Opinie

Szansa pani Ashton

Oczekiwania wobec Catherine Ashton i nowej unijnej służby dyplomatycznej nie są zbyt wysokie. Paradoksalnie dla budowy tej służby taka pozycja wyjściowa jest bardzo korzystna – uważa politolog
AP
Błędem europejskiej dyplomacji byłoby podejmowanie prób zastępowania dyplomacji Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, a także Polski w stolicach tego kalibru co Waszyngton, Moskwa i Pekin – pisze politolog
Wraz z wejściem w życie traktatu lizbońskiego i mianowaniem Catherine Ashton wysokim przedstawicielem ds. wspólnej polityki zagranicznej UE i bezpieczeństwa zapoczątkowany został proces budowy europejskiej służby dyplomatycznej. Czy będzie ona wyłącznie uzupełniała działania istniejących służb dyplomatycznych państw członkowskich UE, czy też jest ona zapowiedzią nowej „europejskiej” polityki zagranicznej?
[srodtytul]Więcej niż Polska[/srodtytul] Komentatorzy polityczni odebrali na ogół wybór pani Ashton jako dowód na to, że duże państwa członkowskie nie życzą sobie zbyt wielkich zmian w sposobie, w jaki w Unii Europejskiej uprawia się politykę zewnętrzną. Wybierając na to stanowisko polityka mało znanego na scenie międzynarodowej, liderzy Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii wyraźnie dali do zrozumienia, iż w kształtowaniu polityki Europy wobec świata dalej wolą grać pierwsze skrzypce.
[wyimek]Polska pierwszy raz ma szansę współkształtować jedną z najważniejszych instytucji Unii Europejskiej i przekuwać w rzeczywistość hasło silnej Polski w silnej Europie[/wyimek] Oczekiwania wobec nowego „ministra spraw zagranicznych Unii” i nowej służby dyplomatycznej nie są więc zbyt wysokie. Paradoksalnie, dla budowy tej służby taka pozycja wyjściowa jest bardzo korzystna. Nowa służba nie będzie tworzona zupełnie od podstaw, ale na fundamentach dotychczasowych przedstawicielstw Komisji Europejskiej. A tych, jak wykazali w swojej obszernej analizie nt. europejskiej służby działań zewnętrznych Rafał Trzaskowski, Olaf Osica i Joanna Popielawska („Analizy natolińskie” nr 2/3/2009) jest już na świecie aż 123. To mniej niż liczba ambasad, jakimi dysponuje Francja (182) czy Stany Zjednoczone (170), ale więcej niż posiada Polska (97). Zgodnie ze stanowiskiem Rady Europejskiej personel służby także nie będzie zupełnie nowy. W trzech równych częściach ma się składać z urzędników Komisji Europejskiej, pracowników sekretariatu Rady Europejskiej i osób wskazanych przez ministerstwa spraw zagranicznych państw członkowskich. Nowe będą jednak zadania. Do tej pory przedstawicielstwa Komisji Europejskiej pomagały głównie w zarządzaniu projektami finansowymi z budżetu wspólnotowego. Teraz mają się one przekształcić w placówki dyplomatyczne z prawdziwego zdarzenia. Aby ta metamorfoza przebiegła w miarę sprawnie, służba dyplomatyczna Unii powinna w pierwszych latach swojego działania skupić się na trzech obszarach. [srodtytul]Jako pomocnicy[/srodtytul] Po pierwsze powinna zacząć przejmować na siebie ciężar obowiązków dyplomatycznych w państwach, w których duże kraje europejskie nie mają zbyt istotnych interesów, tak aby w działalności europejskiej dyplomacji nie dostrzegały one konkurencji dla swoich służb dyplomatycznych. Prężne ambasady Unii Europejskiej powinny zatem najpierw powstać w niektórych państwach Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Natomiast błędem europejskiej dyplomacji byłoby podejmowanie prób zastępowania lub zdominowania działalności dyplomacji Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, a także Polski w stolicach tego kalibru co Waszyngton, Moskwa i Pekin. W tych miejscach przedstawiciele Unii powinni raczej działać, jako pomocnicy i koordynatorzy działań poszczególnych ambasadorów państw Unii, a nie pretendować do roli ich przywódców. Takie podejście byłoby dla Polski idealne. Utrzymywanie przez nasz kraj przedstawicielstw dyplomatycznych w dalekich zakątkach świata jest kosztowne, a zyski polityczne więcej niż problematyczne. Stąd biorą się wysiłki ministra Radosława Sikorskiego ograniczenia ich liczby i podejmowane są próby tworzenia wspólnych placówek państw Europy Środkowej. Całkowite przekazanie odpowiedzialności w tych regionach unijnej dyplomacji pozwoliłoby naszemu MSZ skupić się na miejscach, w których powinniśmy być bardziej widoczni i w których nasza działalność dyplomatyczna powinna być na najwyższym poziomie, jak np. w Waszyngtonie. Z kolei w ambasadach Unii Europejskiej w stolicach wschodniej Europy, takich jak Mińsk i Kijów, doskonale znający tamtejsze realia Polacy mogliby stanowić czołówkę personelu dyplomatycznego. W ten sposób uzyskalibyśmy większy wpływ na kształtowanie polityki UE w tym regionie. [srodtytul]Unijny konsulat[/srodtytul] Po drugie europejska służba dyplomatyczna powinna stać się naturalnym zapleczem dla specjalnych wysłanników Unii. Dzisiaj w negocjacjach z Iranem w imieniu UE działają przede wszystkim dyplomacje Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec. To powoduje, że Iran usiłuje rozgrywać poszczególne państwa Unii przeciwko sobie. W przyszłości do tego typu spraw powinni być mianowani specjalni wysłannicy Unii wywodzący się lub działający za pomocą europejskiej służby działań zewnętrznych. A powierzenie europejskiej dyplomacji odpowiedzialności za rozwiązanie problemu irańskiego programu nuklearnego byłoby szansą na wyjście z impasu – bez posądzania Europejczyków o działanie w tajnym spisku z Izraelem. Po trzecie w państwach nienależących do Unii europejska służba dyplomatyczna powinna zacząć przejmować na siebie obowiązki konsularne, w tym wydawanie wiz i paszportów. Nie ma powodu, by w takich miejscach, jak Kijów czy Mińsk, każde z państw Unii musiało utrzymywać wydziały konsularne, które wydają wizy na ten sam obszar objęty umową z Schengen. W niektórych krajach, np. Ukraina czy Białoruś, wydawaniem polskich paszportów i opieką konsularną mógłby bez problemu zajmować się polskojęzyczny personel w placówkach UE. Na samym początku niezwykle istotne będą także kwestie techniczne i stworzenie takich systemów przekazywania informacji (również niejawnych) i współpracy, które pozwolą uniknąć sytuacji, w jakiej poszczególne stolice państw Unii albo nawet poszczególni decydenci w państwach członkowskich Unii poczują się izolowani i niereprezentowani przez europejską dyplomację. [srodtytul]Zadanie na serio[/srodtytul] Wiadomo, że polityka zagraniczna już dawno temu przestała być wyłączną domeną dyplomatów. W każdym z państw członkowskich Unii są w nią zaangażowani decydenci z dziedziny wojskowości, gospodarki, ochrony środowiska, jak również premierzy, prezydenci i ministrowie. Wszyscy oni muszą mieć poczucie, że europejska dyplomacja jest również narzędziem ich pracy. Postępując w ten sposób, europejska dyplomacja ma szansę przejąć większość zadań dyplomacji państw członkowskich bez uzyskania wobec nich jednoznacznie dominującej pozycji. Trzeba jednak sobie zdawać sprawę z tego, że nawet w bardzo odległej perspektywie europejska służba działań zewnętrznych może nie zastąpić istniejących narodowych służb dyplomatycznych. Ciężko będzie jej np. zająć miejsca, jakimi wciąż dysponują Francja i Wielka Brytania w Radzie Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych. Chociaż i w tym przypadku można sobie wyobrazić pewne zmiany. Np. wprowadzenie zasady, iż ambasadorów w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nadal mianują Paryż i Londyn, ale na czas pełnienia przez nich tych funkcji stają się oni urzędnikami europejskiej służby działań zewnętrznych i pracują w Nowym Jorku w biurach tej samej misji Unii Europejskiej przy ONZ. Polska pierwszy raz ma szansę współkształtować jedną z najważniejszych instytucji Unii Europejskiej i przekuwać w rzeczywistość hasło silnej Polski w silnej Europie. To zadanie powinniśmy potraktować serio, bo już niebawem europejska służba działań zewnętrznych będzie także „naszą” dyplomacją. [i]Autor jest politologiem, członkiem Rady Naukowej Instytutu Zachodniego w Poznaniu, byłym koordynatorem programowym Nowej Inicjatywy Atlantyckiej w Waszyngtonie i byłym przewodniczącym Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie. Pracuje jako dyrektor biura prezesa zarządu Prokom Investments SA[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL