fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bronisław Wildstein: Modernizacja kontra tradycja?

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Co sądzić o ludziach, którzy bezrefleksyjnie naśladują wszystkie zachowania mieszkańców Zachodu? A tak zachowują się przedstawiciele elity III RP – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Niekiedy trafiamy na obiegowe opinie tak zdumiewająco nieprzemyślane, że trudno traktować je inaczej niż ideologiczne rusztowanie. Należy do nich głoszony z całą powagą w III RP dogmat, że modernizacja oznacza skopiowanie stanu obecnego cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Innymi słowy: bez zgody na homoseksualne małżeństwa, zakwestionowanie rodziny czy radykalne zeświecczenie społeczeństwa nie da się zbudować autostrad. Nonsens tego rozumowania bije w oczy. Znajduje ono jednak w naszym kraju zdumiewająco wielu zwolenników.

Europejska stagnacja

Można zrozumieć, że ludzie nieposiadający żadnego intelektualnego przygotowania i zafascynowani kawałkiem zasobnego świata, który udało im się zobaczyć, uznają, iż jedynym sposobem przybliżenia się do niego jest bezrefleksyjne naśladowanie wszystkich zachowań jego mieszkańców. Literatura anglojęzyczna od Kiplinga do Naipaula pełna jest groteskowych postaci krajowców, którzy uwierzyli, że ubieranie się w angielskie kostiumy, picie herbaty po południu i palenie fajki wzniesie ich na wyżyny brytyjskiej kultury.
Co jednak sądzić o przedstawicielach elity III RP, którzy zachowują się w podobny sposób? Co więcej, to oni dominują od 20 lat w polskich ośrodkach opiniotwórczych. Ich mentalne nastawienie nie ulega wątpliwości. Bezrefleksyjnie przyjmują ideologię, której wehikułem stała się Unia Europejska, co nie znaczy, że kraje ją tworzące zostały już przez nią ostatecznie uformowane. Fakt, że różnią się tak znacznie jak Włochy od Finlandii czy choćby Anglia od Francji, jest tego najlepszym dowodem.
Co ważniejsze jednak, ideologia ta nie tylko nie jest oczywistą konsekwencją europejskiej cywilizacji, ale budowana jest w opozycji do niej. Można uznać, że jest wykwitem, a jednocześnie czynnikiem europejskiej dekadencji. Od wielu lat nasz kontynent pogrążony jest w stagnacji. Jego ekonomia nie jest innowacyjna, a tempo jej wzrostu radykalnie niższe niż nie tylko nowych gospodarczych tygrysów, ale także Stanów Zjednoczonych.
Przyjęta przez UE w 2000 r. strategia lizbońska, zgodnie z którą do 2010 roku mieliśmy przegonić USA, okazała się spektakularną porażką, a dystans Europy do Ameryki tylko się zwiększył. Natomiast jeśli chodzi o kulturowe nowinki, to UE jest w czołówce i wyraźnie nie ma zamiaru się zatrzymać. Jeśli więc chcemy się rozwijać, czyli modernizować i gonić Europę, to powinniśmy wystrzegać się imitacji dominujących w niej dziś postaw i odwołać się do kulturowego etosu, na którym zbudowana była jej potęga.

Raj już!

Europa dynamicznie się rozwijała do pierwszej połowy lat 70. minionego wieku. Przeżywała katastrofy, jakimi były wojny światowe czy okresy regresu, jak np. wielki kryzys lat 30. Wychodziła z nich jednak stosunkowo szybko, odbudowywała zniszczenia i akumulowała bogactwo.
Początki europejskiego zastoju zbiegają się w czasie z falą kontestacji, kontrkulturowego buntu, który przeszedł przez cały Zachód. Nie chcę twierdzić, że doprowadził on do stagnacji Europy, lecz że zjawiska te mają te same przyczyny, a z czasem napędzają się wzajemnie i wzmacniają.
Nieprzypadkowo współczesny establishment UE to pokolenie buntu, które lubi się nań sentymentalnie powoływać. A był on wymierzony w formy, które leżały u podstaw tej cywilizacji. Był nazywany z nutką sympatii "buntem kwiatu przeciwko korzeniom". Tylko że określenie to jest w swojej zawartości identyczne z interpretacją podążającą za "Buntem mas" Jose Ortegi y Gasseta, w której hiszpański filozof pół wieku wcześniej wskazywał grożącą Europie postawę paniczyka, który traktuje jako dany sobie raz na zawsze cywilizacyjny spadek. Kontrkulturowy bunt był wezwaniem do korzystania z odziedziczonego skarbu i odmową jakichkolwiek płynących z niego zobowiązań. Główne hasła z tamtych czasów w rodzaju: "cała władza marzeniom", "żądajcie niemożliwego", "zabrania się zabraniać", demonstrują infantylną odmowę uznania ograniczeń rzeczywistości. Ludzka kondycja wynika z ich rozpoznania, a różni się rozmaitymi sposobami stawienia im czoła. Generalnie jednak cywilizacja może być zbudowana wyłącznie na zasadzie odłożonej satysfakcji. Domaganie się natychmiastowego spełnienia, raju już! – jak brzmiał tytuł najgłośniejszego spektaklu jednego z ważniejszych dla tego ruchu teatrów, "The Living Theatre" – jest rzeczywiście zachowaniem kontrkulturowym, jak trafnie określali swoją postawę kontestatorzy.
Budowa nowoczesnej cywilizacji, modernizacja wyrastały z twardej etyki początków kapitalizmu. Wszystko jedno, czy zgadzają się z teorią Maksa Webera o jej protestanckim rodowodzie, historycy przyjmują, że był to etos surowej dyscypliny i mocnych zasad moralnych. Uznawali to nawet radykalni krytycy kapitalizmu jak Karol Marks. Indywidualizm, z którego wyrastały kapitalizm i nowoczesna cywilizacja Zachodu, był osadzony w tradycji bezwzględnej, indywidualnej odpowiedzialności i temperowany mocnymi więziami społecznymi. Określenie "kapitał społeczny", które zrobiło taką karierę w ostatnich dekadach, to nic innego jak etyka społeczna: zespół norm i zasad powodujących, że ludzie w zbiorowości mogą mieć do siebie zaufanie. Bez jej elementarnego poziomu nie sposób zbudować wolnego rynku, o czym przekonuje się wiele nowo powstałych krajów.

Przejadanie kapitału

Otóż kontestacja była zaprzeczeniem tego etosu. Była hedonistycznym, choć przybieranym w rozmaite kostiumy kultem natychmiastowego spełnienia, a więc teraźniejszości. Emancypując się z cywilizacyjnych więzi, niszczyła odpowiedzialność. W miejsce tradycyjnej rodziny, która ma charakter zespołu wzajemnych zobowiązań, zwłaszcza w odniesieniu do najbardziej bezbronnych, bo niedojrzałych jej członków, czyli dzieci, wzywała do podążania za namiętnościami. Klasycznej postawie obowiązku, który z definicji nakierowany jest na innych, przeciwstawiała mistyfikację "obowiązku wobec siebie", czyli kolejnej maski zwykłego egoizmu.
Eksplozji kontrkultury towarzyszyły zjawiska, które już wcześniej drążyły cywilizację Zachodu. Tradycyjny etos kapitalizmu się kruszył, a Zachód zaczynał żyć na kredyt. Właściwie już model Johna Maynarda Keynesa, rodzaj perpetuum mobile, który polegał na zwiększaniu podaży pieniądza w momencie stagnacji, aby w ten sposób rozkręcić koniunkturę, podważał tradycyjną odpowiedzialność i zapobiegliwość. Miał oszczędzić ludziom konsekwencji ich błędnych decyzji, a był systemem zadłużania się.
Temu triumfującemu na Zachodzie, a zwłaszcza w Europie, modelowi towarzyszył projekt państwa opiekuńczego, który głęboko przeorał postawy mieszkańców funkcjonujących zgodnie z nim krajów. Z obywateli przekształcił ich w klientów. Relacja opiekuńczości jest niesymetryczna. Osoba, którą należy się opiekować, jest w pewnym sensie niepełnosprawna, opiekun siłą rzeczy do jakiegoś stopnia musi ubezwłasnowolniać swojego podopiecznego. Państwo, czyli aparat administracyjny, biorąc w opiekę obywateli, musiał uzależniać ich od siebie.
Nie miejsce tu, aby przytaczać dyskusję, w jakim stopniu procesy te wynikały z naturalnej logiki kapitalizmu, a w jakim stanowią moment przesilenia dojrzałej cywilizacji. Co znamienne, Stany Zjednoczone, które w sensie kulturowym są bardziej tradycjonalne, a w każdym razie mają siły przeciwstawiające się kontrkulturowym nowinkom, są zdecydowanie bardziej dynamiczne i żywotne niż poddająca się im Europa.
Europa już od jakiegoś czasu przejada swój kapitał zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym, kulturowym. Pomysł, żeby doścignąć ją materialnie, ścigać się z nią, mamy w destrukcji fundamentów kulturowych, z których jej zamożność wyrasta, jest zaiste paradny. W ten sposób ujawnia się nonsens modelu modernizacyjnej kserokopiarki.

Jak się rozwijać

Wolny rynek czy kapitalizm, aby się rozwinąć, potrzebuje określonych warunków kulturowych. Doświadczają tego rozmaite państwa Afryki czy Ameryki Południowej wprowadzające, wydawałoby się, rynkowe zasady, które w ich krajach nie chcą działać. Na dużo bliższym przykładzie Robert Putnam pokazywał, dlaczego wolny rynek funkcjonuje na północy Włoch, a na południu boryka się z tak wielkimi kłopotami.
Okazuje się, że zachodni model cywilizacyjny ma charakter uniwersalny i można go szczęśliwie wprowadzić w innym środowisku, które wszelako musi się odznaczać określonymi cechami kulturowymi. Przykłady takich spektakularnych sukcesów to w okresie powojennym Japonia, a potem Korea Południowa, Tajwan i Singapur. Głoszony powszechnie triumf Chin budzi poważniejsze wątpliwości, gdyż mamy do czynienia z krajem ludniejszym niż cała Europa, rozwijającym się nierównomiernie, w którym narastają problemy wewnętrzne. Czynienie go modelem dla innych czy przykładem czegokolwiek jest zdecydowanie zbyt pośpieszne.
Natomiast we wszystkich wspomnianych krajach, które są niekwestionowanymi przykładami skutecznej modernizacji, mieliśmy do czynienia z osadzeniem zachodnich procedur i norm na glebie miejscowych kultur, które – okazało się – były czynnikiem wspomagającym proces rozwoju. Chodzi o to, aby ludzie w zmieniającej się rzeczywistości mieli się do czego odwołać i poruszali się, korzystając ze znajomych reguł, które podtrzymują zaufanie między nimi, a więc czynnik absolutnie fundamentalny dla rozwoju zbiorowości i tworzenia trwałego bogactwa. Same normy i struktury prawne, jakkolwiek niezwykle ważne, nie wystarczą. Dla cywilizacyjnego skoku niezbędne okazało się odwołanie do funkcjonujących norm miejscowej kultury zamiast wypowiadania jej wojny.
W wypadku Polski, która dziedziczy szczególną, ale europejską kulturę, sprawa jest jeszcze bardziej oczywista. Nasza tradycja mogłaby być doskonałą podstawą do budowy nowoczesności, która nie polega na homoseksualnych małżeństwach, ale na dynamicznym rozwoju i budowie sprawnej infrastruktury cywilizacyjnej.
Pomysły, aby w imię modernizacji zanegować tę tradycję, jawią się jako przeciwskuteczne. Przyglądając się jednak postawie naszych domorosłych modernizatorów, nie sposób oprzeć się podejrzeniu, że bardziej niż o rozwój materialnej cywilizacji naszego kraju chodzi im o destrukcję jego tradycyjnej kultury.
PS. Do napisania powyższego tekstu skłonił mnie m.in. artykuł Adama Leszczyńskiego "Modernizacja według PiS" ("GW" 25 – 26.06). Zawiera on cały zestaw stereotypów właściwych dla wyobrażenia modernizacyjnej kserokopiarki. Koncepcja ta zbudowana jest na postkolonialnym węźle kompleksów: niższości wobec bezrefleksyjnie adorowanych europejskich metropolii, co kompensowane jest pogardą do, równie mało znanej, kultury własnej. I, oczywiście, w świecie odwróconym III RP to adwersarze owej nieprzemyślanej "nowoczesności" piętnowani są przez autora "Wyborczej" jako "uderzająco podobni do ojców założycieli postkolonialnych krajów".
Dlaczego? Bo wezwanie do budowy własnej gospodarczej siły kojarzy się Leszczyńskiemu z Nkrumahem z Ghany. Mogłoby mu się to skojarzyć z Japonią czy Koreą albo bliżej: z Francją czy Niemcami. Można by przypomnieć banał, że wszystkie współczesne kraje rozwinięte wspierają swój biznes. Być może lepiej byłoby, gdybyśmy żyli w świecie ponadpaństwowych reguł gospodarczych, ale rzeczywistość wygląda inaczej, ciągle żyjemy w państwach narodowych, a kto tego nie zauważa, przegrywa. Nawet tak wolnorynkowe państwa jak Stany Zjednoczone wspierają krajowy biznes, co nie znaczy, że wyręczają go w jego funkcjach. Być może to się Leszczyńskiemu pomyliło. Można by rozwinąć to rozumowanie, ale zamiast tego zaproponuję mu, aby mniej polegał na swoich spontanicznych skojarzeniach, a bardziej zajął się analizą rzeczywistości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA