w tym tak dla Stanów istotnych, jak refinansowanie kredytów hipotecznych. Po drugie, chodzi o skłonienie uczestników rynku do podejmowania bardziej ryzykownych, ale też bardziej niż obligacje intratnych inwestycji.

Amerykanie działają

Jeśli chodzi o pierwszy z zamierzonych celów, to można powiedzieć, że został on z pewnością osiągnięty. Stopy rynkowe już przed startem operacji „Twist" były wyjątkowo niskie z uwagi na masową ucieczkę inwestorów do najbezpieczniejszych aktywów. Akcja Fedu obniżyła je jeszcze bardziej. Nie tylko zresztą w Stanach. Rentowność niemieckich bundów znalazła się na historycznie najniższym poziomie. Jeśli chodzi o drugi cel, czyli zmniejszenie awersji do ryzyka i wypchnięcie tym samym inwestorów z rynku obligacji, to wyniki są jak dotąd niejednoznaczne. Giełda co prawda poszła początkowo w górę, ale trend wzrostowy się nie ustabilizował. Zmienność w innych segmentach rynku poza obligacjami jest wciąż bardzo duża. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że cała polityka Fedu jest dziś nastawiona jednoznacznie na pobudzanie popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego. Ta polityka wzbudza wiele kontrowersji. Widać je choćby w tym, że Fed od dłuższego czasu przestał już podejmować decyzje w drodze konsensusu. Teraz wyniki głosowań są – jak w wielu innych bankach centralnych na świecie – większościowe, przy największej w historii Fedu liczbie dysydentów sprzeciwiających się mieszaniu banku w kwestie polityki fiskalnej, która dla klasycznej bankowości centralnej zawsze stanowiła jedynie ograniczenie o charakterze zewnętrznym. Podejmując większością głosów decyzję co do kolejnych faz ilościowego luzowania polityki pieniężnej, Fed jednoznacznie wspiera politykę rządu, który robi dokładnie to samo, tyle że od strony pozostającej w jego gestii polityki fiskalnej. Te skoordynowane działania przyniosą z całą pewnością efekt już w tym roku. W III kwartale tempo wzrostu gospodarczego przekroczy dotychczasowe oczekiwania rynku, sięgając 2,1 proc. wobec 1,3 proc. w drugim kwartale. Wydatki konsumpcyjne są nadal bardzo niskie, ale za to solidne wyniki finansowe firm idą w parze z ich dużymi inwestycjami, istotnie podnoszącymi potencjał PKB. Prawdopodobieństwo popadnięcia w 2012 roku gospodarki amerykańskiej w recesję, choć nadal wysokie, bo przekraczające 30 proc., jest już jednak mniejsze niż miesiąc – dwa miesiące temu, kiedy wyceniane było na ponad 40 proc. Skoordynowana, pozbawiona wahań polityka gospodarcza bardzo mocno kontrastuje z polityką gospodarczą w Europie. Grecja z punktu widzenia stabilności systemu bankowego w Europie jest problemem możliwym do udźwignięcia. Gorzej mają się sprawy z Włochami

Europa w coraz głębszym kryzysie

Tu dylematem jest decyzyjne rozdrobnienie i brak koordynacji przy zarządzaniu kryzysem, który nie jest przecież klasyczną recesją. To kryzys w bilansach aktywów i pasywów i dotyczy przy tym zarówno państw, jak i banków. Kryzys zadłużeniowy na szczeblu rządowym może być rozwiązany wyłącznie na drodze warunkowej pomocy udzielanej niewypłacalnym krajom. Warunkiem podstawowym jest przy tym równoważenie budżetów. Wypełnianie zobowiązań podjętych w ramach programów ostrych dostosowań fiskalnych warunkuje udzielanie dalszej pomocy. Irlandia, Portugalia, Hiszpania realizują swoje zobowiązania i znajdują się na dobrej drodze do uzyskania wymaganych nadwyżek w bilansach pierwotnych. W tych krajach rokowania co do wzrostu gospodarczego w średnim okresie wyglądają też nie najgorzej. Prawdziwy kłopot jest w zasadzie w tej chwili z dwoma krajami: Grecją i Włochami. Realizując program dostosowań fiskalnych, Grecja będzie pogrążona w recesji aż do roku 2014. Włochy, ze swoim mało wiarygodnym programem, do 2013. Wiadomo już, że w przypadku Grecji dotychczasowy program pomocowy nie wystarczy. Przy tak długotrwałej i głębokiej recesji Grecja nie będzie w stanie obsługiwać swoich zobowiązań. Z Włochami sprawa jest nieco inna. Prywatne aktywa w tym kraju szacowane są na 8,6 bln euro, czyli ich wartość trzykrotnie przekracza wielkość długu publicznego. Włosi dadzą radę obsługiwać swoje zobowiązania i realizować politykę zrównoważonego budżetu. O ile tylko będą chcieli albo będą zmuszeni chcieć. Od zapewnienia płynności bankom w strefie euro jest Europejski Bank Centralny. Nikt nie ma co do tego wątpliwości. Dotychczas banki pożyczyły z EBC blisko 500 mld euro. EBC prowadzi nadal nieograniczone co do skali operacje zasilające tygodniowe, miesięczne, trzymiesięczne, a po ostatnim październikowym posiedzeniu nawet i roczne. Chodzi o to, że rynek zamknięty jest obecnie na nowe emisje banków finansujące długoterminowe zobowiązania. A w przyszłym roku zapada 800 mld euro niezabezpieczonych obligacji bankowych w Europie. Jeśli banki nie znajdą refinansowania, to konieczne będzie drastyczne dostosowanie po stronie aktywnej w bilansach. Problem w europejskim systemie bankowym jest wciąż ten sam: fundamentalny brak zaufania. Nie ma w Europie żadnej instytucji, której można by powierzyć zarządzanie takim kryzysem. Robi to więc – choć wyraźnie niechętnie i głęboko co do tego podzielony – EBC. Bank ten od maja 2010 r. kupił obligacje rządowe za blisko 150 mld euro, przy czym oznaką narastania kryzysu na rynku długu jest to, że blisko połowa tych zakupów przypadła na zaledwie pięć tygodni w sierpniu i we wrześniu tego roku. Bankom komercyjnym pozostało w portfelach już bardzo niewiele obligacji greckich. Ich wartość nie przekracza obecnie 80 – 81 mld euro. Grecja z punktu widzenia stabilności systemu bankowego w Europie jest problemem możliwym do udźwignięcia. Gorzej mają się sprawy z Włochami. Banki komercyjne trzymają dotąd w aktywach obligacje włoskie warte 360 mld euro. Z tego poza Europą jest ich tylko 34 mld. Za to banki francuskie mają ich aż 74 mld. Czy może kogoś dziwić, że w tej sytuacji Siemens wycofał z banków francuskich depozyty warte 4 – 5 mld? Czy powinno nas zaskakiwać, że Bank of China wykluczył z transakcji swapowych banki francuskie? Podobnie jak zapewnienie wypłacalności państw powinno być w pierwszym rzędzie rolą rządów, tak problem wypłacalności banków musi być zadaniem dla właścicieli. W sytuacji kryzysowej w Stanach w tę rolę wcielił się rząd. Program TARP uratował dużą część amerykańskich banków przed upadłością. W Europie nie ma takiego programu. I nie ma instytucji, która mogłaby się zająć dokapitalizowaniem banków. Kupując obligacje, EBC nacjonalizuje prywatne ryzyko, przenosząc je do własnego bilansu, ale nie załatwia przecież przez to definitywnie kwestii wypłacalności banków w Europie. A to dlatego, że  – jak widać z bilansów banków – skala wymaganych dla takiej asekuracji operacji czyszczenia bankowych toksycznych aktywów musiałaby sięgać obecnie dodatkowo co najmniej 200 mld euro. Takich pieniędzy EBC wydać bezkarnie nie może. Dwie w krótkim czasie dymisje niemieckich członków zarządu EBC wystarczą tu za cały komentarz. Takich pieniędzy nie ma także EFSF, który – jak dobrze pójdzie – przekształci się w stały Europejski Mechanizm Stabilizacyjny w połowie 2013 r.

Banki potrzebują wsparcia

Pieniądze właściciele banków będą musieli znaleźć. Można w związku z tym przypuszczać, że jednym ze źródeł finansowania będzie sprzedaż aktywów zagranicznych (ruch w tym właśnie kierunku widać już zresztą i w Polsce). Alternatywą pozostaje skracanie aktywnej strony bilansów, co istotnie pogorszyłoby perspektywy dla wzrostu gospodarczego. Banki są dziś z pewnością miękkim podbrzuszem Europy. Widać to nie tylko w ich rynkowej wycenie, lecz także w systematycznie pogarszających się nastrojach i prognozach dotyczących sfery realnej gospodarki. Ale też to właśnie w Europie potwierdza się dobrze znana przecież reguła, którą sformułować można było po blisko 30 latach światowych doświadczeń z kryzysami niewypłacalności: każdy taki kryzys, jeśli nie jest wystarczająco szybko i zdecydowanie przerwany, przekształca się w kryzys bankowy, ponieważ to ostatecznie krajowe i zagraniczne instytucje finansowe finansują emisje papierów rządowych. I jeśli rządy popadają w kłopoty, to pociągają za sobą banki. Tyle że w strefie euro nie ma jednej instytucji, która mogłaby teraz wziąć na siebie ciężar zarządzania kryzysem niewypłacalności. Nie ma umocowań prawnych dla takiej instytucji, nie ma kompetencji, nie ma wreszcie pieniędzy do wydania na gwarantowanie wypłacalności. Dlatego właśnie Europa przechodzi przez ten kryzys z takim trudem. Dlatego Stany podniosą się z kryzysu wcześniej. Autor jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA