Biznes

Uchylone drzwi do niemieckiego rynku pracy

Berlińscy decydenci obawiają się pełnej liberalizacji rynku pracy, widząc w niej przyczynę ewentualnego zwiększenia bezrobocia.
AFP
Wydaje się, że niemiecki rząd wyszedł nieco naprzeciw oczekiwaniom niemieckiego przemysłu. Na sierpniowym posiedzeniu podjął bowiem decyzję pozwalającą od listopada tego roku na zatrudnianie inżynierów wybranych specjalności wywodzących się z nowych krajów członkowskich Unii. To uchylenie drzwi nadreńskiego rynku pracy jest krokiem we właściwym kierunku, ale dodajmy krokiem daleko niewystarczającym - zauważa pracownik poznańskiego Instytutu Zachodniego
Jeśli w dalszym ciągu będziemy mieli w Niemczech do czynienia z brakiem siły roboczej, to można sobie wyobrazić zniesienie ograniczeń dla pracowników z krajów Europy Wschodniej już przed rokiem 2009. Sugestia ta wyrażona przed trzema tygodniami przez Gerda Andresa (SPD), sekretarza stanu w berlińskim Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych, wywołała burzę komentarzy zarówno nad Szprewą, jak i na wschód od Odry. O ile w Niemczech opinie są podzielone, o tyle w Polsce możliwość zniesienia istniejących dotąd barier przyjęto na ogół ze zrozumieniem, tym bardziej że uparte blokowanie dostępu do niemieckiego rynku pracy uznawane jest przez znaczną część polskiej opinii publicznej za kolejny przejaw antypolskiej polityki rządu niemieckiego. Nie zagłębiając się tutaj w skomplikowaną materię dwustronnych relacji, trzeba jasno stwierdzić, że po pierwsze ochrona własnego rynku pracy pozostaje dobrym prawem każdego państwa, po drugie podobne kroki protekcyjne stosowane były od początku istnienia Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej i nie miały żadnego politycznego podtekstu.
Swoboda przemieszczania się siły roboczej jest wszak jednym z fundamentów integracji europejskiej. Już na początku istnienia EWG obawa Niemców i Francuzów przed - jak uważano - masowym napływem Włochów sprawiła, że zdecydowano się na stopniowe otwieranie rynku pracy. Życie pokazało, iż strach był przesadny. Ograniczenia swobody przemieszczania się zniesiono rok przed terminem, a jednym z pozytywnych skutków obecności Włochów w RFN okazało się wprowadzenie i to na trwałe ożywienia do nudnej niemieckiej kuchni. Okresy przejściowe towarzyszyły także przyjmowaniu do Unii Grecji, Hiszpanii i Portugalii. Idąc tym tropem, także przy ostatnim poszerzeniu Unii Europejskiej zdecydowano się na pewne ograniczenia, pozostawiając poszczególnym państwom swobodę w określaniu długości ewentualnego okresu przejściowego, po przekroczeniu którego musi być wprowadzona bezwzględna równość w traktowaniu pracowników wywodzących się z państw członkowskich Unii Europejskiej. W przyjętym kompromisowym rozwiązaniu zastosowano formułę 2+3+2. Oznacza to, że najpóźniej w 2011 r. obywatele polscy, ubiegający się o pracę w jakimkolwiek państwie Unii Europejskiej, będą mogli liczyć na równoprawne traktowanie przez pracodawców. Zgodnie z postanowieniami traktatu akcesyjnego już od 1 maja 2004 roku obywatele polscy mogą podejmować pracę we wszystkich nowych państwach członkowskich. Takie samo rozwiązanie przyjęły jedynie trzy kraje starej Unii Europejskiej: Irlandia, Szwecja i Wielka Brytania. Począwszy zaś od maja 2006 r. Polacy i obywatele innych państw członkowskich mogą legalnie podejmować pracę także w Finlandii, Grecji, Hiszpanii i Portugalii, a od sierpnia we Włoszech. Z polskiego punktu widzenia szczególnie istotne były rozwiązania przyjęte w tym zakresie przez Republikę Federalną Niemiec. Niemała bowiem część polskiej opinii publicznej w każdej decyzji administracji niemieckiej, w tym także decyzji o charakterze stricte gospodarczym, dopatruje się drugiego dna. Na razie rośnie liczba pracujących legalnie i mieszkających w naszym kraju Niemców. Wynika to głównie z faktu, iż największa liczba zagranicznych firm przywędrowała do nas znad Renu. Tylko w roku ubiegłym osiedliło się w naszym kraju ponad 9 tysięcy obywateli niemieckich. W zdecydowanej większości są to przedstawiciele managementu. W dyskusji, która przetoczyła się w RFN w związku z poszerzeniem Unii, zwyciężyły argumenty za czasowym zamknięciem dostępu do rynku pracy. Ma on charakter koncesjonowany. Na ułatwienia w podjęciu pracy mogą liczyć osoby o bardzo wysokich kwalifikacjach z jednej strony i pracownicy niewykwalifikowani z drugiej. I tak np. już w 2000 r. Niemcy podjęli próbę sprowadzenia do pracy znacznej liczby informatyków. Z oferty tej skorzystali w pierwszym rzędzie Hindusi. Wbrew niemieckim oczekiwaniom i polskim obawom propozycja ta w niewielkim stopniu zainteresowała fachowców z naszego kraju. Większą gotowość do skorzystania z pojawiających się ofert pracy wykazują polscy medycy. Rozbudowany system ubezpieczeń społecznych sprawił, że jedną z podstawowych bolączek niemieckiego rynku pracy jest trudność znalezienia chętnych do pracy w zawodach niskopłatnych. Jak pisze jeden z najbardziej znanych ekonomistów niemieckich Hans Werner Sinn, dyrektor renomowanego monachijskiego instytutu Ifo, gospodarka niemiecka nie stanie na nogi, dopóki nie odejdzie od nieuzasadnionego płacenia za zawodową bezczynność. Dotychczasowe rozwiązania zyskują jednak od lat poparcie stosunkowo silnych związków zawodowych. To właśnie działacze organizacji pracowniczych stoją w pierwszym rzędzie opozycji wobec bardzo nieśmiałych propozycji ministra Andresa. W tym duchu przeciwko otwarciu niemieckiego rynku pracy opowiedział się niedawno na łamach "Thüringer Allgemeine" przewodniczący Chrześcijańsko-Demokratycznego Zrzeszenia Pracobiorców K.-L. Laumann. Także - co może nieco zaskakiwać - przewodniczący bawarskiej CSU Edmund Stoiber uznał ewentualne otwarcie rynku pracy za decyzję przedwczesną. Na łamach poczytnego "Bild am Sonntag" wyraził przekonanie, że najpierw należy się uporać z dużym bezrobociem w Niemczech. Osoby przeciwne otwarciu niemieckiego rynku pracy zwracają uwagę na niebezpieczeństwo tzw. dumpingu socjalnego. Obawy te są o tyle uzasadnione, że RFN jest dziś jednym z niewielu państw zachodnich, w których nie obowiązują płace minimalne. To prawda, że ich poziom nie jest ustalany decyzją administracyjną. Robi się to po prostu inaczej. Poziom najniższej płacy ustalany jest w trakcie corocznych rozmów taryfowych, w których stronami są pracodawcy i związki branżowe. Jest to powód znacznych nieraz różnic między poszczególnymi gałęziami przemysłu czy usług. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że dbałość o "należyty" poziom płacy minimalnej to jeden z istotnych elementów uzasadniających twierdzenie o znacznej sztywności niemieckiego rynku pracy, jeden z ważniejszych czynników przesądzających o utrzymywaniu się w tym kraju masowego bezrobocia. Tymczasem, jak chętnie podkreślają niemieccy związkowcy, napływ pracowników z Europy Wschodniej doprowadzi do spadku i tak już ich zdaniem za niskich pensji. O tym, że nie mają racji, przekonują chociażby badania wybitnego specjalisty z amerykańskiego Harvardu prof. R. Freemana. Na podstawie wieloletnich studiów nad problematyką migracyjną twierdzi on, że nawet wzrost udziału imigrantów w ogólnej liczbie ludności Stanów Zjednoczonych o 10 proc. pociągnie za sobą spadek poziomu płac pracowników rodzimych najwyżej o 1 proc. Podobnie jak w naszym kraju, także nad Renem to nie uczone wywody ekonomistów przesądzają o politycznych decyzjach. Niestety, mogliby powiedzieć niemieccy pracodawcy, którzy, mimo istniejącego bezrobocia, borykają się ze znacznymi nieraz problemami ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Wydaje się, że tym razem niemiecki rząd wyszedł nieco naprzeciw oczekiwaniom niemieckiego przemysłu. Na ostatnim posiedzeniu rządu podjęto bowiem decyzję pozwalającą na zatrudnianie od listopada inżynierów wybranych specjalności wywodzących się z nowych krajów członkowskich UE. To uchylenie drzwi nadreńskiego rynku pracy jest krokiem we właściwym kierunku, ale krokiem daleko niewystarczającym. Decyzja ta zdaje się jednak wpisywać w politykę niemieckiego rynku pracy, który ze swej natury cierpi na przeregulowanie. Berlińscy decydenci obawiają się pełnej jego liberalizacji, widząc w niej przyczynę ewentualnego zwiększenia bezrobocia. Warto, aby przyjęli do wiadomości, że masowy napływ Polaków i sporej grupy obywateli wywodzących się z innych nowych państw członkowskich nie przyczynił się - jak wielu sugerowało - do wzrostu liczby osób pozostających bez pracy w tych krajach unijnych, które otworzyły się na chętnych do pracy migrantów z Europy Środkowej. W latach 2000 - 2004 stopa bezrobocia w Wielkiej Brytanii zmniejszyła się o 0,7 punktu procentowego (z 5,4 proc. do 4,7 proc.), a w Irlandii pozostała bez zmian i wynosiła 4,3 proc. W tym samy czasie wskaźnik ten dla Niemiec wzrósł z 7,2 proc. do 9,5 proc. Poza tym -przed czym już w okresie rozszerzania Unii na wschód przestrzegało wielu niemieckich analityków -rezerwuar polskiej siły roboczej jest ograniczony. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby znaczniejsza część pracujących dziś na Wyspach Polaków zdecydowała się szukać szczęścia na niemieckim rynku pracy, tym bardziej że płace są tu z reguły niższe niż w Wielkiej Brytanii. Co więcej nasi rodacy przetarli szlaki dla swych znajomych i przyjaciół, którzy w poszukiwaniu pracy będą się raczej udawać nad Tamizę niż nad Ren. Chciałoby się rzec, że przysłowia są mądrością narodów; my mówimy mądry Polak po szkodzie, nasi zachodni sąsiedzi zaś: Durch Schaden wird man klug. Wymowa jest identyczna.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL